search
REKLAMA
Recenzje

MOFFIE. Być mężczyzną

Puentę musimy konstruować sami, co powoduje, że „Moffie” zapada w pamięć tym bardziej.

Tomasz Raczkowski

22 grudnia 2021

REKLAMA

W afrykanerskim slangu „moffie” to pogardliwe określenie osoby homoseksualnej, przede wszystkim geja – znaczy tyle co polskie słowo na „p” czy „c”. Moffie to także tytuł filmu Olivera Hermanusa, pokazywanego premierowo na festiwalu w Wenecji w 2019 roku. Nietrudno zgadnąć, wokół jakiego wątku zbudowany jest film południowoafrykańskiego reżysera. Moffie to opowieść o odkrywaniu nienormatywnej seksualności w maczystowskim, patriarchalnym środowisku społecznym, w której przeplatają się motywy wstydu i stygmatyzacji. Jeśli do równania dodamy także wybraną przez reżysera scenerię, jaką jest szkolenie dla rekrutów armii RPA za czasów apartheidu, film rysuje się dość klarownie, a powiedzieć można nawet, że przewidywalnie. To, co najważniejsze, tkwi jednak jak zwykle w szczegółach – Moffie wbrew naskórkowej oczywistości nie jest kolejnym klasycznym filmem gejowskim o odkrywaniu siebie. Film Hermanusa porusza kilka strun na raz i jest dzięki temu ciekawą próbą przyjrzenia się toksycznym normom, na których zbudowany jest opresyjny porządek państwowy.

Protagonistą Moffie jest 16-letni Nicholas van der Swart, wcielony do południowoafrykańskiego wojska w ramach zasadniczej służby w trakcie południowoafrykańskiej wojny granicznej (między RPA a Angolą, 1966–1990). Rzecz dzieje się w latach 80., a więc w okresie pełnego rozkwitu rasistowskiego reżimu. Będący jeszcze chłopcem Nicholas (dodatkowo jeszcze wyalienowany przez fakt, że jest synem Brytyjczyka, a burskie nazwisko otrzymał po ojczymie) zostaje raptownie wyrwany z bezpiecznego domowego zacisza na odizolowanej od zgiełku farmie i wadzony w pociąg do jednostki, gdzie armia ma zrobić z niego żołnierza, gotowego zabijać i ginąć za ojczyznę. Można powiedzieć, że cały film Hermanusa dotyczy przede wszystkim rozpoczętego w owym pociągu i rozwijającego się w kolejnych aktach – w koszarach i na froncie – zderzenia młodego chłopaka z brutalnym, wulgarnym i agresywnym światem męskiej siły, której emanacją jest armia.

Wątek orientacji seksualnej wyrasta naturalnie z ogólnej dynamiki o problematycznym wykluwaniu się tożsamości młodego chłopaka. Przez dłuższe parte filmu jest wręcz po prostu kolejnym z kontekstów otaczających (czy też osaczających) protagonistę, a nie centralnym tematem. Warto zauważyć, że „moffie” ma szerszą semantykę niż tylko określenie kogoś mianem homoseksualisty – na nieco szerszym planie stygmatyzuje ono wyłamanie się z heteronormy samo w sobie. W narracji Hermanusa fakt bycia gejem nakłada się płynnie z doświadczeniem bycia wtłaczanym w wojskowe rygory i formatowanym przez nacjonalistyczną indoktrynację, które spłaszcza psychikę bohaterów i upraszcza ich etyczne kompasy do odgórnie narzuconego wektora. Jest więc Moffie filmem o przemocy – zarówno strukturalnej, jak i fizycznej – i procesie przeżuwania przez opresyjny aparat państwowy zróżnicowanych jednostek o indywidualnych doświadczeniach, emocjach i wrażliwości. Na przykładzie Nicholasa i jego kolegów obserwujemy mroczny proces systemowego ujarzmiania ciał i umysłów w służbie uświęconej państwowo idei.

Choć jest to film bardzo „biały”, traktujący o świecie i przeżyciach odciętej od czarnej większości afrykanerskiej klasy uprzywilejowanej, w spektrum problemów, których dotyka Moffie, znajduje się również kwestia rasy (bez której zresztą trudno mówić o RPA). Czarne postaci pojawiają się w filmie zaledwie trzykrotnie, w co najmniej dwóch przypadkach są to jednak epizody bardzo znaczące. Raz pojawia się czarny mężczyzna obrzucony przez rekrutów ekskrementami na dworcu, dużo później na froncie widzimy prawdopodobnie grupę uchodźców zdanych na łaskę i niełaskę południowoafrykańskiej armii, w końcu zaś pojawia się wyczekiwany długo wrogi Angolczyk. W każdej z tych krótkich scen tkwi mocny przekaz ukazujący fundamentalną dla tożsamości afrykanerów konfrontację kolorów skóry. Za pierwszym razem czarny obywatel w garniturze służy młodym chłopakom do zademonstrowania swojego „patriotyzmu” i „męskości”; w drugiej scenie widzimy grupę czarnych osób w roli wojennego artefaktu; pojawiający się pod koniec filmu czarnoskóry wróg jest dla protagonisty zmitologizowanym Innym, przeciw któremu mobilizuje się cały proces wtłaczania w wojskową dyscyplinę. Te fragmenty są wysoce dwuznaczne, a rozwój wypadków zostaje pozostawiony w niedopowiedzeniu, co oddaje elitarną optykę białych chłopaków, ale również pomaga uchwycić dynamikę wytwarzania strukturalnego rasizmu, napędzanego przeniesieniem i kompensacją na Innym odczuwanych sprzeczności i dysonansu w związku z własnym niedopasowaniem.

Film o brudzeniu się tym, co w życiu złe – nienawiścią, przemocą i wstydem – ucieka jednak od przesadnego naturalizmu. Dzięki „miękkim”, subtelnym kadrom opowieść nabiera zmysłowości, która z kolei tworzy grunt pod przełamujące realistyczną konwencję impresyjne fragmenty, w których na pierwszy plan wysuwają się tłumione przez większość czasu uczucia Nicholasa. Dzięki tym momentom, gdy opowieść nabiera lekkiego posmaku realizmu magicznego, Hermanus zdejmuje odium hiperdosłowności i pozwala widzom bardziej poczuć to, co dzieje się z bohaterem. Uzupełniając konteksty, sięga również po retrospekcje, choć te wydają się nieco zbędne, aż do przesady dopowiadając szczegóły, które bez trudu wyłuskać można było z innych miejsc.

Od dopowiedzeń reżyser stroni jednak, zamykając opowieść. W rezultacie większość kluczowych wątków pozostaje niedopowiedziana – w niektórych przypadkach wręcz drażniąco, bo kończymy film z poczuciem, że niektóre poboczne linie zostały po prostu porzucone i nie doczekały się kulminacji. Hermanus celuje tu chyba jednak w zawężenie optyki do głównego bohatera, z którym dzielimy niewiedzę co do określonych elementów historii. Jednak sam wątek Nicholasa Moffie pozostawia otwartym, kończąc film niejednoznaczną w wymowie sceną próby pogodzenia się przez bohatera zarówno z własną tożsamością, jak i wydarzeniami z armii. Puentę musimy jednak konstruować sami, co powoduje, że Moffie zapada w pamięć tym bardziej. Hermanus wieńczy tym proces bardzo przemyślanej i przewrotnej narracji, w której często podsuwa fałszywe tropy i gra z oczekiwaniami widza.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA