Connect with us

Felietony - Cykle

Czy pora umierać, panie Bond? Dlaczego NO TIME TO DIE może nie wypalić

NO TIME TO DIE to nie tylko kolejna przygoda Bonda, ale i potencjalne rozczarowanie. Czy jubileuszowy film spełni oczekiwania?

Published

on

Producenci serii o BONDZIE chcieliby, żeby kolejny aktor zaangażował się na co najmniej 10 lat

Przyznam, że coraz mniej przychylnym okiem spoglądam na zbliżające się nie tak znowu dużymi krokami jubileuszowe przygody Bonda, Jamesa Bonda. Począwszy od politycznych wtrętów, jakimi swego czasu raczyli nas nadworni twórcy bondowskich scenariuszy przy pisaniu roli schwarzcharakteru, przez dokooptowanie im w ramach feministycznej pomocy autorki Fleabag i co chwilę powracające plotki oraz majaki na temat potencjalnej zmiany płci słynnego agenta, a na kontynuacji kiepskich wątków z poprzedniej, nieudanej części, bezpiecznej zmianie kompozytora (owocującej piosenką-mruczanką modnej, nastoletniej gwiazdy) i aferze wirusowej skończywszy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi oraz fabularne przecieki, które zdążyły przedostać się do internetu, wskazują, że jubileuszowa, dwudziesta piąta oficjalna misja ulubionego agenta Jej Królewskiej Mości może skończyć się fiaskiem.

Advertisement

Dr. No (1962)

Fiaskiem jakby od początku stojącym w opozycji do ostatnich autorskich wynurzeń Sama Mendesa w tej serii, a więc stworzonym jawnie pod współczesną publiczkę – również i taką, której Bond na co dzień nie interesuje. Pytanie, czy to dobrze, że robi się produkt „dla wszystkich” i zarazem „dla nikogo”? W odpowiedzi na to pytanie nie pomaga niestety przesunięcie premiery z powodu medialnej pandemii i korony wśród wirusów aż o rok (a jeśli brać pod uwagę także roszady na stanowisku reżysera, którym pierwotnie miał być Danny Boyle, to nawet i dłużej). Co gorsza, takie okoliczności przyrody mogą sprzyjać dalszym eksperymentom producentów, zawsze chętnych do aktualizowania „na gorąco” gotowego dzieła (aczkolwiek ci ostatnio wspominali o tym, że nic nie będą ruszać, bo film „jest idealny”). Notabene dzieła, którego przepastny metraż również może niepokoić.

Blisko trzy godziny seansu zapowiadają typowy blockbuster XXI wieku, czyli dużo formy i jeszcze więcej treści, którą nie raz dostaniemy po głowie, a ta rozboli nas zapewne gdzieś w połowie natłoku atrakcji, za którymi albo nic nie stoi, albo – o zgrozo – stoi jedna wielka adaptacja rzeczywistości za oknem. Do tego masa odniesień do poprzednich odsłon sagi MI-6 i voilà! – zapiekany zraz à la 007 gotowy. Tylko czy smaczny? I czy nadal w zgodzie z oryginalną recepturą czy może przygotowany z produktów bio dla laktozoopornych użytkowników smartfona i Disney+?

Oczywiście koloryzuję trochę szyderą, jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, iż Bond może znów obudzić się w nowym porządku – i nie chodzi jedynie o ekonomiczne następstwa rzeczonej zarazy czy też gorączkę Black Looting Matters. Od poprzedniej części minie wszak aż sześć lat, czyli mniej więcej tyle, co we wcześniejszych znaczących przerwach w działalności brytyjskiego szpiona. Co ciekawe, z reguły związanych ze zmianą warty. Pomiędzy Licencją na zabijanie a GoldenEye minęło sześć wiosen, w trakcie których geopolityka świata niemalże pozbawiła Bonda wiarygodnych przeciwników.

Advertisement

Wtedy jednakże twórcy wybrnęli z tego, zgrabnie nawiązując do pokłosia zimnej wojny, na której koniec sam zainteresowany generalnie reagował charakterystycznymi dla siebie ripostami. Aparycja Pierce’a Brosnana w jego pierwszym filmie z tej serii nie pozostawiała żadnych wątpliwości, że choć świat poszedł do przodu, to na ekranie brylował wciąż ten sam „stary”, dobry Dżejms, na którego warto było czekać (aktor już wcześniej miał sięgnąć po Waltera PPK, lecz przeszkodziły mu inne zobowiązania, dodatkowo przedłużając nieobecność 007 w kinie).

