Felietony - Cykle
Kino PRZECIW STEREOTYPOM. Rozmowa z dyrektorem Festiwalu AFRYKAMERA
KINO PRZECIW STEREOTYPOM odkrywa afrykańskie filmy i ich bogactwo. Rozmowa z dyrektorem Festiwalu AFRYKAMERA wprowadza w ten fascynujący świat.
Od 21 do 30 grudnia w formule online odbędzie się 15. Edycja Festiwalu AfryKamera, przybliżającego polskim widzom bogactwo filmowe kontynentu bardzo mało znanego europejskiej publiczności. O współczesnym kinie Afryki, jego tradycji, zróżnicowaniu i współczesnym wzroście opowiedział nam Przemysław Stępień, dyrektor festiwalu.
Tomasz Raczkowski: Chciałem zacząć od pytania, które jest już może nieco sztampowe na tym etapie naszego życia COVID-owego, ale: jak się pan czuje na tydzień przed festiwalem w formie online?
Przemysław Stępień: Muszę przyznać, że to jest inne uczucie niż zwykle, trochę dziwniejsze… Nie ma chociażby takiej spinki, żeby wszystko poorganizować w kinie, czy wszystko jest na czas, czy z kopiami wszystko jest dobrze. Tutaj już jest wszystko zorganizowane, więc pod tym względem jest to mniejszy stres. Ale generalnie już czuję, że czegoś brakuje, jednak jest coś ułomnego w tej formule – że nie spotkamy się z nikim, tylko będzie to w oddalonej formie, która będzie próbą dostosowania się do oczekiwań publiczności, jak to powinno wyglądać, ale nie ma interakcji, rozmów, spotkań i tego będzie nam brakować, nawet jeśli się to zrobi w formie online. To jednak nie jest to samo.
Tomasz Raczkowski: Jasne, to są trudne czasy, ale równocześnie może to jest okazja, żeby dotrzeć do szerszej publiczności z festiwalem?
Przemysław Stępień: Tak, to jest niewątpliwie jeden z plusów obecnego stanu, choćby dlatego, że czasami ciężej jest się wybrać do kina, a w domu jest się zawsze i pod tym względem daje to pewne możliwości. Myślę, że to też jest ważne dla kina afrykańskiego, bo jednak nie ma takiej renomy jak np. azjatyckie czy kina krajów europejskich… Wielu osobom kino afrykańskie generalnie z niczym się nie kojarzy, może z pojedynczymi filmami. A już żeby rozróżniać różne regiony i jak tamta kinematografia lokalna wygląda, to tym bardziej. I w związku z tym myślę, że to jest duża szansa dla festiwalu, żeby przebić się do szerszej świadomości, tym bardziej, że kino afrykańskie przeszło naprawdę daleką drogę przez ostatnie kilkanaście lat.
Tomasz Raczkowski: Właśnie o tym też chciałem porozmawiać. Ale wcześniej zwrócił pan uwagę, że kino afrykańskie jest w zasadzie anonimowe dla szerszej widowni w Polsce – myślę zresztą, że nie tylko w Polsce, ale tutaj możemy stwierdzić, że na pewno. Więc chciałem zadać na początek takie pytanie: jak by pan zaprosił na festiwal AfryKamera osobę, która nie ma nic wspólnego z kinem afrykańskim i nic o nim nie wie?
Przemysław Stępień: Na pewno jest to w tej chwili kino, które gości coraz częściej na międzynarodowych festiwalach i pod tym względem jest to już obszar świata, który naprawdę wymaga uwagi, nie jest to jakaś pustynia, gdzie nic się nie dzieje, więc jeśli chce się być na bieżąco ze światowym kinem, to kino afrykańskie jest też ważną częścią tej układanki. Kiedyś, jak były jeden, dwa filmy afrykańskie na jakimś cenionym festiwalu, to było to maksimum, a w tej chwili praktycznie co roku na każdym dużym festiwalu jest kilka tych tytułów.
