Connect with us

Felietony - Cykle

Co ma wspólnego TELEWIZOR z KRYTYKIEM FILMOWYM? Metody i umiejętności

TELEWIZOR a KRYTYK FILMOWY to fascynujący duet. Odkryj, jak nowoczesne media kształtują sztukę krytyki filmowej i zmieniają nasze spojrzenie na kino.

Published

on

Co ma wspólnego TELEWIZOR z KRYTYKIEM FILMOWYM? Metody i umiejętności

W pierwszej części ustaliliśmy, że zadziwiająco wiele, pod warunkiem że bierzemy pod uwagę dzisiejszą technikę. Jeszcze 40 lat temu pewnie nikt w to nie wierzył, bo przecież dla „prawdziwych” krytyków filmowych istniało tylko kino i nic poza nim. Może i na początku istnienia telewizji jakość wizualna sygnału nadawczego i jego wizualizacji w kineskopach w porównaniu z kinem upadła dosłownie na pysk, lecz po latach znów okazała się konkurencyjna.
Advertisement

Poza tym wymyślono cyfrowe nośniki obrazu, a telewizor uniezależnił się w końcu od anteny na dachu, stając się wysokiej jakości monitorem. Owo urządzenie oraz w ogóle medium telewizyjne wszystko zmieniły. Dzisiaj nastały już zupełnie inne czasy, podobnie zresztą jak w fotografii. Kto przy zdrowych zmysłach i dzisiejszym stylu pracy w reklamie czy fotoreporterce powierza jeszcze realizację swoich zawodowych celów analogowej kliszy? Nastały również inne czasy dla recenzentów. Sama wiedza o filmie to zaledwie ułamek tego, czego powinni mieć świadomość, jeśli chcą pisać.

Warto pamiętać o pewnej odwiecznej prawidłowości. Sfera narzędzi i umiejętności ich wytwarzania (technē) rozwija się nieco szybciej niż metody działania kształtowane na podstawie określonych zdolności (méthodos). Najprościej tę sytuację można wyjaśnić za pomocą analogii. Umiejętność czytania nie zmieniła się zasadniczo od wieków, chociaż język ewoluował. Natomiast książka jako nośnik informacji zmieniła się zarówno pod względem formy, jak i treści.

Odnosząc zatem tę prawidłowość do pracy recenzentów, narzędzia podające im informacje do oceny (kino, telewizja, Internet) powstały i zmieniały się o wiele szybciej niż metody oraz umiejętności potrzebne do recenzowania, a więc sposób pisania, dobór informacji oraz zasady krytycznej analizy źródeł. Ogólnie proces ten jest jak najbardziej pozytywny, jeśli tylko mądrze korzysta się z narzędzi i własnych zdolności, no i oczywiście ograniczy do przypadków naprawdę koniecznych używanie laptopa, tabletu i smartfona do wizualizacji recenzowanych materiałów.

Advertisement

Chyba że są one nakręcone, by na takich urządzeniach je oglądać albo recenzencka ocena nie wymaga aż takiego wnikania w formę. Jakich więc sprawności i metod potrzebuje recenzent, żeby cokolwiek sensownego napisać?

  1. Umiejętność posługiwania się językiem

Celowo nie napisałem, że polskim, bo przecież recenzje można pisać we wszystkich językach świata, jeśli się je tylko dobrze zna. Język pisany rządzi się swoimi prawami i to, że ktoś potrafi swobodnie mówić, nie oznacza, że z równym zacięciem cokolwiek napisze. Oczywiście współczesne dziennikarstwo często łączy język potoczny z literackim, co czyni teksty bliższymi ludziom, a czasami nawet ostrzejszymi niż sformalizowane, akademickie wywody. Niezależnie na jaką formę swojego języka recenzent się zdecyduje, powinien tym, co pisze, umieć wyzwolić w czytelnikach emocje – czasem wręcz skrajne, w imię zasady, że język tnie równie bezlitośnie co miecz. Powinien również mieć świadomość, że jego tekst ma powodować żywe reakcje. Nieważne przy tym, czy będą one pozytywne, czy negatywne.

