search
REKLAMA
Felietony

AKTORSTWO PRZYSZŁOŚCI. O gwiazdach wygenerowanych cyfrowo

To już nie jest science fiction – z wyrażenia powoli znika jego drugi człon, a wraz z nim, tak się przynajmniej zdaje, znika również człowiek.

Janek Brzozowski

20 grudnia 2022

audrey hepburn
REKLAMA

Miałem kiedyś sen. Może nie tak piękny, jak ten wyśniony przez Martina Luthera Kinga, ale na pewno ciekawy. Oglądałem w nim film Gaspara Noégo z Vincentem Casselem w roli głównej (i nie, nie było to Nieodwracalne). W moim śnie filmów nie odbierało się jednak w „tradycyjny” sposób: w kinie, przed telewizorem czy na laptopie. Wszystko rozgrywało się w świadomości indywidualnego widza. Główny bohater, choć odgrywany na planie przez prawdziwego aktora, automatycznie zyskiwał płeć oraz fizjonomię odbiorcy. Analogiczna sytuacja dotyczyła reszty postaci. Każda z nich otrzymywała twarz odpowiedniej osoby ze świata rzeczywistego – zależnie od stosunku względem widza. Rola aktora sprowadzała się więc w takim przypadku do przedmiotu: naczynia, które wypełniał swoją wyobraźnią nie twórca, lecz odbiorca filmu.

Oczywiście, wszystko to brzmi jak mocne science fiction – ostatecznie było jedynie wytworem mojej przebodźcowanej podświadomości. Co jakiś czas wracam jednak myślami do tego snu, zastanawiając się, czy wybrane fragmenty nie przebiją się kiedyś do rzeczywistości. Zwłaszcza że podobne przepowiednie pojawiają się od pewnego czasu w popkulturze.

Jeżeli oglądaliście Kongres Ariego Folmana, to wiecie, o czym mówię. Grająca wariację na temat samej siebie Robin Wright staje tam przed wyborem: albo poddać się procesowi digitalizacji i pozwolić algorytmom generować kolejne filmy z jej udziałem, albo zestarzeć się i popaść w kulturowe zapomnienie. Dylemat nie wydaje się na pierwszy rzut oka aż tak tragiczny. Digitalizacja to przecież więcej pieniędzy, więcej ról, wcześniejsza emerytura, wreszcie, nieśmiertelność, którą zapewnić może tylko magia srebrnego ekranu. Digitalizacja to jednak również utrata kontroli, sprzedaż własnego wizerunku, zgoda na jego uprzedmiotowienie oraz utowarowienie. Słowem, utrata podmiotowości. Jak stwierdza bowiem grany przez Danny’ego Hustona producent: „My w Miramount chcemy cię zeskanować. […] Zeskanować, zachować i mieć na własność tę rzecz nazwaną Robin Wright”.

I znowu, na pierwszy rzut oka – odległe science fiction (zwłaszcza że film Folmana luźno oparty jest na opowiadaniu Stanisława Lema). Wystarczy jednak sięgnąć pamięcią w niedaleką przeszłość, aby odnaleźć przypadki, którym do wizji z Kongresu niewiele brakuje. Pamiętam, jakie poruszenie wywołał cyfrowy powrót Petera Cushinga w Łotrze 1. Brytyjczyk nie mógł, z oczywistych względów, wcielić się ponownie w Wielkiego Moffa Tarkina, podczas gdy twórcom zależało na tym, aby wykorzystać tę postać w fabule (choćby dla zachowania kontynuacji uniwersum), a jednocześnie uniknąć bezpośredniego zastępstwa dla tak charakterystycznego aktora. Postanowiono więc zatrudnić Guya Henry’ego, aktora przypominającego Cushinga fizycznie, aby odegrał rolę przed kamerą, a następnie nałożyć na niego grube warstwy VFX-ów i zmodulować głos.