Za drugim razem przerwa trwała cztery lata, co spowodowane było kiepskim przyjęciem ostatniej przygody Brosnana w danym uniwersum – w zamierzeniu mającej wprowadzić Bonda w XXI wiek, a w praktyce stanowiącej wizualny chaos popkulturowy, w którym główny bohater bywa równie zagubiony, co widz. Śmierć nadejdzie jutro swoje zarobiła, ale krytyka i widownia nie zostawiła na niej suchej nitki, więc klan Broccolich stwierdził, że śmierć nadeszła nieco wcześniej i pora na reboot.

Tak oto Bond przeszedł trwały lifting, stając się blondynem o mało salonowej twarzy Daniela Craiga. Jednak i tutaj udało się utrzymać ducha słynnego agenta, sięgając po jedną z jego najbardziej klasycznych przygód – Casino Royale – pomimo nowoczesnych elementów jakby żywcem wyjętą z czasów pociesznego Doktora No.

Advertisement

Utrzymany w stylu Jasona Bourne’a – co widać zwłaszcza w poharatanej montażem kontynuacji – i jak on zaczynający niejako od nowa swoje życie, bo dopiero zdający test na „double-o”, James pozostał przy tym sobą, acz w nieco bardziej umięśnionej formie, pozbawionej też swoistej ogłady i otoczki angielskiego gentlemana. No i w dodatku od początku osłabiony przez miłość, co robiło z niego momentami wrażliwca o podciętych skrzydłach, jakim niegdyś był niesławny George Lazenby.

Ostatecznie Craig podzielił zresztą jego los, trzymając martwą ukochaną na kolanach – o czym twórcy sagi jakby potem zapomnieli, dosłownie parę filmów później znów pchając go w objęcia „tej jedynej”. Lecz takie rozwiązanie na kilometr śmierdziało sztucznością i publika znów kręciła nosem.

Advertisement

Artystyczna porażka Spectre była jednak efektem zmęczenia materiału i jego twórców, wyraźnie niechętnych do ciągnięcia tego wózka dalej. A opóźniona premiera wynikała z producenckiej pychy rozochoconej olbrzymim tryumfem Skyfall, którego Spectre miało być bezpośrednim następstwem i duchowym przedłużeniem. Dostaliśmy więc pozornie to samo, choć w o wiele gorszym, nudniejszym wykonaniu – nieudany, bo wymuszony mariaż wspomnianego kina autorskiego z biznesowymi zapędami.

Niesmak wcale nie lepszy od tego, jaki ponad dekadę wcześniej wynikał z braku zahamowań twórczych. Nic zatem dziwnego, iż przy kolejnej odsłonie studio postanowiło zwolnić Boyle’a, porzucić jego szalone pomysły i grać spokojnie w bezpieczne karty. Gorzej, że ponownie wydają się one znaczone.

Advertisement

Albo raczej naznaczone – piętnem czasów i zmieniającego się za oknem krajobrazu. Sporo się od ostatniej części zmieniło, niekoniecznie na lepsze. Dlaczego jednak nagle miałoby to robić różnicę i być uwzględniane na planie? Już wcześniej 007 nie ugiął się ani upadkowi systemu, ani milenijnym obawom i nadziejom, choć miał ku temu doskonałe warunki – jak choćby zamiana ojca na matkę, która z miejsca nazwała swego wyrodnego syna mianem „dinozaura” przebrzmiałej ery. Urocze. Ale niegroźne dla ego najsłynniejszego szpiega świata. Czemu więc teraz miałby on się dostosować do nowych reguł gry, skoro dotychczas słynął raczej z ich łamania, niesubordynacji i własnych metod działania (co skończyło się nawet założeniem mu elektronicznej obroży)? Innymi słowy dlaczego Bond nie powinien się zmieniać, tak jak, wbrew pozorom, nie zmieniał się do tej pory?

tl;dr – bo wtedy nie byłby Bondem. Kropka.

Advertisement

A w bardziej rozbudowanej wersji: dlatego, że James Bond nie jest, jakbyśmy tego chcieli, człowiekiem z krwi i kości, lecz pewną ponadczasową myślą zrodzoną w głowie białego człowieka w nieco innej epoce. Nawet jeśli wierzyć wszystkim plotkom o barwnym życiu Iana Fleminga, Bond jest jego niedoścignionym ideałem. Paradoksalnie nie idealnym facetem jako takim, bo popełniającym błędy, potrafiącym się potknąć. Ale większym niż życie, a zatem ustawiającym je pod siebie, a nie odwrotnie. To fikcja, której wszelkie cechy wynikają z natury jego wyobrażenia, jakim autor zaraził pozostałych ludzi.

Bond to pewien wspólny zbiór pragnień i macho marzeń – poniekąd, acz z innych powodów, działający także na kobiece sny – a nie ktoś, kto ma odzwierciedlać lęki i prawdy rzeczywistości. Może dla nich co najwyżej stanowić swoisty wentyl bezpieczeństwa, bo to bohater, któremu nic niestraszne, nawet jeśli trapiony jest własnymi demonami. W domyśle dziecko zimnej wojny, lecz z korzeniami sięgającymi wcześniejszych konfliktów, nie może być wykładową zmieniających się czasów – choć może na nie reagować, oczywiście przy zachowaniu własnego status quo.