Jeśli tylko czytelnicy krytykują w ten sposób wyrażone poglądy, a nie masowo czepiają się formy stylistycznej, oznacza to, że metoda działa. W końcu nie po to się pisze recenzje, żeby stwierdzać w nich wyłącznie to, z czym czytelnicy się zgadzają. Czasem taka niezgoda wręcz ich obnaża, bo reakcja na przeciwstawną opinię niekiedy wywołuje kontrreakcję, a z kolei jej forma potrafi wiele powiedzieć o człowieku. Zatem sprawny pisarski język wcale nie musi być ładny (np. przekleństwa, potoczne zwroty). Ma być skuteczny i poprawny gramatycznie. Powinien być intertekstualny i wielowymiarowy oraz wskazywać na doświadczenie doświadczenia.

Advertisement

Jeśli celuje w literackie uwznioślenia, jednocześnie nie może być nimi przesłodzony i absolutnie powinien trzymać się z daleka od poezji. Trudno sobie wyobrazić bardziej wyspecjalizowanego w nudzie recenzenta. Równie dobrze mógłby pisać recenzje hieroglifami. Poza tym sprawny język pisany przydaje się zarówno we właściwym i jasnym wyrażaniu własnych opinii, jak i w odkrywaniu, kim są naprawdę ci, co te myśli odczytują.

  1. Znajomość podstaw edytorstwa

Bardzo dawno temu dziennikarze pisali ręcznie, a trochę mniej dawno temu na maszynie. Jeśli nie byli redaktorami prowadzącymi i nie odpowiadali za składanie gazet do druku, zecerstwo było dla nich tajemnicą porównywalną z czarną magią. Teraz nadeszły czasy, gdy czcionki na dobre zamieniły się w fonty. Jak zapewnia firma Adobe po najnowszej aktualizacji Creative Cloud – w pełni i płynnie skalowane za pomocą suwaka bez potrzeby przełączania między wersją thin a black, regular a italic.

Chyba więc oczywiste jest, że każdy dziennikarz powinien rozróżniać dywiz od półpauzy i długiej pauzy. Style akapitowe i znakowe w Microsoft Word nie powinny mieć dla niego tajemnic, bo to je importuje się przy składaniu tekstu do druku, a pisanie główki tekstu na określoną liczbę znaków bez straty dla treści musi mieć w jednym palcu. W przypadku Internetu przyda się dodatkowo HTML i WordPress. I to wszystko ma opanować „humanista”, któremu wydawało się, że jego jedynym zadaniem i osiągnięciem będzie przelewanie nadobnych słów na elektroniczny papier (lub jeszcze bardziej stylowo – na papier zwykły, ręcznie)? Tak, niestety ma to wszystko opanować, żeby sprawnie technicznie współpracować z resztą zespołu redakcyjnego, a nie być kolejnym gałganem na korkowej tablicy, w którego rzuca się ogryzkami z jabłek, kiedy akurat za godzinę trzeba przesłać złożony materiał do CtP.

Advertisement

  1. Weryfikacja źródeł i informacji

Chociaż obecnie jest o wiele łatwiej niż kiedyś i nie trzeba wielu godzin spędzać w czytelni, żeby napisać artykuł, to jednak wciąż należy uważać. Internet jest kopalnią cennych informacji, a jednocześnie paskudnych kłamstw. Przekonałem się o tym wiele razy, tym boleśniej, że dopiero wtedy, gdy błąd już poszedł w świat. Sądzę, że w praktyce niemożliwe jest sprawdzić informacji w 100 procentach. Nie ma na to czasu, a niekiedy i świadomości. Część danych niejako automatycznie przyjmujemy jako oczywiste, prawdziwe i sprawdzone, skoro tak samo o nich mówi mnóstwo ludzi.