Podobnie było w przypadku młodej księżniczki Lei, która pojawiła się, nie do końca potrzebnie, w ostatnim ujęciu Łotra 1. Sześćdziesięcioletnią Carrie Fisher zastąpiła norweska aktorka Ingvild Deila, wsparta, rzecz jasna, całym anturażem technologicznym, w tym kostiumem motion capture. Wypowiadana przez postać linijka dialogowa, zamykająca się w słowie „Nadzieja”, skonstruowana została natomiast na podstawie archiwalnych plików dźwiękowych, nagrywanych na potrzeby pierwszej odsłony Gwiezdnych Wojen. Kilka lat później analogiczną operację przeprowadzono na planie filmu Skywalker. Odrodzenie, tym razem jednak nie odmładzając aktorki, ale powołując ją do życia na nowo („odrodzenie” nabiera w takim kontekście nowego znaczenia) – Fisher zmarła bowiem w grudniu 2016 roku, niedługo po zakończeniu zdjęć do Ostatniego Jedi.

W bliźniaczy sposób poradzono sobie niecały rok wcześniej podczas produkcji siódmej odsłony Szybkich i wściekłych. Paula Walkera zastąpili na planie jego bracia: Caleb i Cody, których zeskanowano cyfrowo, aby następnie zamienić ich twarze na twarz zmarłego aktora – już na etapie postprodukcji. Wykorzystanie CGI w kontekście Amerykanina było dodatkowo uprawomocnione tym, że aktor zmarł w trakcie realizacji filmu. W finale jego postać otrzymała należyte, symboliczne pożegnanie i nie była dalej eksploatowana przez filmowców.

Cyfrowe zmartwychwstania

Zdarzają się również sytuacje, w których do ponownego życia powołuje się legendy amerykańskiego kina – i to w celach wyłącznie komercyjnych. Najbardziej absurdalnym przykładem, jaki przychodzi mi do głowy, jest komputerowe ożywienie Audrey Hepburn na potrzeby reklamy… czekolady, a konkretniej Galaxy Chocolate (marki znanej poza granicami Wielkiej Brytanii jako Dove Chocolate). W tle plumka nostalgiczne Moon River, doskonale znane wszystkim fanom Śniadania u Tiffany’ego, podczas gdy cyfrowo zmartwychwstała Hepburn porzuca podróż autobusem na rzecz przejażdżki z przystojnym mężczyzną. Oczywiście, w odpowiednim momencie otwiera reklamowaną słodycz i delektuje się nią w aranżacji wyśnionego, włoskiego miasteczka. Bijąca od postaci sztuczność, kontrastujący z fizycznością pozostałych aktorów komputerowy blichtr na każdym kroku przypomina nam o tym, że mamy do czynienia z animacją, a nie żywym człowiekiem. Gdyby reklama powstała jednak kilka lat później (a nie w 2013 roku), różnica nie byłaby już tak łatwo zauważalna.

W serwisie YouTube można zresztą odnaleźć „poprawkę” feralnej reklamy, wykonaną przy użyciu technologii Deepfake. Całkiem udaną „poprawkę”, swoją drogą. Pamiętam, jak pierwszy raz natknąłem się na filmik z wykorzystaniem tej techniki – krótki materiał wideo, w którym ktoś podszywał się pod Toma Cruise’a. Może zabrzmię w tym momencie jak ostatni boomer, ale trudno: byłem autentycznie zszokowany, trochę przerażony, a jednocześnie zafascynowany tym, co zobaczyłem. Dałem się nabrać. Gdybym nie wiedział zawczasu, że twarz jest wygenerowana, byłbym święcie przekonany, że oglądam prawdziwego Toma Cruise’a.