Advertisement

Na tej samej zasadzie egzystuje Batman, który również przez dekady nie zmienił swoich metod działania i swoich przekonań. Harcerz w szpiczastej masce uległ jednak technice i związanemu z nią stylowi, który z tandetnych przygód w takt komiksowych dźwięków przeszedł w gotyk, a następnie sensacyjny mrok. Podobnie modna obecnie Wonder Woman, która ciągle lata w skąpej kiecce i, jakby nie patrzeć, uprawia jawny seksizm względem facetów. Tenże seksizm zarzuca się dzisiaj Bondowi, u którego również wynika on nie z jakiejś nienawiści agenta do płci pięknej, lecz z natury danej postaci i jej zajebistości. Jako wyzwolona, supersilna amazonka z odciętej od świata cywilizacji, stojąca ponad wszystkimi Wonderka może sobie pozwolić na uszczypliwe uwagi pod adresem facetów, jakkolwiek żenujące i bezsensowne by one nie były. Tak samo James może traktować kobiety z wyższością, wręcz przedmiotowo, bo stanowią one dla niego kolejne wyzwania – jak również różnego sortu przeciwnicy na jego drodze, nierzadko także w spódnicy. Myliłby się zresztą ten, kto uważa, że dotychczas kobiety były w tej serii jedynie głupiutkimi ozdobnikami, które nie potrafią zadbać o siebie – czemu już pierwszy film w cyklu stanowczo zaprzecza.

Bawi mnie zatem wspomniana próba feminizacji Bonda oraz chęć uczynienia z niego kobiety. Broccoli co prawda zapewniała, że tak się nie stanie, lecz w jej wypowiedzi czuć smak porażki ideologicznej, przerzuconej z osoby Jamesa na świat, w jakim funkcjonuje. A przecież i ten, także fikcyjny, nawet jeśli namacalny, powinien trzymać pewien bondowski standard. Bond nie na tym wszak polega, aby za jego pomocą odpowiednio traktować kobiety i czynić je coraz silniejszymi.

Abstrahując od faktu, że w historii 007 sporo było pań, które potrafiły oprzeć się jego urokowi (wliczając w to kontrowersyjną z uwagi na swoje personalia Pussy Galore) i radośnie kopały mu tyłek, to przecież Bond nie jest odpowiedzią na ich postulaty. I nie powinien być celem ich frustracji. To samoświadomy produkt dla facetów, którzy na co dzień nie jeżdżą Astonem Martinem, nie piją wstrząśniętego martini, nie chodzą w drogich smokingach, pod którymi nie trzymają broni oraz ukrytych gadżetów, i w końcu nie uwodzą tabunu kobiet. Nie bez kozery części, które najmocniej wyłamywały się z tego schematu, są tymi najmniej poważanymi.

Advertisement

I owszem, już wcześniej twórcy co i rusz próbowali przemycić na filmową taśmę pewne elementy świata rzeczywistego. Jednakże zawsze te naleciałości „z zewnątrz” były jedynie gustownymi dekoracjami, a nie wykładnikami działania lub twórczym celem samym w sobie. Gdy więc Amerykanie wylądowali na Księżycu, Bond parę lat później tratował jego makietę i ścigał się łazikiem. Na bazie popularności Gwiezdnych wojen poleciał w kosmos, a w kolejnych dekadach skakał na bungee lub surfował do celu. Jego przygody zahaczały o blaxploitation w czasach świetności tegoż oraz o poważne kino sensacyjne w latach 80.

, a od pewnego momentu tkwią w umownym realizmie XX wieku. Przez ponad pięć dekad James walczył z widmem nuklearnej zagłady, z rosnącymi w siłę baronami narkotykowymi, potentatami energii i guru medialnego imperium, podczas gdy Q serwował mu coraz to nowsze zdobycze techniki, których symbolicznym zwieńczeniem stał się niewidzialny samochód (znamienne, że od tego momentu wszelkie nowinki nie mają już tej siły wyrazu i fantazji). Ale zawsze Bond pozostawał sobą i żył w swoim własnym świecie – czasem tylko dwa razy, czasem pozwalając innym umrzeć.

Jamesa Bonda oraz jego świata poza światem nie powinno się zatem tykać, gdyż wtedy dojdzie do przekłamania, a wraz z nim do upadku postaci, której sens istnienia zostanie tym samym utracony. Jeśli w istocie ma to wkrótce nastąpić, to może – wbrew tytułowi – faktycznie już lepiej umrzeć, mister Bond? Niekoniecznie na koronawirusa.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *