Felietony

Czy OLGA TOKARCZUK słusznie GANI SERIALE?

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Kurz po dość niespodziewanym, acz na pewno zasłużonym Noblu dla Olgi Tokarczuk powoli zaczyna opadać. W końcu przypomniano, kim nasza wielka literatka jest, czym zasłynęła (lub też czym zasłynąć nie powinna) i dlaczego to właśnie ją postawiono na piedestale. Gdy dowiedziałem się o wygranej Tokarczuk, nie zacząłem jednak od odświeżenia moich rozgrzebanych jeszcze Ksiąg Jakubowych (których literacka wielkość niejednokrotnie mnie przytłaczała), ale w końcu postanowiłem nadrobić Pokot.

Choć twórczość pisarki była już wcześniej przekładana na język filmu, choćby za sprawą Żurku, to w przypadku Pokotu mamy do czynienia z jedyną jak dotąd sytuacją, gdy to właśnie Tokarczuk postanowiła przekształcić swoje dzieło w formę scenariusza. Nie będzie to jednak artykuł o tym, o czym Pokot opowiada, jakie są jego plusy i minusy, co się w tym tekście, a później obrazie, udało, a co nie, bo to w stosownym czasie mogliście już przeczytać w recenzjach innych redaktorów. Pokot to dla mnie tylko pretekst do rozważań o tym, że pani Tokarczuk, choć w scenariuszu nie ustrzegła się narracyjnych błędów (które w filmie z kolei wydają się być popełnione z winy montażysty), to jednak udowodniła, że medium filmowe czuje i wie, czego powinno się od niego wymagać. Okazuje się ponadto, że jako odbiorca kultury pisarka ma wyrobione zdanie na temat innego, pokrewnego filmowi medium – telewizyjnego serialu.

Po seansie Pokotu z ochotą począłem wertować Internet, chcąc poszerzyć swoją wiedzę na temat świeżo upieczonej noblistki. Natrafiłem na wywiad z Olgą Tokarczyk udzielony portalowi Filmweb w ramach cyklu „Mój gust filmowy”. Nakręcony został kilka lat temu, ale przy okazji Nobla go przypomniano. Rozmowa o filmowych pasjach i gustach w pewnym momencie zeszła na temat współczesnych seriali. W powietrzu zawisło pytanie o to, czy współczesny serial można traktować jako spadkobiercę najlepszych tradycji epiki. I wówczas Tokarczuk powiedziała coś bardzo interesującego, a jednocześnie znamienitego. Otóż:

Nie podzielam tej fascynacji serialami, dlatego że kilka razy seriale wyprowadziły mnie w pole. Porównywanie seriali do epickich powieści jest nieuzasadnione kompletnie. Pomysł na seriale, zwłaszcza te, które mają po kilka sezonów, jest takim pomysłem trikowym. Używa się wówczas wszelkich metod narracyjnych, by wciągnąć ludzi i nie dać im nic w zamian.

Dalej słynna autorka dodaje, że prawdziwa narracja to taka, która w sposób powolny, acz konsekwentny rozwija poszczególne wątki, by finalnie je ze sobą spleść. Ma to realizować klasyczny arystotelesowski schemat budowania napięcia, przechodzącego od rozwinięcia do wygaszenia nastałego tuż po katharsis. Według Tokarczuk jednak seriale nie są tak kręcone, bo:

One nieustannie doczepiają kolejne wydarzenia, wątki nierozwiązujące tamtych poprzednich. Jest to rodzaj bardzo świadomego oszustwa.

Powoli. Zanim zaczniecie buczeć na te słowa tak, jak buczycie na wszystkie przejawy braku otwartości umysłu, na wszelkie przejawy „gadaniny” tych, którzy prąc do przodu w jednej formule, mają na oczach klapki niepozwalające dostrzec wokół różnorodności, zachęcam was do zastanowienia się nad sensem tej wypowiedzi.