Widać to było np. na tegorocznych Nowych Horyzontach – było pięć tytułów z Afryki i dochodziły do nas głosy, że były to najlepsze tytuły. W związku z tym znaczenie kina afrykańskiego się zmieniło, jest też coraz więcej filmów afrykańskich wprowadzanych do kin. Kolejną rzeczą jest też estetyka tych filmów, która jest trochę inna, trochę nowa, oczywiście bardzo zróżnicowana jak ten kontynent i mamy bardzo dużo nowych głosów, które myślę, że w przyszłości będą bardzo ważne dla światowego kina.
Tomasz Raczkowski: No właśnie, kino afrykańskie jest coraz silniejsze, ja osobiście mam wrażenie od kilku lat, że to kino jest coraz bardziej widoczne i to się też odbija w programie AfryKamery. W tym roku jest on tak skonstruowany, że wydaje mi się, że może stanowić bardzo fajne wprowadzenie w to, co się teraz w Afryce kinowo dzieje i o tym chciałbym, żeby pan trochę opowiedział – co się dzieje w kinie afrykańskim dziś. Bo jeśli ktoś ma jakieś skojarzenia, to najczęściej są to uwagi „a, Nollywood”, i to najczęściej z pewną ironią mówione. Więc jak tak naprawdę to kino dzisiaj wygląda i jaka jest jego charakterystyka?
Przemysław Stępień: Tak jak mówiłem, jest to bardzo zróżnicowane kino. Wspomniane Nollywood jest totalnie z innego bieguna niż to, co pokazujemy, i to jest trochę taka sama historia, jak gdybyśmy mówili o kinie włoskim, niemieckim, skandynawskim, polskim. To jest dosyć szeroki zakres tematyczny, którego nawet nie da się zawrzeć w jednym festiwalu czy jednej edycji. Więc mamy z jednej strony np. Klimatyzator z Angoli, który jest trochę z nurtu realizmu magicznego, bardzo specyficzny dla kina z Mozambiku i z Angoli, z drugiej strony z północnej Afryki mamy filmy bardziej idące w stronę neorealizmu, aczkolwiek to też się tam teraz zmienia.
Oczywiście coraz częściej widać też ogólny wpływ światowego kina, więc to też powoduje, że kino światowe staje się bardziej eklektyczne… Jeśli chodzi o Afrykę, można wyróżnić trzy okresy – tę pierwszą fazę wzrostową pierwszych twórców, powiedzmy do lat 90., później był upadek komunizmu i lekki zastój, stagnacja w kinie afrykańskim, a teraz mamy tę nową falę twórców, przez co mamy w programie głównie twórców młodych, nowych, robiących pierwszy czy drugi film… W tej chwili ci ważniejsi mają już kilka filmów za pasem, ale często mamy prawie samych debiutantów w programie, nawet w tegorocznym festiwalu bardzo dużo jest właśnie takich osób, autorów, którzy nie mają wcześniejszego bogatego dorobku i też próbują na nowo opowiadać różne historie i przedstawić swoją perspektywę opowiadania o Afryce.
Stąd myślę, że jest tam świeżość. Kolejna rzecz, która jest ważna, to to, że rewolucja cyfrowa znacznie zwiększyła możliwości techniczne, umożliwiła robienie rzeczy na dobrym poziomie formalnym, więc rzadko te filmy odbiegają od standardów europejskich czy amerykańskich – wiadomo, zależnie od budżetu jest różnie z efektami specjalnymi, ale w tych podstawowych kwestiach, jak operatorka, oświetlenie, wszystko jest na przednim poziomie. A do tego jest bardzo bogata tradycja oralna w Afryce, która była dotychczas bardzo słabo uwypuklona. Coraz częściej się przebija w tej twórczości nowej, że jest tyle opowieści jeszcze nieopowiedzianych, tyle rzeczy, które jeszcze nie zostały z Afryki powiedziane światu, że ci twórcy mają bardzo dużo tematów, a też opowiadają to w sposób, który jest, jak myślę, dosyć nietypowy.