I często właśnie tu może kryć się problem. Jeśli recenzent wykorzystał sporo odniesień na przykład do historii sztuki, prawa czy fizyki, a trafi na czytelnika, który jest specjalistą w którejś z tych dziedzin, może się okazać, że jego potoczne definicje, dobrze sprawdzające się w tekście o filmie, niekoniecznie przystają do specjalistycznych ram innej dziedziny wiedzy. Trzeba się po prostu zawsze liczyć z tym, że ktoś może wiedzieć w danym temacie więcej. Niekoniecznie chodzi tu o wytknięcie błędu, ale też uściślanie, szczegółowe aspekty i potoczne wyjaśnienia. Specjaliści w określonych dziedzinach niezbyt lubią, gdy się ktoś z zupełnie innej bajki tematycznej retorycznie prześlizguje po czymś, czego podręcznikowe opisy liczą tysiące stron.

Lepiej więc dwa razy sprawdzić. Przynajmniej zmniejszy się ryzyko napisania nieprawdy, zaś dyskusje z nerdami, specjalistami i innymi zajawionymi w tematach osobnikami, zwłaszcza w Internecie, są nieuniknione.

Advertisement

  1. Wiedza przedmiotowa z zakresu nauk humanistycznych i ścisłych

Samo filmoznawstwo po prostu już nie wystarczy. Film to nie produkt odseparowany od naszej ludzkiej aktywności. To jej efekt, a więc za nim stoi literatura, teatr, filozofia, kultura masowa, technika, a współcześnie coraz częściej nauki ścisłe, w tym fizyka relatywistyczna. Dobrze by było, gdyby recenzent miał wykształcenie w którejś z tych dziedzin. Dodatkowo nieźle orientował się w kulturze masowej. Wiedział, jakie wyzwania i perspektywy stoją przed współczesnymi mediami.

Nie unikał telewizji, portali społecznościowych, imprez kulturalnych. To wszystko poszerza horyzonty, zapewnia stereofoniczność recenzji, jak mógłby powiedzieć Tomek Beksiński. Recenzent powinien też brać czynny udział w życiu. To ostatnie brzmi nieco enigmatycznie. Dokładniej wyjaśnię, o co mi chodzi, w punkcie Doświadczenie życiowe. Na razie napiszę tylko, że nie można pisać o wódce, nie znając jej smaku i morderczo szybkiego działania. A poza tym nie wyobrażam sobie, żeby recenzent nie znał blasków i cieni prozaicznego życia. Jak mógłby wtedy zrozumieć filmy, które wynikają z egzystencjalnych doświadczeń? To też ogromny zakres wiedzy, a jego zdobywanie zaplanowane jest na dziesiątki lat.

  1. Umysł otwarty na pluralizm moralny

Najlepiej by było, gdyby recenzent nie wierzył w nic bez dowodu, bo później wychodzą z jego tekstów takie żenujące kwiatki jak na przykład recenzja Krainy lodu 2 na portalu KulturaDobra.pl. Ale tak naprawdę brak wiary jako takiej jest logicznie niemożliwy. Zawsze będziemy w coś wierzyć, chociażby w to, że obudzimy się na drugi dzień. Całkowita niewiara w Boga raczej też wydaje się nieracjonalna, bo nie mamy zweryfikowanej w praktyce teorii na temat własnej genezy i funkcjonowania wszechświata.

Co innego niewiara w kościół instytucjonalny. W postawach antyteistycznych (nie mylić z ateistycznymi) należy jednak zachować umiar, bo radykalizm paradoksalnie zaprowadzi zwolenników nowego ateizmu do stworzenia kolejnej religii, która z czasem przerdzewieje jak chrześcijaństwo. Działalność Krzysztofa Pieczyńskiego jest tego dobitnym przykładem. W angielskiej filozofii religii funkcjonuje ciekawe rozróżnienie na faith i belief. Jeśli ktoś zechce zgłębić temat wiary oraz jej braku, znajdzie dziesiątki niuansów, które należy wziąć pod uwagę, nim się stwierdzi, że się w nic nie wierzy.