Jak wynika z dalszej części wywiadu według Tokarczuk nie wszystkie seriale są tak budowane i jest ona w stanie oddać sprawiedliwość tym, które na to zasłużyły. Tym, które w budowaniu narracji stoją po stronie epickich powieści. Jak się domyślam, mówi ona o serialach, które z założenia liczą tylko jeden sezon (Czarnobyl), w którego ramach zamyka się fabuła o wyraźnym początku i jeszcze wyraźniejszym zakończeniu. Ale prawda jest taka, że choć one istnieją, to jednak należą do mniejszości. Dlatego, owszem, zgadzam się z tym, co niegdyś wyczuła Tokarczuk, a co dziś stało się pewną przykrą normą. Wszystkie seriale bazują na swego rodzaju oszustwie, polegającym na tym, że zawsze, bez względu na fabularne okoliczności, pozostawiają otwartą furtkę ku temu, by trwać z widzem bez końca.

Weźmy takie Wielkie kłamstewka. Świetny serial, który wydawał się należeć do tej, nazwijmy to, wyższej kategorii produkcji, posiadających zamkniętą historię. Nic bardziej mylnego, bo i tu twórcy znaleźli sposób na to, by dać widzom możliwość spędzenia z bohaterkami jeszcze kilku odcinków. Nie ma więc znaczenia, czy widmo przeskoczenia rekina jest w danym sezonie namacalne, czy nie. Twórcy przeważnie wzruszają nad tym ramionami, zawierzając koniunkturze. Wiele współczesnych produkcji napisano w taki sposób, by nie trzeba było postawić kropki tam, gdzie czasem wydaje się ona potrzebna. Jeśli jakiś kluczowy wątek zostaje wygaszony, co może sugerować, że nadchodzi wyczekiwane oczyszczenie, szybko zdajemy sobie sprawę z tego, dlaczego twórcy kilka odcinków wcześniej weszli na moment na inne ścieżki fabularne. Po to właśnie, by dały one możliwość kontynuowania przygody.

Jak łatwo zauważyć, taki sposób prowadzenia fabuły udzielił się trochę filmom. Popatrzcie, co dzieje się obecnie z kinowym uniwersum Marvela lub z nową odsłoną sagi Gwiezdnych wojen. Zastanówcie się przez chwilę, jak to się dzieje, że od lat ten szeroko zakrojony projekt tak silnie angażuje miliony fanów. Zadziałały proste triki. Kilkanaście historii (o wyrobionej renomie w popkulturze) połączyło się, zazębiło w jedną, przywodząc na myśl momenty spędzane przed telewizorem przy ulubionej produkcji serialowej. Z tą różnicą, że zrobiono to znacznie, znacznie bardziej widowiskowo. To po pierwsze, a po drugie, nikt nigdy nie dał tu do zrozumienia widowni, że z tego rollercoastera (że pozwolę sobie puścić oko do Scorsese) będzie trzeba kiedykolwiek wysiąść. Kolejna faza już się szykuje. Gra została zakończona, ale przecież w kolejce czeka następne rozdanie.

Nie wiem, czy Olga Tokarczuk po latach zweryfikowała swoje poglądy na temat seriali. Czy w końcu przemogła się i obejrzała do końca Grę o tron, którą wymieniła jako przykład takiej właśnie trikowej produkcji, igrającej z widzem do samego końca. Wiem jednak, że pisarka już wtedy zwróciła uwagę na coś, co dziś weszło na stałe do kulturowego krwiobiegu. I mówię to, wiedząc, że gdy odłożę klawiaturę, prawdopodobnie oddam się kolejnej niezobowiązującej partyjce w Hearthstone, karcianej grze w świecie Warcraft, która, jak wiele współczesnych gier komputerowych na czele z licznymi MMORPG bazuje na określonym schemacie – po zdobyciu jednej marchewki pojawia się kolejna, a po niej jeszcze jedna. Cele stanowią iluzję. Wszystko opiera się na tym, by rozgrywka trwała bez końca.

Marvel

Być może tego współczesny odbiorca właśnie potrzebuje, a zamiast nieustannie dążyć i szukać finalizacji, woli cieszyć się kolejną odsłoną tej samej przygody? Zostawię was z tą refleksją.

Ostatnio dodane