W szczególności takie kraje jak Rwanda, wspomniana Angola, zachód Afryki i Senegal, Wybrzeże Kości Słoniowej – są tam naprawdę niezwykli twórcy o niezwykłej wrażliwości estetycznej, jeśli chodzi o kino.
Tomasz Raczkowski: Wspomniał pan o tradycji oralnej i realizmie magicznym – czy pamiętając oczywiście o zróżnicowaniu całego kontynentu, można poszukiwać jakiegoś determinantu stylistycznego zwłaszcza tych nowych twórców właśnie w sferze przetwarzania tradycji i lokalnych kontekstów na język kina?
Przemysław Stępień: Myślę, że to jest jednak dosyć mocno zróżnicowane i wchodzi nie tylko wpływ lokalnej kultury, ale też często wpływ szerszego kontekstu kulturalnego świata kolonialnego, w którym Afrykanie żyją. Np. luzofońska Afryka, czyli portugalskojęzyczna, Angola, Mozambik, bardzo często mają inną estetykę, bardziej bliską brazylijskiej niż reszta Afryki, czyli widać, że język i wspólnota dziejów mają duże znaczenie. To też często wiąże się z tym, że twórcy różnych kręgów kulturowych kształcili się w różnych krajach, jeśli chodzi o twórczość filmową, i różne mieli inspiracje, więc bardzo często np.
twórcy z frankofońskiej Afryki szkolili się we Francji, z północnej Afryki często we Włoszech, anglojęzyczni to wiadomo, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. I z jednej strony mają swój wpływ tradycje lokalne, ale widać jednak wpływ i bliskość kulturową tych szerszych sfer kulturowych, z których filmowcy pochodzą. A jedyne duże przemysły lokalne z dużymi szkołami filmowymi to jest RPA i Egipt. No i tutaj jakbym miał poszukać wspólnego mianownika tych twórców, to nie ma takiego, tak samo jak nie ma takiego w kontekście Europy. Jest to zbyt zróżnicowana kinematografia i to widać po poszczególnych filmach. Obejrzeć blok krótkometrażowych filmów z Rwandy, a później porównać to z jakimś filmem kenijskim to zupełnie coś innego, a to są teoretycznie kraje położone blisko siebie.
Tomasz Raczkowski: Można powiedzieć, że nie ma w zasadzie jednej Afryki, nawet poza kontekstem kinowym. I wpływy historyczne, i wpływy kolonialne są na tyle mocne, że jest to kontynent bardzo mocno zróżnicowany, co warto podkreślać – żeby nie traktować Afryki jako jakiegoś jednolitego zbioru. Kolejną rzeczą, która mi się teraz nasuwa, to są wpływy europejskie na twórców afrykańskich, bo tutaj jest też kwestia chociażby koprodukcji. Pierwszym przykładem z brzegu z ostatnich paru lat są np. Nie jestem czarownicą, która była produkowana w zasadzie w Wielkiej Brytanii, czy zeszłoroczny Atlantyk w koprodukcji francuskiej. Ja dziś wygląda kwestia koprodukcji afrykańsko-europejskich i jak się ona przekłada na stan i status lokalnych kinematografii kontynentu?
Przemysław Stępień: To jest pytanie do szerszej sytuacji kinematografii. Akurat oba wspomniane filmy, i Atlantyk Mati Diop, i Nie jestem czarownicą Rungano Nyoni, zrobiły reżyserki, które są z Senegalu i Zambii, ale na co dzień mieszkają we Francji i Wielkiej Brytanii, więc to były produkcje w pewnym sensie nie do końca rodzime. To jest właśnie ten zglobalizowany świat i różnorodność dróg. Model finansowania produkcji afrykańskich kiedyś był znacznie inny. Filmy, które powstawały w Afryce, były finansowane przez specjalne fundusze i głównym obliczem kina afrykańskiego było kino frankofońskie, finansowane przez Francję.
