Connect with us

Felietony - Cykle

Artyści NIE SĄ nadludźmi. Życie prywatne POWINNO MIEĆ wpływ na odbiór ich pracy

ARTYŚCI NIE SĄ NADLUDŹMI to prowokacyjny esej o wpływie życia prywatnego twórców na odbiór ich sztuki. Czy moralność ma znaczenie?

Published

on

Artyści NIE SĄ nadludźmi. Życie prywatne POWINNO MIEĆ wpływ na odbiór ich pracy

Jakiś czas temu na łamach portalu pojawił się tekst, w którym Jan Tracz zasugerował istnienie nieprzekraczalnej granicy między artystami a tworzonymi przez nich dziełami. Teza felietonu brzmiała następująco: może i Roman Polański ma coś za uszami, ale przecież stworzył też wspaniałe filmy; może i Michaela Jacksona łączyła „niezdrowa przyjaźń” z dziećmi, ale przecież każdy tupie nóżką, gdy usłyszy piosenkę króla popu. Według Jana życie prywatne w żaden sposób nie powinno determinować recepcji sztuki prezentowanej przez osoby o wątpliwej reputacji. Przedstawiona opinia spotkała się z prawie jednogłośną aprobatą, więc tym bardziej niezbędne jest wsadzenie kija w mrowisko i naświetlenie problemu od zupełnie innej strony.

Advertisement

Zaskakująca jest przede wszystkim lekkość, z jaką wiele osób jest w stanie przeskoczyć nad grzechami artystów, by w pełni rozkoszować się ich twórczością. Według tej optyki przyjemności zmysłowe (bo przecież kino jest doznaniem zmysłowym) i wrażenia estetyczne są o wiele ważniejsze od spraw moralnych, więc wszelkie niedogodności powinny być spychane poza główny nurt dyskusji. Oczywiście nikt nie sugeruje zapominania o dokonanych przestępstwach, lecz uznaje się, że nie mają one żadnego znaczenia w związku z wykonywaną przez twórców pracą. Dla takich ludzi sprawa jest oczywista: jeżeli była zbrodnia, powinna być i kara, ale to nie oznacza, że waga czynów niedozwolonych rzutuje na artystyczne owoce. 

Bill Cosby

Za każdym razem, gdy na tapecie pojawia się dyskusja na ten temat, nadal dziwię się (choć nie powinienem), jak bardzo ludzkie myślenie jest zaprogramowane na wyjątkowe traktowanie artystów i ich sztuki. Gdyby bowiem w miejscu reżysera/pisarki pojawił się przedstawiciel innego zawodu, wtedy głos opinii publicznej brzmiałby zgoła inaczej. Zróbmy eksperyment myślowy: niech każdy w skrytości ducha, z dala od wszelkiej maści autorytetów moralnych i presji środowiskowej, odpowie sobie na kilka pytań. Czy bylibyście w stanie zostawić swoje dziecko osobie, która została skazana za kradzież? Czy jesteście w stanie uwierzyć politykowi, mimo że wcześniej przyłapaliście go na setkach kłamstw? Czy wreszcie pójdziecie na mszę prowadzoną przez księdza, który odsiedział wyrok za molestowanie nieletnich?

Wprawdzie nie istnieje jedyny słuszny model postępowania, ale śmiem twierdzić, że zdecydowana większość trzykrotnie odpowiedziała negatywnie na postawione pytania.

Advertisement

Czy tego chcemy, czy nie, oceniamy działania ludzi nie tylko na podstawie efektów i predyspozycji, ale również przez pryzmat czynów dokonywanych w przeszłości. Niby każdy ma prawo do nawrócenia i naprawy wyrządzonych krzywd, ale pod tym względem ludzka pamięć wcale nie jest taka ulotna. Instynkt samozachowawczy każe nam wystrzegać się osób, które niegdyś były na bakier z prawem lub ewidentnie naginały podstawowe zasady moralne. Może to jest czasami krzywdzące, ale też często takie zachowanie chroni przed podejmowaniem nadmiernego ryzyka. Połączenie charakteru człowieka z jego działaniami wychodzi samoistnie. Człowiek w pracy” i „człowiek po pracy” to nierozerwalnie złączone dwie części bytu, a nie swobodnie dryfujące atomy jakiejś większej całości. 

Michael Jackson

Tymczasem z artystami sprawa ma się zupełnie inaczej. Nadal roztoczony jest wokół nich nimb istot z pogranicza nieba i ziemi, wciąż są traktowani jako demiurgowie, łącznicy między Absolutem a ludzką gliną. Do pewnego momentu, przynajmniej w teorii, ich status był związany ze swego rodzaju narzuconym na nich obowiązkiem moralnym, powinnością względem Boga i odbiorców, ale począwszy od romantyzmu ich sytuacja znacząco się zmieniła. Moderniści dokonali ostatecznego ciosu, wyciągając człowieka sztuki z tłumu i stawiając go na zupełnie innej płaszczyźnie.

Advertisement

Dokonało się ubóstwienie, tym razem już bez religijnego i moralnego naddatku. Apologeci takiego stanu z lubością przywołują w takich momentach życie i twórczość Oscara Wilde’a i traktują go niczym wyrocznię, której sądy na temat sztuki są uniwersalne i niepodważalne. 