Advertisement

Tutaj raczej nie będziemy ich rozważać. Wracając do recenzenta, jeśli już ma wierzyć, najlepiej żeby jego wiara pozostawała pod kontrolą rozumu, zwłaszcza w kwestiach moralnych, bo to wpływa na ocenę filmu, gdy podporządkowuje się go jakimś religijnym wartościom i próbuje na siłę chrzcić lub szukać w nim przejawów działania Antychrysta. A przecież powinniśmy przestrzegać wartości ludzkich. Te religijne są aksjologicznym oksymoronem, który sprawia, że strach jest zawsze blisko nas.

  1. Znajomość książek do oceny adaptacji

Kto wie, czy właśnie znajomość literatury nie jest kluczem do zrozumienia filmów jako sposobu kontestacji zastanego świata i krytycznej wypowiedzi o człowieku w ogóle. Dlatego czytać trzeba, zwłaszcza gdy się pisze. Czytanie zapewnia stały dopływ bodźców. To tak, jakby jednym uchem słowa wchodziły, a drugim się wydostawały prosto na papier. A już przeczytanie każdej, dosłownie każdej książki, na podstawie której został nakręcony oceniany film, jest obowiązkiem recenzenta. I nie chodzi tu wyłącznie o adaptacje. Produkcje luźno inspirowane literaturą również się liczą.

Recenzent powinien mieć jak najszersze pole interpretacyjne. Gdzieś tam w samym jego środku jest masa filtrów, przez które zapewne wszystkie teksty muszą przejść. W przypadku recenzowania adaptacji do tej całej hermeneutycznej czeredy przedrozumień dołączają przynajmniej jeszcze dwa cedzidła – wiedza, co autor książki miał na myśli, oraz konfrontacja obrazu z wyobrażeniami, które powstały podczas czytania. Recenzowanie adaptacji to walka rozgrywająca się w głowie recenzenta między wizją reżysera a doświadczeniem czytelnika będącego równocześnie oceniającym. Z tego starcia mogą wykluć się naprawdę interesujące wnioski, a twórcy filmowi się z nimi liczą.

Advertisement

I absolutnie żadną wymówką dla piszących recenzje nie jest dyletanctwo scenarzystów, niekiedy słabo orientujących się w tytułach, na podstawie których konstruują fabuły adaptacji. To kuriozum podobne do sytuacji, kiedy recenzent pisze o filmie, a nie zna literackiego przyczynku do jego powstania.

  1. Spostrzegawczość

Postrzeganie (percepcja) to złożony proces. Biorą w nim udział zmysły i mózg, który przetwarza otrzymywane dane. Na ich podstawie nasza kora mózgowa dokonuje kolejnych operacji, w tym jednej z ważniejszych w percepcji obrazu – kojarzenia tego, co „widzi”, z uprzednio zmagazynowanymi w pamięci informacjami. Na podstawie tych procesów człowiek jest w stanie zauważyć i uświadomić sobie, co się dzieje w oglądanym aktualnie filmie, oraz zauważyć wszelkie niepasujące do konwencji elementy – na przykład butlę z gazem widoczną po przewróceniu się rydwanu w Gladiatorze Ridleya Scotta. Oczywiście rzadko się zdarza, że nawet wyspecjalizowany w szukaniu technicznych wtop recenzent zauważy je wszystkie podczas jednego seansu. Dobrze wyćwiczona spostrzegawczość jednak się kinomanom przydaje, zarówno do odkrywania takich wpadek jak ciężarówka w Panu Wołodyjowskim, jak i wyłapywania niuansów na drugim i trzecim planie fabuły oraz ukrytych konotacji ideologicznych.