Ten model załamał się w latach 90. i to właśnie był okres zastoju w kinie afrykańskim. W tej chwili doszło do dużej przemiany, chociażby z tego powodu, że mamy dwa bardzo silne lokalne kina Egiptu i RPA, które zawsze były dosyć silne, ale zostały wzmocnione w ostatnich latach, i to nowe zjawisko Nollywoodu, które miało bardzo szeroki oddźwięk na całym kontynencie. Nagle się okazało, że można robić filmy i zarabiać na filmach, co spowodowało z jednej strony zmianę tego, jak twórcy myślą o filmach, ale z drugiej też zmieniło model finansowania. Nagle można było znaleźć pieniądze na kontynencie – choć głównie dla produkcji mainstreamowych – więc zaczęły powstawać różne inicjatywy filmowe, także w krajach, gdzie dotychczas nie było kina.
Mimo wszystko jednak większość artystycznych filmów powstaje w koprodukcji z Europą. Przykładowo w ramach retrospektywy AfryKamery mamy też kilka filmów z Kenii, które były finansowane przez fundację założoną przez Toma Tykwera, czyli renomowanego niemieckiego reżysera. Ta organizacja odpowiada za większość względnie wysokobudżetowych filmów, które powstają w Kenii. Zresztą większość filmów, które Kenia wysłała jako swoje zgłoszenia do Oscarów, to właśnie są filmy powstałe w ramach działalności fundacji Toma Tykwera One Fine Day. Z drugiej strony Kenia jest też specyficznym krajem z bardzo dużą bazą lokalną, dlatego że tam powstawało bardzo dużo filmów przyrodniczych.
Przemysł filmowy nie był tam wcale taki martwy, miał zaplecze, tylko brakowało możliwości rozwoju lokalnej twórczości filmów fabularnych, a te dopiero zaczęły powstawać. Z kolei One Fine Day spowodował, że zaczęły powstawać inne firmy produkcyjne, inne produkcje i chociażby w tym roku pokazujemy film Softie, który miał debiut na tegorocznym Sundance. To jest jeden z ciekawszych filmów z Kenii w ostatnich latach, co prawda to dokument, ale myślę, że dosyć niezwykły. I tak na całym kontynencie zaczął się trochę mieszać ten dotychczas model oparty na koprodukcjach np. z Europy z modelem mainstreamowym zaproponowanym przez Nollywood.
Kolejny aspekt jest taki, że Nollywood uświadomił ludziom, że jest rynek na kino afrykańskie i że Afrykańczycy chcą oglądać filmy o sobie robione przez swoich, więc też coraz częściej firmy europejskie są chętne współpracować w ramach koprodukcji. Tak więc po tej erze zastoju zaczęły się w kinie afrykańskim pojawiać fundusze z różnych źródeł i firmy europejskie nie boją się inwestować w produkcje afrykańskie. Pomijam już to, że bardzo dużo jest imigrantów z Afryki, którzy są coraz bardziej aktywni w środowisku filmowym na Zachodzie.
Tomasz Raczkowski: To też się przekłada z kolei na reakcję zwrotną – czyli emigranci wracają tematycznie i twórczo chociażby do Afryki.
Przemysław Stępień: Tak, czują bardzo silną więź z kontynentem i to widać w ich twórczości. Bardzo wielu tych twórców tak naprawdę pół czasu mieszka w Europie, pół w Afryce. Ale sprawa jest bardziej złożona, chociażby tegoroczny Umrzesz, mając dwadzieścia lat, który był najlepszym debiutem zeszłorocznym w Wenecji. Jego reżyser Amjad Abu Alala szkolił się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i mieszka w Egipcie, więc trochę bliżej niż wyjazd do Europy, ale generalnie żyjemy w coraz bardziej zglobalizowanym świecie i to też widać w kinie afrykańskim.
Tomasz Raczkowski: Jak jesteśmy przy temacie globalnym, to chciałem zapytać o kontekst transatlantycki, bo jest coś takiego jak kultura afroatlantycka, czyli generalnie społeczności poniewolnicze w Ameryce Południowej i Północnej, szczególnie na wyspach atlantyckich. Mam wrażenie, że w ostatnich latach jest dosyć silny głos tych grup i zwrot ku afrykańskim korzeniom, przede wszystkim w kinie brazylijskim. To połączenie tworzy się przez fakt, że w Amerykach żyją kolejne pokolenia migrantów z Afryki, co przekłada się też na tematykę m.in. wywodzonego z Afryki synkretyzmu religijnego. Czy to połączenie przez Atlantyk jest widoczne i czy wpływa na dzisiejszy kształt kina Afryki, w aspekcie instytucjonalnym czy twórczym?