Naturalnie nikt otwarcie nie przyzna się do uwznioślania artystów, wszak żyjemy w czasach upadku wielkich narracji zastąpionych przez powszechną niewiarę i ironię. Niemniej jednak na poziomie podświadomym takie traktowanie ludzi sztuki nadal jest na porządku dziennym. Spójrzmy choćby na telewizję lub zajrzyjmy do gazet: co tydzień można zapoznać się z opiniami aktorek, reżyserek czy pisarzy na temat zagadnień społeczno-politycznych. Mają oni możliwość zajęcia wygodnego miejsca i osądzania z pozycji autorytetu, któremu niewygodnych pytań raczej nie wypada zadawać.

Advertisement

Nikt nawet nie pomyśli o tym, by spytać o kompetencje w tych sprawach osoby uczącej się tekstu na pamięć i odgrywającej go następnie na scenie; nikt nie podważy otwarcie zdania uznanego twórcy o wielkim dorobku, choć może on nawet nie mieć czasu na śledzenie wiecznie-dziejącej-się polityki. Tak się jakoś dzieje, że pisanie książek i kręcenie filmów automatycznie dodaje twórcom dodatkowe kompetencje w oczach widzów.

Takie postępowanie niesie za sobą konsekwencje w postaci rozgrzeszania artystów. Ileż to razy można było przeczytać, że „on na pewno tego nie zrobił, pewnie tamta chce od niego wyciągnąć kasę”. Z niewiadomych przyczyn istnieje predyspozycja w społeczeństwie do wiary w zdanie „Mistrza” aniżeli do zaufania nikomu nieznanej ofierze. Oczywiście żyjemy też oblepieni przez hipokryzję, więc często zdarza się tak, że dla „naszych” twórców odnajdujemy okoliczności łagodzące, podczas gdy dla „ich” twórców nie odnajdujemy w sobie choćby odrobiny zrozumienia. Wszystko jednak jest płynne, zależne od splotu różnych okoliczności, podczas gdy w przypadku pielęgniarki czy stolarza nie mielibyśmy już takich wątpliwości. 

Advertisement

Allen

Wypaczenie hasła „evviva l’arte!” prowadzi do chęci obcowania z ulubionymi twórcami bez wyrzutów sumienia, bez jakiegokolwiek obowiązku krytycznego podejścia, bez gorzkich refleksji podmywających pomnik, jaki zdążyło się już wybudować dla swojego idola. Można byłoby w tym momencie wymieniać zdarzenia i nazwiska potwierdzające tezę o pełnym zakłamania podejściu do przewinień artystów, ale nie na tym powinna polegać debata. Nie chodzi o tłuczenie kijem jednego czy drugiego nazwiska. Powinno się wypracowywać pewne uniwersalne, nikogo nieomijające mechanizmy, dzięki którym nikt nie czułby się bezkarny, nie mógłby schować się za parawanem wzniosłych tez o „artystycznej duszy” i specjalnym statusie wykonywanego zawodu.

Wróćmy zatem do kluczowego zagadnienia – mało kto postuluje totalne wyrugowanie twórczości przestępców z przestrzeni publicznej. Sztuczne zapominanie o produkcjach reżysera czy muzyce gwiazdy nigdy nie przyniesie większych efektów. Nie powinno jednak być tak, że zapoznawanie się z ich twórczością będzie bezkarne. Jak mantra powinny być powtarzane zdania o ich winie, by widz doskonale wiedział, czym są okupione ich późniejsze prace i jaki fałsz może się w nich znajdować. Trudno bowiem zawierzyć komuś prawiącemu komunały o sprawiedliwości i uczciwości, gdy sam nie poniósł odpowiedzialności za popełnione czyny; trudno bujać się do rytmu zaproponowanego przez wokalistę, który po występach krzywdził ludzi.  

Advertisement

Co do kwestii prawnych – oczywiste jest, że istnieje coś takiego jak domniemanie niewinności. Nie należy od razu rzucać anatemy na wszystkich ludzi, wobec których ktoś wytoczył oskarżenia. Pamiętajmy jednak, że w sądzie często nie liczy się prawda obiektywna, lecz prawda na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego uzupełnionego przez kompetencje pełnomocników stron. Z tego też względu wyroki nie zawsze odzwierciedlają to, co się naprawdę wydarzyło. Należy ich kategorycznie przestrzegać, ale w trudnych sprawach, zwłaszcza z zakresu przestępstw na tle seksualnym, należy zawsze mieć na uwadze, że często sprowadza się to do słowa przeciwko słowu.  

Pozbądźmy się zatem „higieny” sumienia na rzecz prawdy. Jeżeli ktoś swoimi działaniami przyczynia się do zarobku nieuczciwych osób, to niech ma tego pełną świadomość. Skoro nawet przy zwykłych zakupach zwraca się uwagę na kraj pochodzenia czy sposób wytworzenia produktu, unikając w ten sposób np. niewolniczej pracy dzieci czy bestialskiego traktowania zwierząt, to pójdźmy za ciosem i bądźmy też sprawiedliwi w tym aspekcie życia społecznego. Możemy oglądać, słuchać, czytać, a następnie rozmawiać o pracach oprawców, ale miejmy z tyłu głowy, że nawóz pod te „artystyczne uprawy” wcale nie musiał być pierwszej jakości. Może to utopia, ale czasami warto wspólnie powalczyć choćby o wywołanie wstydu i wyrzutów sumienia u katów, skoro macki sprawiedliwości po nich nie sięgnęły.

Advertisement

Serialoholik poszukujący prawdy w kulturze. Ceni odwagę, bezkompromisowość, ale także otwartość na poglądy innych ludzi. Gdyby nie filmy Michelangelo Antonioniego, nie byłoby go tutaj.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *