nowości kinowe

AQUAMAN. Bardzo mocne narkotyki zażyte w trochę nieciekawym towarzystwie

Jeśli ten cudownie wyglądający, ale głupi fabularnie film nie otrzyma Oscara za reżyserię efektów specjalnych, to nie istnieje na tym świecie sprawiedliwość

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

W przypadku filmów „dziwne” czasami oznacza „dobre”. Dziwne są Mad Max: na drodze gniewu albo pierwsi Strażnicy Galaktyki, bo galopują tak, jak tego chcą ich twórcy, nic ich nie krępuje, a nieustanny strumień kreatywności nie jest blokowany przez żadne producenckie bicie po łapach. Gdy masz dobrego sternika i pełny worek kasy, można czuć się pewnie, nawet na hollywoodzkich falach. Aquaman Jamesa Wana ma właśnie taki feel – uśmiechniętego dziecka zrodzonego z miłości, ale przy tym nieco kulawego.

Doznanie w formie czystej.

Internet obiegła już ścieżka dźwiękowa, szczególnie Pitbull coverujący kawałek Africa Toto, a scena, w której się pojawił, ilustruje ton Aquamana – tu po prostu dzieją się rzeczy. Tkwi w tym być może świadoma szydera względem zaangażowanych politycznie blockbusterów pokroju Czarnej Pantery, widowisko Wana nie ma bowiem do zaoferowania żadnego komentarza w podobnym stylu. To opowieść o facecie, którego ojcem jest latarnik, a matką żyjąca pod wodą królowa Atlantów, człowieku poskładanym z dwóch światów i stu innych herosów. I potem taki ktoś musi odzyskać swój tron, ten pod wodą, otoczony strażnikami dzierżącymi miotacze plazmowe. Trzeba po drodze bić, skakać po dachach, pływać, zyskiwać sprzymierzeńców, wrogów, ujeżdżać kilka olbrzymich koników morskich i krabów, rozstroić sobie błędnik, oglądając podwodne, pulsujące fluorescencyjnie miasta, a przede wszystkim wypowiedzieć tonę przezabawnej ekspozycji. Trzeba zaznaczyć – chyba niepotrzebnej, bo Aquaman składa się ze składowych podpieprzonych wielu innym filmom przygodowym. Zdobyć broń, odzyskać tron, pomścić matkę, dać złemu panu w zęby. Było. Widziałem. Chociaż chodzi to dziecko o własnych siłach, a nawet odpycha się od trzymającego za rękę wyrodnego ojca, czyli ekranowego Uniwersum DC (usłyszymy jedynie drobne wspomnienie przygód Ligii Sprawiedliwości), to czasami upada na tyłek, udając przy tym, że nic się nie stało. Perlisty uśmiech Jasona Momoy jest w tym procesie bardzo pomocny. Plusy tego widowiska opierają się więc na ciągłej gradacji napięcia oraz odbębnianiu wizualnych niespodziadenek. Bo czego tutaj nie mamy? Tajemnicze, podwodne artefakty, strzeżone przez potwory skarby, walki na arenie otoczonej lawą, pościgi statkami podwodnymi, pełne rozmachu wojny rekinów z laserami, pustynne cywilizacje, sceny romantyczne, wyjęte wprost z klasycznych animacji Disneya… 

A także Dolpha Lundgrena, który jest nieco skonfundowany faktem, że w roli króla podwodnego państwa chyba ani razu na planie zdjęciowym nie było mu dane stanąć na tle czegoś, co nie jest green screenem. O wiele przyjemniej ogląda się w tej scenerii Jasona Momoę, wcielającego się w tytułowego bohatera. Gra on z lekkością oraz swadą, a przede wszystkim wyczuciem konwencji. Wie, że to nie czas, aby tworzyć dla swojej postaci odcienie skomplikowanego człowieczeństwa, więc stara się być taki, jaki wydaje się w wywiadach – zadowolony, rozbawiony cudownością dookoła i skrywający w sobie owo „jestem potulnym olbrzymem, ale weź mnie nie wkurzaj”. Idealnie wpasowuje się to do szekspirowskich elementów fabuły, ale zostawia za sobą wrażenie, że czasami mało „mana” w tym całym podwodnym „aqua”. Drugi plan cieszy oko – Amber Heard jest nikim więcej niż małą syrenką potrafiącą dać z półobrotu (a jednocześnie nośnikiem bardzo żenujących scen romantycznych), transparentna emocjonalnie Nicole Kidman, którą widzimy w wersji zarówno dzisiejszej, jak i odmłodzonej cyfrowo, a także interesujący, bo ponownie ukazujący w sobie światłość i ciepło, Willem Dafoe. Gdzieś w tym natłoku postaci ucierpiał Patrick Wilson, wcielający się w zbudowanego z rozwagą Orma, głównego adwersarza, bo da się w tym bohaterze dostrzec nutkę chłopięcego zagubienia, a to zawsze niuansuje łotra. Czemu głównego adwersarza? Bo film ma jeszcze jednego złoczyńcę, Black Mantę, granego przez Yahyę Abdula-Mateena II, ale wspomina się o nim w recenzjach chyba jedynie z grzeczności. Nie wiadomo bowiem, czemu z powodu wspomnianej ciasnoty atrakcji nie zachowano go na zupełnie inną okazję.

W jednej ze scen, gdy Aquaman i Mara przybywają do Czarnego Lądu, wjeżdża na pełnej wspomniany utwór Pitbulla. Robi się wtedy bardzo dziwnie – bohaterowie zaczynają się przekomarzać, a całość zmienia się w duchowego spadkobiercę Mumii i Króla Skorpiona. Przy solidnej, zapadającej w pamięć ścieżce dźwiękowej rozsypywane są od tego momentu na dywan zabawki oraz klocki, które tylko jakimś przedziwnym cudem kinematgrafii do siebie pasują i jeśli ten cudownie wyglądający, ale głupi fabularnie film nie otrzyma Oscara za reżyserię efektów specjalnych, to nie istnieje na tym świecie sprawiedliwość. Aquaman Jamesa Wana jest bowiem jak bardzo mocny narkotyk zażyty w bardzo kiepskim towarzystwie – anegdotki w pamięci pozostaną, obrazki po zamknięciu oczu również, ale niestety również pytanie, po co to wszystko? Bo chyba tylko dla podbicia endorfin i wizualnego orgazmu. Doznanie w formie czystej. Bez postaci, bez głębi, ale z sercem i o dziwo – zanurzeniem.

Ostatnio dodane