  1. Chęć ucieczki od interpretacyjnych szablonów oraz gatunków literackich

Czytaliście kiedyś recenzje Armonda White’a, które ukazują się w „National Review”? Niektóre z nich w ogóle nie są podobne do recenzji zgodnie z ich definicją gatunku wypowiedzi publicystycznej. A już na pewno nie uwzględniają nerdowskich miłości widzów ani opinii większości. I co z tego? Recenzent ma obowiązek szukać własnej drogi twórczej, a format recenzji powinien mu służyć za ramy wspomagające jego krytyczną wypowiedź.

Niewątpliwie potrzebna jest do tego odwaga, bo konfrontacja z hordami nienawistnych widzów i filmowców jest niekiedy bolesna. White ją ma, jak obecnie mało który krytyk. Miał ją kiedyś na przykład Sławomir Mrożek, ale to było kilkadziesiąt lat temu. W dzisiejszych czasach krytyka filmowa staje się coraz bardziej bezpieczna. Jak twierdzi White: „Mam wrażenie, że ludzie zapomnieli już, czym jest krytyka filmowa, bo w dzisiejszych czasach niezwykle o nią trudno. Teraz mamy skale ocen i agregatory recenzji wypełnione niemal identycznymi opiniami. W kulturze filmowej dominuje teraz instynkt stadny, a co najsmutniejsze, panuje on nie tylko wśród czytelników, ale i recenzentów.

Advertisement

Jeśli ja idę pod prąd, to jak nazwać to, co robią pozostali? Staram się być dobrym krytykiem, a nie jedynie bezmyślnie przyswajać oferowany mi produkt. Wydaje mi się, że ludzie boją się przyjąć do wiadomości, że nie potrafią myśleć samodzielnie i nieszablonowo”.

Wychodzi na to, że współczesna krytyka filmowa popada stopniowo w marketingowe trzęsidupstwo uzależnione od reklamowych targetów założonych przez dystrybutorów.

  1. Podstawowa wiedza o technice realizacji filmów i fotografii analogowej

Czasy, w których panuje technologia, mają swoje wymagania, również wobec dziennikarzy. A więc recenzent, prócz klasycznego, humanistycznego lania wody na temat, jaki to omawiany przez niego film jest wzruszający, filozoficzny i odpowiada na potrzeby widzów w każdym wieku, powinien umieć przeanalizować go także pod względem realizacyjnym. A do tego przydaje się styczność z planem filmowym, świadomość, jak pracuje kamera, co to jest głębia ostrości, czas ekspozycji, brak danych w cieniach, montaż twardy, miękki, przejścia montażowe, szwenkowanie i tak dalej, i tak dalej.

Fotografia analogowa jest znakomitym źródłem wiedzy o podstawach optyki oraz kadrowania, o wiele bardziej niż cyfra szanującego kadr jako zamkniętą całość z chwilą zwolnienia migawki. Jeśli ktoś nie wierzy, że to pomaga, niech przypomni sobie aktorów, którzy na pewnych etapach swoich karier sami zaczynali reżyserować, często z rewelacyjnym skutkiem. Żaden z nich nie udawał się w tym celu na specjalne studia z reżyserii. Każdy z nich za to obserwował, pływał w tym sosie, aż wreszcie odważył się powtórzyć własnymi rękami to, czego był przez te tysiące godzin mozolnej pracy świadkiem.

Advertisement
  1. Kinomaniactwo

Czasem ilość jednak przekłada się na jakość. Pośród różnych powszechnych miejskich legend jest kilka całkiem sprawdzonych i, o dziwo, prawdziwych. Jedną z nich jest przekonanie, że obycie w świecie, czyli stanie się człowiekiem kulturalnym, nie zależy od pochodzenia ani wykształcenia, lecz od ciągłego stykania się z ludźmi i rzeczami uznanymi za „kulturalne”. Zgodnie z tą metodą, samo oglądanie filmów daje z czasem coraz szerszy ogląd. Nie trzeba o nich pisać, wręcz się nie powinno.

