search
REKLAMA
Felietony

Dlaczego mam DOBRE PRZECZUCIA co do nowego epizodu GWIEZDNYCH WOJEN

Mikołaj Lewalski

29 listopada 2019

REKLAMA

Cieszę się, że kiedy wychodziły prequele Gwiezdnych wojen, media społecznościowe nie istniały, a ja byłem zbyt mały, by mieć świadomość ich mieszanego odbioru. W moim świecie produkcje opowiadające historię wzlotu i upadku Anakina Skywalkera były fantastyczną filmową przygodą i nikt nie próbował mi tego zepsuć. Jasne, z wiekiem zauważyłem, z jak miażdżącą krytyką nierzadko spotykały się wspomniane dzieła, a ich wady stały się widoczne także dla mnie. W czasie ich powstawania nie było jednak miejsca na żadne malkontenctwo, a liczyło się tylko to, że będę mógł usiąść w kinie (a potem niezliczone razy przed telewizorem) i dać się porwać kolejnym niesamowitym kosmicznym przygodom.

Przez ostatnie dwa lata bardzo tęskniłem za tamtymi czasami. Wprawdzie już Przebudzenie Mocy miało swoich licznych przeciwników, ale dopiero około premiery Ostatniego Jedi zrobiło się po prostu nie do wytrzymania. Kontrowersje związane z kiepskim startem (obecnie świetnego) Battlefronta 2, mieszane przyjęcie Ostatniego Jedi przez widzów oraz liczne problemy Hana Solo sprawiły, że zaczęto budować narrację o wypaleniu się i rychłym upadku marki. Nagle praktycznie pod każdym postem, artykułem czy zdjęciem związanym z Gwiezdnymi wojnami pojawiał się wyrzyg tyrad, jęków i zarzutów – wychodziło na to, że po prostu nie można cieszyć się nowymi filmami, bo to najgorsze na świecie dno. Wszystko to sprawiało, że oczekiwanie na najnowszy epizod nie było tak ekscytujące jak kiedyś, a związana z tym wydarzeniem magia gdzieś uleciała. Na szczęście niedawno się to zmieniło.

Ten przydługi wstęp miał za zadanie opisać uczucia, które prawdopodobnie posiada także wielu innych fanów. Ma on również znaczenie w kontekście tytułu tego felietonu, bo o ile wcześniej byłem dość optymistycznie nastawiony do grudniowej premiery, tak teraz wyczekuję jej z nadzieją i zniecierpliwieniem. Ostatni miesiąc mocno odmienił nastroje panujące wokół Gwiezdnych wojen, co jest zasługą przede wszystkim fantastycznego The Mandalorian, który okazał się ogromnym sukcesem zarówno według krytyków, jak i zwykłych widzów (to jeden z bardzo nielicznych takich przypadków w historii marki). W tym samym czasie gracze dostali Jedi: Fallen Order, czyli najlepszą gwiezdnowojenną grę od jakichś 15 lat. Wreszcie – opublikowano ostateczny trailer, który podobno (sam widziałem tylko skrawki, żeby nie psuć sobie zabawy) obiecuje niesamowite emocje i porywające widowisko. Trudno więc nie czuć z powrotem dawnej ekscytacji, nawet jeśli wciąż słychać sporo głosów twierdzących, że dziewiąty epizod nikogo nie obchodzi – przedsprzedaż biletów bijąca na głowę Avengers: Koniec gry każe jednak powątpiewać w takie opinie. Powrót magii to jedno, ale na czym opieram wspomniane w tytule dobre przeczucia?