Przemysław Stępień: Myślę, że tutaj akurat, jeśli chodzi o Amerykę Południową czy Karaiby, więzi jakichś nie ma, one się gdzieś tam co najwyżej tworzą. W największej mierze wspomniana Brazylia mocno oddziałuje na kino mozambickie i kino Angoli. Tam jest spora wymiana chociażby przez to, że Afrobrazylijczycy coraz bardziej odkrywają swoje więzi, korzenie, przede wszystkim właśnie z Angolą, chociażby przez capoeirę, i tutaj czuć jakąś wspólnotę myślową i wspólnotę dziejów, nie tylko przez wspólnego kolonizatora. Jednak bardziej zauważalna, jeśli chodzi o sam kontekst Afryki, jest wymiana na linii Zachód Afryki–Stany Zjednoczone, przede wszystkim Nollywood–Stany Zjednoczone, gdzie coraz częściej albo Afroamerykanie tworzą filmy w Afryce Zachodniej, głównie w Nigerii, a twórcy Nollywoodzcy zaczynają tworzyć filmy w USA, albo robią nawet łączone produkcje, gdzie część akcji toczy się tutaj, część tam – choć to są głównie produkcje mainstreamowe.
Mieliśmy pokazać w formule fizycznej obraz Farewell Amor, którego akcja toczy się w Nowym Jorku, reżyser jest z Tanzanii, mieszka w Kenii, a film jest o imigrantach z Angoli, więc to taki miszmasz. Dosyć niezwykły film, pokazujący, jak w zglobalizowanym świecie coraz bardziej dochodzi do ścierania się wpływów. Bo coraz bardziej się mieszamy i integrujemy, a równocześnie są duże różnice kulturowe, od których nie uciekniemy.
Tomasz Raczkowski: Skoro mowa o mieszaniu się tematów globalnych, to nie sposób pominąć hasła, który ma wasz festiwal, czyli #BlackFilmsMatter, co jest mocnym wpisaniem się w kontekst światowy. Chciałem zapytać, jak lokujecie ten festiwal w może politycznym sensie, pewnego stanowiska wobec różnego rodzaju procesów, ruchów i wydarzeń? Jaką ma rolę czy przesłanie?
Przemysław Stępień: Myślę, że kino afrykańskie samo w sobie wymusza pewne stanowisko chociażby w kontekście takim, że funkcjonujemy w kraju, w którym często operujemy pewnymi stereotypami. Przykładowo Afryka jako kraj, umniejszanie zasług albo wpływu Afryki jako inicjatora kultury globalnej. Pod tym względem od samego początku walczyliśmy z negatywnym postrzeganiem kontynentu i jego mieszkańców, chcieliśmy dążyć do zakopywania różnic, które mamy w swoich umysłach, i przybliżać ludzką twarz Afrykanów jako ludzi, a nie jako pewien trop w filmie NGO-sowym, gdzie dziecko siedzi na kolanach i to jest cała jego osobowość.
To temat, który ostatnia pojawia się często w dyskusji, czyli pornografia biedy. Nie uciekamy od problemów Afryki, ale z drugiej strony zależy nam na tym, żeby nie epatować biedą tylko po to, żeby nią epatować, a Afrykę i Afrykanów dawać jako tło. Przede wszystkim trzeba pozwolić im mówić i to samo w sobie zmienia nasze postrzeganie świata, co było widać choćby po przemianie w myśleniu ludzi, jaką wywołało na przestrzeni ostatnich kilku lat kino afroamerykańskie, gdy tylko się wybiło do mainstreamu. To spowodowało, że cały świat zaczął inaczej postrzegać Afroamerykanów, kim oni są i jakie mają znaczenie dla Ameryki.