Trzeba je oglądać, jak ogląda się dzieła sztuki w muzeum, a refleksja krytyczna z każdym seansem będzie się usprawniać. Dopiero kiedy jest się pewnym, że znajdzie się w sobie na tyle słów, by napisać coś ciekawego i konstruktywnego, należy dotknąć klawiatury. Inaczej słowa pozostaną jedynie zlepkiem komunalnych związków frazeologicznych, jak niektóre kwestie w naszych polskich komediach romantycznych albo amerykańskich filmach superbohaterskich. Kinomaniactwo służy pogłębieniu refleksji, natomiast książkofilstwo ulepsza technikę pisania. A tak na marginesie, nawiązując do artykułu Mai Piskadło na portalu gazeta.

pl o Irlandczyku (link tutaj), zakładam, że każdy, kto zabiera się za pisanie o filmie, zna Martina Scorsese. Publiczne pisanie o jego nieznajomości z punktu widzenia dziennikarza publikującego artykuły na komercyjnym portalu jest jak rozebranie się do naga na placu Świętego Piotra w czasie modlitwy Anioł Pański.

Advertisement

  1. Doświadczenie życiowe

Smak życia jest jak jego sens. Wracam więc do picia wódki z punktu 4. To tylko symbol, ale jakże znaczący, bo wpływa na świadomość. Recenzowanie jest nie tylko pisaniem o filmie, nawet jeśli tak usilnie będziemy chcieli je nazwać. Bo sam film jest związany ze znacznie szerszą narracją doświadczaną przez reżyserów, scenarzystów, producentów, nie w kinie, lecz w życiu osobistym. Film to dokładnie to, co albo w życiu się zdarza, albo co według nas powinno się zdarzyć. Stąd kluczem do odczytania kinematograficznych dzieł jest znajomość stricte własnego sensu życia, a to przychodzi z czasem, długim, mozolnym staraniem się o czas.

Nie można więc pisać o wódce, nie znając jej smaku. Nie można pisać o seksie, będąc prawiczkiem. Nie można pisać o dzieciach, nie będąc rodzicem. Nie można pisać o filmie, który jest odpryskiem egzystencji człowieka, nie znając jej. Czy to oznacza, że recenzent staje się nim w określonym wieku, czy po określonych przeżyciach? Nie umiem odpowiedzieć, kiedy następuje ten moment, ale na pewno ktoś, kto go doświadczy, zda sobie sprawę, że przekroczył tę magiczną granicę, za którą smak życia jawi się dosłownie jako jego sens. Dla mnie, póki co, sam jego cień dopiero zaczął wyłaniać się zza horyzontu. Najwidoczniej muszę jeszcze wypić trochę wódki.

  1. Krytyka filmowa to nie narzędzie Public Relations

Jeśli twórca zaczyna być narzędziem marketingowców, przestaje być twórczy. Może co najwyżej w miarę poprawnie wykonywać dziennikarskie rzemiosło. Nic poza tym. Żadnego artyzmu w jego działaniu już nie będzie, natomiast wkradnie się w nie mistyfikacja. Najgorzej, gdy od recenzenta ktoś będzie wymagał napisania pozytywnej recenzji, podczas gdy film będzie zły albo recenzent będzie miał o nim złe zdanie. Trudno, żeby udawał. Recenzowanie to synteza własnej, subiektywnej opinii na temat ocenianego działa z obiektywnie istniejącymi jego cechami.

Można je ocenić właściwie, o ile tylko ktoś z zewnątrz nie będzie na ten proces chciał wpłynąć w imię czysto finansowych motywów. Jeśli tak, niech najlepiej sam sobie napisze tekst sponsorowany. Takie puste laurki krążą po sieci w zatrważających ilościach, nie tylko w polskim Internecie. Dystrybutorzy zaczynają traktować świat krytyki filmowej jak darmowe narzędzie marketingu, a wszystko przez to, że recenzenci jasno się takim praktykom nie sprzeciwiają.