J.J. Abrams oraz włodarze Lucasfilm nie są ślepi ani głusi. Choć brednie pokroju tego, że nikt poza krytykami (oczywiście opłaconymi) nie ocenia dobrze Ostatniego Jedi można włożyć między bajki (świetna sprzedaż wydań DVD i BD to najbardziej oczywisty argument), nie sposób zignorować faktu, że wiele osób miało i ma ogromny problem z tym filmem. I o ile nie można oczekiwać, że ktokolwiek będzie próbował ugłaskać malkontentów, którzy nie mogli zaakceptować wizji postaci Luke’a, o tyle głęboko wierzę, że twórcy Odrodzenia wzięli sobie do serca zasadną krytykę. Najczęstszy zarzut dotyczący Przebudzenia Mocy wynikał z licznych zapożyczeń z Nowej nadziei, nie wyobrażam sobie więc, żeby Abrams miał tym razem uraczyć nas powtórką z Powrotu Jedi. Gdyby pierwsze opinie na temat filmu wytknęły mu coś takiego, wielu wahających się widzów prawdopodobnie darowałoby sobie wizytę w kinie i poczekało na wydanie domowe. Wracając natomiast do Ostatniego Jedi, chyba najbardziej uzasadniony zarzut dotyczył tego, że Rian Johnson nie był zainteresowany rozbudowywaniem niektórych ważnych wątków i postaci wprowadzonych w poprzednim epizodzie. Nie widzę jednak powodu, dla którego nowy film nie miałby wrócić do tych spraw i nadać całości szerszego kontekstu. Ocenianie trylogii z perspektywy dwóch części jest skrajnie idiotyczne, a żeby to lepiej zrozumieć, wystarczy przypomnieć sobie zakończenie Imperium kontratakuje. Bohaterowie przegrywają i ledwo uchodzą z życiem, Han zostaje zamrożony, wojna z Imperium nie posunęła się o jeden krok, a my nie poznaliśmy nawet głównego antagonisty (poza krótką rozmową). Powrót Jedi sprawnie uporządkował ten typowy dla drugiego aktu historii bałagan i godnie zakończył trylogię (być może niepotrzebnie wprowadzając wątek drugiej Gwiazdy Śmierci). Dlaczego Skywalker. Odrodzenie nie miałby zrobić tego samego (poza Gwiazdą Śmierci)?

Powrót Jedi nieprzypadkowo chodzi mi teraz po głowie, w końcu gwiazdą tego epizodu był Imperator Palpatine, który niedługo powróci w jakiejś formie. Niemała część mojej ekscytacji to zasługa właśnie tej obietnicy. Uważam wręcz, że to najlepsze, co mogło spotkać ten film i podobne odczucia miałem na temat śmierci Snoke’a w Ostatnim Jedi. W tym przypadku absolutnie nie trafiają do mnie argumenty spod znaku „chcemy czegoś nowego”. Nie mam ochoty na recykling i kolejną Gwiazdę Śmierci, chętnie też w przyszłości poznam nowych antagonistów, ale epizodyczna saga Gwiezdnych wojen ZAWSZE była teatrem Palpatine’a. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek inny mógł nagle wparować na scenę i zająć jego miejsce. To on na oczach swoich przeciwników uknuł spisek, który doprowadził do zniszczenia Jedi, powstania Imperium i narodzin Dartha Vadera. Jego Imperium nie trwało długo i ostatecznie zgubiła go własna arogancja, ale bardzo podoba mi się perspektywa jego bycia ponad porażką i śmiercią. W końcu opowiedziana Anakinowi historia dawnego mistrza Palpatine’a dotyczyła właśnie władzy nad życiem i jego końcem – być może nie było to wyłącznie kłamstwo? Snoke nie miał szans dorównać swojemu poprzednikowi i można to było wyczuć już w Przebudzeniu Mocy. Nieważne, jak odrażający by nie był albo jakiej potęgi by nie posiadał – Darth Sidious wyreżyserował totalną wojnę między tysiącami układów planetarnych i był dowódcą obu stron konfliktu, utrzymując to wszystko w tajemnicy przed Jedi aż do samego końca. Myślę, że Rian Johnson zdawał sobie z tego sprawę, dlatego w jego wizji Snoke okazał się potężnym Mocą, ale zadufanym przywódcą odrodzonego Imperium, który – jak wielu poprzednich użytkowników Ciemnej Strony – nie docenił sprytu swojego ambitnego ucznia. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się też, że był on marionetką kryjącego się w cieniu Palpatine’a.

Jeśli chodzi zaś o pozostałe kwestie, to od strony realizacyjnej z pewnością będzie to doskonały film. Widać to po zwiastunach, zresztą każda gwiezdnowojenna produkcja Disneya prezentuje się rewelacyjnie. Cieszy mnie, że prawdopodobnie odwiedzimy więcej zróżnicowanych lokacji (niebędących okrętem albo stacją kosmiczną) niż w poprzednich epizodach, a ujawnione ujęcia zapowiadają mocno przygodowy charakter filmu. Mam też wrażenie, że podobni mi zwolennicy brudnych, zakurzonych i zardzewiałych Gwiezdnych wojen (Nowa nadzieja, Han SoloThe Mandalorian) będą tu mieli spore używanie. Prawdopodobnie jednak najważniejszym elementem oczekiwania na Skywalker. Odrodzenie jest fakt, że nie mam pojęcia, dokąd zawędruje historia. Niemało osób zarzucało Ostatniemu Jedi, że kończy się w taki sposób, że kompletnie nie wiadomo, co będzie dalej. Ja jestem za to wdzięczny Johnsonowi i nie mogę się doczekać, aż dowiem się, jaki kierunek ostatecznie obierze finał głównej sagi Gwiezdnych wojen.

Avatar

Mikołaj Lewalski

REKLAMA