Nie jesteśmy już w tym samym miejscu, gdzie byliśmy 5-10 lat temu, jeśli chodzi o postrzeganie tych problemów. Tzw. kultura woke ma duże znaczenie, a tu kluczowy jest wpływ nowych twórców afroamerykańskich na zmiany w społeczeństwie, w szczególności wśród młodych.
Tomasz Raczkowski: Z tego wyłania się obraz kina jako narzędzia zmiany i w tym układzie takie inicjatywy jak AfryKamera może mieć moc zmieniania pewnych rzeczy w społeczeństwie.
Przemysław Stępień: Wiadomo, wpływ naszego festiwalu będzie mniejszy niż filmów typu najnowszych produkcji Spike’a Lee czy chociażby takiego Moonlight, ale mimo wszystko wierzymy, że cegiełka po cegiełce zmieniamy percepcję pewnych ludzi w kontekście kina afrykańskiego, a jak dochodzi do powstania jakichś gwiazd, nazwisk, to powoli dochodzimy do tego, że kino afrykańskie staje się znaczące, co znaczy, że tamtejsza kultura jest ważna, a ciągiem dalszym jest, że Afryka jest ważna i nie można jej pomijać jako coś gorszego albo ewentualnie tylko miejsce do odwiedzenia i zobaczenia natury.
Tomasz Raczkowski: Co się dzieje w wymiarze chociażby wspomnianej obecności na festiwalach międzynarodowych? Jakby się zabawić w przypuszczenia, to można oczekiwać, że za parę lat zdarzy się, powiedzmy, afrykański Parasite, który otworzy tę perspektywę dla Afryki i pociągnie tamtejsze kino. Takim filmem może trochę był Atlantyk, ale on nieco zbyt niszowo poszedł w dystrybucji.
Przemysław Stępień: Tak, trochę niszowo i nie miał takiego przebicia na Netflixie, który go po swojemu schował wśród bardziej chodliwych produkcji, przez co film nie był szeroko oglądany, trochę się zgubił. On tam wciąż jest, ale trzeba chcieć go znaleźć w bibliotece. Tym bardziej, że nie miał przecież dystrybucji kinowej.
Tomasz Raczkowski: Co też być może świadczy o pozycji Afryki i o tym, jak działa rynek dystrybucji.
Przemysław Stępień: Tak, również największy oddźwięk mają jednak filmy takie jak Czarna Pantera i to one mają większy wpływ, jeśli chodzi o światowe postrzeganie kultury afroamerykańskiej i pewne stereotypy, które są obalane.
Tomasz Raczkowski: Właśnie, jak pan postrzega wpływ Czarnej Pantery na postrzeganie Afryki czy kina Afryki?
Przemysław Stępień: Niewątpliwie lubię ten film, natomiast mamy tu ewentualny dysonans związany z romantyczną afroamerykańską idealizacją Afryki. Jest to wizja jednak amerykańska i nie ma przełożenia na Afrykę. Z drugiej jednak strony ten film pokazał, że można zrobić obraz, którego akcja toczy się w Afryce, opowiada o Afrykanach, z samymi czarnymi bohaterami i mimo to może się wybić i zostać wielkim międzynarodowym hitem.
Kilka lat później to wciąż rezonuje. Coraz częściej mówi się o wielkobudżetowych produkcjach w Afryce, one co prawda nie są w tej chwili realizowane, bo jak wiadomo, COVID zablokował branżę. Wiem, że miała powstawać duża produkcja HBO osadzona w Afryce, nie znam niestety jej obecnych losów, ale gdyby nie taka Czarna Pantera, takie projekty nie pojawiałyby się w ogóle. Zresztą w tej chwili w Nigerii powstają co najmniej dwie względnie wysokobudżetowe produkcje o superbohaterach, w tym jedna animacja. I to, co oddziałuje na całą popkulturę, musi oddziaływać na Afrykę, bo Afrykanie też to oglądali i mimo swoich zastrzeżeń co do afroamerykańskiego narzutu ideowego byli zachwyceni.