Advertisement

  1. Recenzent czy krytyk?

Krytyka filmowa nie jest zabawą w pisanie. To kierująca się mnóstwem zasad, kategorii i subiektywnych ocen próba wskazania kierunku widzom. Działa również trochę jak hamulec i narzędzie weryfikacyjne dla filmowców, bo oceniający ich prace widzowie dużo częściej niż krytycy ulegają emocjom i nerdowskim skłonnościom. Rzadziej w percepcji filmów używają obiektywnych kategorii. Po prostu nie muszą, z wielu powodów. Po pierwsze zawodowo nie zajmują się pisaniem o kinie. Po drugie specjalizują się w innych dziedzinach, bynajmniej nie humanistycznych.

Po n-te, niekiedy są typami biernymi umysłowo i potrzeba im pokazać palcem, co jest dobrym filmem, a co szmirą. To główne zadanie, które stoi przed krytykiem, zaś nie przed recenzentem – tak można by było zdefiniować różnicę między tymi określeniami zawodowymi kiedyś, co najmniej kilkadziesiąt lat temu. Wtedy dziennikarstwo było o wiele bardziej elitarne. Dzisiaj recenzje pojawiają się dosłownie wszędzie – na blogach, portalach zupełnie niezwiązanych z filmem, YouTubie i tak dalej. Właśnie przez to zatrzęsienie medialnych wypowiedzi wolałbym, żeby obecnie krytyk był recenzentem i vice versa.

Nie ma między tymi nazwami istotnej różnicy, chyba że ktoś staromodnie chce podkreślić, że jest doświadczonym i utytułowanym specjalistą od pisania o filmie. Wtedy miano krytyka-artysty w swojej dziedzinie jak jest najbardziej uzasadnione. Miano recenzenta zaś jest o wiele bezpieczniejsze i pokorniejsze, zwłaszcza dla młodych ludzi zajawionych kinematografią.

Advertisement
  1. Cel krytyki

Jak celnie stwierdził Armond White, w dzisiejszych czasach ludzie zapominają, co to w ogóle jest krytyka filmowa. A przecież recenzenci nie piszą tekstów po to, żeby potwierdzać nimi zamiłowania widzów – oni piszą o filmie jako takim. To prywatna sprawa czytelników, czy zaakceptują krytykę ich ulubionych produkcji. Klaus Eder, sekretarz generalny Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Filmowych powiedział niedawno w jednym z wywiadów, że „krytyka jest po to, żeby osadzić film w kontekście społecznym, kulturowym, językowym i historycznym”.

To najważniejszy cel krytyki filmowej. Dlatego recenzent musi aż tyle wiedzieć o pozafilmowym świecie, żeby umiał to zrobić, a równocześnie ocenić temat zgodnie z filmoznawczymi zasadami. Recenzowanie to permanentne wyszukiwanie dla ocenianego filmu takiej gry językowej, w której będzie on utrzymywał się najlepiej. Jeśli nie udaje się jej odnaleźć, należy ją wymyślić za pomocą kontekstów. Nasz świat jest już na tyle wielowątkowy i naukowo przenikliwy, że publicystyczny gatunek recenzji stał się zbyt wąski, by proces oceny i interpretacji dzieł filmowych mógł się w nim zmieścić.

Znów sam się przekonałem, jak ważna jest telewizja. Wyszliśmy od niej, a skończyliśmy na sformułowaniu najważniejszego celu krytyki filmowej. Lepiej niech kinomaniacy się z nią jak najszybciej przeproszą, bo znaczenie tego medium wcale nie maleje, natomiast ewoluuje w stronę ściśle personalizowanego, interaktywnego obrazu. Ale to zupełnie inna historia na inny felieton.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *