Felietony

Opinia o artyście NIE POWINNA mieć wpływu na odbiór jego twórczości!

Czy naprawdę warto rezygnować z przyjemności, jaką jest dobry seans, na rzecz własnych przekonań i animozji?

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Nowy rok, nowe plany, nowe wyzwania, nowy film Woody’ego Allena – niektóre rzeczy pozostają niezmienne i tak jest i teraz. W deszczowy dzień w Nowym Jorku wchodzi na ekrany już w lipcu, by jeszcze raz zabrać fanów tego neurotycznego Hebrajczyka do miasta miłości, zgorzkniałych, melancholijnych przemyśleń ludzi smutnych, a przy tym zazwyczaj znerwicowanych. Czy możemy się spodziewać czegoś nowego? Raczej nie, dostaniemy tę samą treść z nieco odmienną okładką. I rozumiem ludzi, którzy na ten film nie czekają, bo są znudzeni tym samym kierunkiem, który Allen obiera od kilku lat; ale nie potrafię połapać się w myśleniu obrońców wartości moralnych, bojkotujących twórczość artystyczną ze względu na życie prywatne artysty. 

Kochacie Pianistę, śpiewacie do Billie Jean, cenicie charakter i wyrazistą postawę Franka Underwooda – te małe arcydzieła, będące przecież niesłychanie znaczącymi dziełami kultury, są znane na całym świecie i cenione przez tysiące ludzi choć trochę interesujących się czy to kinem, czy to muzyką. A jakkolwiek to brzmi, stworzyły je jednostki o zszarganej opinii, praktycznie zawsze wywołujące kontrowersje swoimi skandalami, nierzadko rodzącymi zgorszenie, ba, nawet obrzydzenie. Co ciekawe, nie wszyscy potrafią oddzielać te dwie rzeczy. Ponadto na niektórych przymykamy oczy, a ten czy ów zostali przez nas ukrzyżowani ze zdwojoną siłą. Czujecie to, ten drobny zapach hipokryzji?

Jackson

Mniej więcej tydzień temu rozmawiałem z kuzynem o Leaving Neverland, kontrowersyjnym dokumencie opisującym – podobno – samą prawdę o niekoniecznie zdrowej przyjaźni Michaela Jacksona z chłopcami, do których starał się w jakiś sposób zbliżać. Mój rozmówca stwierdził, że po obejrzeniu tego dokumentu, według niego bardzo przekonującego, na poziomie Tylko nie mów nikomu, kompletnie odciął się od kontaktu z Jacksonem – przestał go słuchać, pozbył się płyt, a gdy leci w radiu, prędko przełącza na inną stację.

Sam dokument sugeruje, że piosenkarz był potworem zasługującym wyłącznie na ostracyzm, ale czy w to uwierzymy, zależy już wyłącznie od nas (chociaż naprawdę trudno pozostać wobec filmu obojętnym). I choć Jackson zapewne miał coś na sumieniu, odstawienie jego muzyki, przecież tak silnie oddziałującej na rzeszę fanów na całym świecie, wydaje się ruchem z lekka przesadnym. Jeśli skrzywdził te dzieciaki, powinien zostać ukarany, ale wszystko, co robił, wiąże się z jego życiem, nie samą muzyką. A daru do dobrych płyt nie odbierze mu nikt. Problem mam przy tym taki, że masa osób przymyka oczy na postawę Jacksona, a np. skrupulatnie skupia się na czynach Allena i Polańskiego.

Polański

Krytykujmy jego dzieła, bo to z nimi mamy kontakt, ale przestańmy bawić się w sędziów czyjegoś postępowania.

Roman Polański jest stale skreślany z list Hollywood, a filmowcy i widzowie dystansują się od jego twórczości. Sam zacząłem się zastanawiać, czy ten rodzaj protestu ma sens – co by było, gdybym ja sam zaczął mieszać z błotem polskiego reżysera i całkowicie zaprzestał zapoznawać się z jego filmografią? Nie obejrzałbym wspomnianego Pianisty, nie przeżywał emocjonalnych potyczek w Rzezi, nie odczuwał lęku przy Lokatorze; każdy z tych tytułów jest przynajmniej wybitny, zrobiony być może przez człowieka złego, ale przy tym znakomitego artystę, reżysera o wysoko rozwiniętej percepcji. Krytykujmy jego dzieła, bo to z nimi mamy kontakt, ale przestańmy bawić się w sędziów czyjegoś postępowania – to zostawmy już odpowiednim osobom.

Dlaczego nikt nie napisze czegoś w stylu: Hej, panie Allen, nie lubię pana, ale uwielbiam pańskie filmy?

Powróćmy do Woody’ego Allena, brutalnie traktowanego przez filmową publikę, na ogół z powodu rozmaitych, seksualnych skandali. Media uwielbiają tego typu nagonki, a w Stanach nie wybaczają – ciągnie się to za „skazanymi” latami, czasem aż do śmierci. Fani filmowi z góry zakładają bojkot jego filmów, tak było przy paru niedawnych tytułach. I nie mówię tu o fakcie, że były mdłe i nieudane, ale łatwo znaleźć komentarze typu: No, dobry z Pana reżyser, ale nie obejrzę, bo człowiek beznadziejny, z nieco ostrzejszym i wulgarniejszym językiem. A dlaczego po prostu nie można go normalnie obejrzeć i skupić się na samych walorach artystycznych? Dlaczego nikt nie napisze czegoś w stylu: Hej, panie Allen, nie lubię pana, ale uwielbiam pańskie filmy?

Allen

Oscar Wilde w przenikliwym zbiorze myśli i cytatów zatytułowanym Only Dull People Are Brilliant at Breakfast wspomniał o krytyce i o tym, jak postępować przy ocenie danego tworu. Pisze on tak:

Krytyk powinien być nauczony krytykować dzieło sztuki bez odnoszenia się do osobowości autora. Wtedy faktycznie mamy do czynienia z prawdziwą krytyką.

Autor Portretu Doriana Graya mówi wprost: nie dajcie się porwać prywatnym poglądom, pozostańcie obiektywni, cieszcie się samą sztuką – w tym wypadku filmem; kiedy ktoś wspomni przykładowo o Allenie, niech pierwszą myślą będzie wasz ulubiony film, a nie wstręt wywoływany jego życiem prywatnym. A wy, drodzy czytelnicy, jakie macie podejście do czarnej listy Hollywood XXI wieku czy nawet wykluczania aktorów z branży poprzez akcję #MeToo?

Ostatnio dodane