Tomasz Raczkowski: Wyciągnąć można z pana wypowiedzi obraz bardzo prężnego i zróżnicowanego środowiska kinowego w Afryce, gdzie kino też po prostu zyskuje popularność.
Przemysław Stępień: Widać, że pączkują takie przemysły, ja sam już nawet nie znam wszystkich nazw, ale te nurty wyszły z Nollywoodu właściwie na cały świat i czasem są naprawdę ciekawe, aczkolwiek totalnie odjechane. Jest chociażby odjechany przemysł Wakaliwood, który de facto składa się z jednego głównego twórcy oraz jego ekipy filmowej. Mowa tu I.G.G Nabwana, reżyserze z Ugandy ze slumsów Kampali. Jego filmy są międzynarodowymi hitami internetowymi, jest chociażby Bad Black. Warto też wspomnieć, że jego najnowszy film Crazy World zamykał zeszłoroczny festiwal w Toronto w sekcji Midnight Madness.
Wspominam o tym, bo w jego filmach widać totalnie dziką miłość do kina w jego najbardziej pierwotnej postaci, bo efekty specjalne są mocno prowizoryczne, język filmowy jest bardzo surowy, jednak nie sposób pozostać obojętnym wobec jego twórczości… Obraz jest bardzo silnym instrumentem, który wpływa na nas. Tak jak na kulturę światową wpłynęło kino amerykańskie, tak samo oddziaływało też na Afrykę. W tej chwili Afrykanie jako społeczność ze swoimi marzeniami, planami i wielkimi wizjami, z wielkim impetem rozwijają kino. Gdy raz odniesiono sukces, zapanował pewien szał w tej materii. Oczywiście kino nollywoodzkie, nigeryjskie jest najpotężniejsze, ale to ma oddziaływanie na cały region.
Tylko jeszcze może wspomnę, że nie było przez wiele lat w wielu krajach sal kinowych, były przez dłuższy okres tylko kina plenerowe, one potem wymarły w latach 90. Nollywood sprawił, że te kina zaczęły znowu powstawać – sale kinowe, multipleksy, i to w całej Afryce, a wcześniej były w zasadzie tylko w Afryce Północnej i RPA.
Tomasz Raczkowski: Okej, czyli mamy pewien obraz kina afrykańskiego, w którym dużo się dzieje. Chciałem więc zapytać o tegoroczny program AfryKamery – jak był w kontekście tych wszystkich procesów konstruowany i jakie są pana zdaniem jego najważniejsze punkty? Może co warto wybrać w sytuacji, kiedy nie musimy uczestniczyć stricte w wydarzeniu, ale możemy powybierać jego elementy?
Przemysław Stępień: W tym roku obraliśmy sobie główny temat Rwandy i w związku z nią Burundi – nie każdy musi wiedzieć, że te kraje mają ten sam skład etniczny, bardzo podobną historię, więc jak robiliśmy już blok o Rwandzie, to też właśnie wspólnie z Burundi. Więc z obu tych krajów mamy trochę tytułów opowiadających o ich dziejach. Mamy blok krótkich metraży z Rwandy, myślę, że dosyć ciekawy choćby ze względu na niezwykłą specyfikę estetyczną młodych twórców rwandyjskich. Reszta tytułów była raczej dobierana na zasadzie selekcji tego, co nam osobiście najbardziej się podobało, co uznaliśmy za najlepsze.
Były też inne plany, ale zostały pokrzyżowane przez COVID – chcieliśmy większą sekcję amerykańską, ale trochę za dużo problemów było z prawami przy formule online, więc większość tytułów odpadła. Być może część z nich pokażemy fizycznie, jak kina się otworzą, bo nie wykluczamy, że zrobimy jakieś pokazy fizyczne w przyszłym roku. Online mimo to pokażemy najmocniejsze tegoroczne pozycje z Afryki plus wybrane dziesięć tytułów z poprzednich edycji, które wzbogacają program i pokazują pewną ścieżkę rozwoju przynajmniej w pewnym wycinku kina afrykańskiego. Jeśli chodzi o tytuły tegoroczne, to udało się stworzyć naprawdę niezły zestaw, z bardzo dużą liczbą tytułów z czołowych festiwali, takich jak Softie, dokument dosyć bliski tematycznie nam Polakom w obecnej sytuacji, bo jest o działaczu-aktywiście, który postanawia zająć się polityką i startuje do parlamentu kenijskiego.
Tak naprawdę głównym bohaterem jest jego żona, obserwujemy jej reakcję i jak ta decyzja i podjęte ryzyko wpływa na nią. Dalej mamy szeroki przekrój przez kontynent, od RPA, głównie reprezentowaną przez filmy historyczne, aż po Afrykę Zachodnią, gdzie jest np. Noc Króla z tegorocznej Wenecji. Poruszyliśmy też temat tańca w Afryce – oczywiście nie ma jednego tańca w Afryce, ale chcieliśmy pokazać różne jego aspekty z różnych obszarów kontynentu, więc są dokumenty z RPA, z Angoli, Mozambiku i z Maroka. W różnych filmach przewijał się temat Chin w Afryce, moim osobistym zdaniem najciekawszy jest Budda w Afryce, czyli dokument o tym, jak organizacja pozarządowa, akurat z Tajwanu, ale z silnymi koneksjami z samymi Chinami, buduje kompleksy buddystyczne w Afryce w formie sierocińców.
Do tych ośrodków trafia kilka tysięcy osób. Dokument opowiada akurat o takim sierocińcu w Malawi, ale można się dowiedzieć z filmu, że planem NGO-sa jest to, żeby był jeden taki sierociniec w każdym kraju afrykańskim. Więc wchodzimy w sferę miękkiej dyplomacji kulturowej świata chińskiego w Afryce. Mamy szereg znakomitych tytułów, m.in. znane z Nowych Horyzontów Noc Królów, Klimatyzator i Ojciec Nafi, ale też zwycięzcę Kryształowego Niedźwiedzia z Berlina, Marię Pannę Nilu oraz film z Burudni pt. Tęsknota. Oba te ostatnie tytuły oparte są zresztą na książkach wydanych w Polsce pod tym samym tytułem.
Tomasz Raczkowski: A jak wygląda przejście między kinem a literaturą w Afryce, również w kontekście silnej tradycji oralnej i jej wpływu na film?
Przemysław Stępień: Wpływy literackie nie są jakoś bardzo mocne, raczej twórcy filmowi korzystali zawsze z tej tradycji oralnej. Teraz zaczęły się pojawiać i będą się pojawiać coraz częściej ekranizacje, przy czym jeśli się czyta książki z Afryki, widać bardzo często tę tradycję ustną w sposobie konstruowania, opowiadania i plastyczności, przez co można sobie od razu wyobrażać wiele z tych powieści jako film. Osobiście marzy mi się ekranizacja powieści Drogi bez dna Bena Okriego. Podczas czytania od razu widziałem oczami wyobraźni epicki film.
Ta obrazowość opowieści powoduje, że przejście z literatury do kina nie jest ścieżką trudną, co pokazują te dwa filmy pokazywane w tym roku, nakręcone na podstawie książek, które są zarówno niezwykle mocne, jak i łatwo przyswajalne na język kina. Filmy również są bardzo mocne, zapadające w pamięć i na pewno mogą zachęcać do sięgania do tych książek i szerzej do afrykańskiej literatury.
Tomasz Raczkowski: Chciałem zakończyć pytaniem o oczekiwania przed festiwalem – jaki będzie oddźwięk i jaka będzie jego przyszłość?
Przemysław Stępień: Teraz trudno prorokować, jeśli chodzi o przyszłość, ale na pewno ta formuła, którą realizujemy, stanowi pewną szansę szerszego dotarcia do ludzi, a jeśli raz spróbują, zobaczą, to może przekonają się, że pewne wyobrażenia o kinie afrykańskim były nieprawdziwe. W tym sensie może się okaże, mam taką nadzieję, że to będzie jakiś przełom dla nas i dla kina afrykańskiego w Polsce.