Rozwój technologii Deepfake z całą pewnością stanowi nowe otwarcie w historii cyfrowego aktorstwa – „aktorstwa przyszłości”. Czy urzeczywistni wizję, która pojawiła się w jednym z moich snów? A może sprawi, że sytuacja z filmu Folmana stanie się w przyszłości czymś całkowicie naturalnym? Nie mam bladego pojęcia. Faktem jest, że istniało, istnieje i najprawdopodobniej dalej będzie istnieć zapotrzebowanie na cyfrowych aktorów. Nie tak dawno świat obiegła informacja, że Bruce Willis rezygnuje z zawodu ze względu na poważną chorobę – afazję. W związku z tym aktor zastanawiał się nad powierzeniem swojego wizerunku firmie specjalizującej się właśnie w deepfake’ach. Willis mógłby wówczas – podobnie jak Robin Wright w Kongresie – dalej pojawiać się w filmach, nie biorąc fizycznie udziału w ich produkcji. Chwilę wcześniej dowiedzieliśmy się, że cyfrowo ożywiony ma zostać James Dean – zmarły w 1955 roku (sic!) aktor miałby pojawić się w drugoplanowej roli w dramacie wojennym Finding Jack. Zrekonstruowany na podstawie archiwalnych nagrań, występu dublerów oraz, rzecz jasna, technologii Deepfake. Pomysł oprotestował m.in. Chris Evans, stwierdzając, że równie dobrze moglibyśmy wygenerować nowe obrazy Picassa albo piosenki Johna Lennona – wszystko wskazuje jednak na to, że projekt doczeka się koniec końców realizacji.

Wielkie korporacje wskrzeszają ikony kina, nie pozwalają, tak po prostu, zniknąć z ekranu ulubionym bohaterom popularnych serii filmowych (nobliwym wyjątkiem wydaje się nowa Czarna Pantera) – śmierć nie jest już dłużej wydarzeniem, które na zawsze przekreśla rozwój kariery aktorskiej. Jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi. Być może za kilka, kilkanaście lat podczas wizyty w kinie będziemy mogli zobaczyć pierwszy film, w którym wspólnie „zagrają” Marlon Brando i James Dean, najnowszy kryminał z Jamesem Stewartem w roli głównej oraz, oczywiście, kolejne Gwiezdne Wojny z połową oryginalnej obsady.

Guillermo del Toro odniósł się niedawno w jednym z wywiadów do kwestii generowanych przez sztuczną inteligencję animacji. Stwierdził, cytując Hayao Miyazakiego, że jest to „obraza dla ludzkiego życia”. Jestem pewien, że w podobnym tonie wypowiedziałby się w kwestii cyfrowego aktorstwa. Bo przecież aktorstwo, o czym łatwo zapomnieć, to również sztuka. Wymagająca ćwiczeń, nieustannego doskonalenia warsztatu, korzystania z intuicji, umiejętności improwizacji, wreszcie, talentu. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla sztucznej inteligencji?

W słynnym eseju Dzieło sztuki w dobie reprodukcji technicznej Walter Benjamin odmawiał aktorstwu filmowemu charakterystycznej dla dzieła sztuki „aury”, przeciwstawiając je aurze otaczającej aktora scenicznego, którego występ jest percypowany na żywo – bez technologicznego pośrednika. „Aura bowiem istnieje w nierozerwalnej więzi z miejscem i czasem jego istnienia [dzieła sztuki]. Nie zna kopii”. Weźmy jednak poprawkę na to, że Benjamin pisał swój esej w połowie lat trzydziestych: film dźwiękowy dopiero raczkował, możliwości kina były – z dzisiejszej perspektywy – nader ograniczone (nie narodził się jeszcze chociażby Obywatel Kane). Wierzę w to, że najwięksi aktorzy i najwspanialsze aktorki potrafią przelać na celuloid, tudzież na cyfrę, swoją osobowość, a „więź z miejscem i czasem istnienia” dzieła sztuki, jakim jest ich występ przed kamerą, odpowiada miejscu i czasowi jego odbioru – a zatem, w najlepszym możliwym wypadku, kinu. Jeżeli cokolwiek miałoby stanowić zagrożenie dla owej “aury”, to upatrywałbym go właśnie w cyfrowym aktorstwie. Bo wygenerowany komputerowo James Dean nigdy nie będzie na ekranie tak przekonujący i hipnotyzujący, jak prawdziwy James Dean, który każde ujęcie grał inaczej, zostawiając na planie cząstkę samego siebie. Improwizował na potęgę, doprowadzając w ten sposób Raymonda Masseya, gwiazdę Na wschód od Edenu, oraz George’a Stevensa, reżysera Olbrzyma, do szewskiej pasji.

Mimo wszystko, rozwój cyfrowego aktorstwa wydaje się nieunikniony. Jeszcze na początku wieku czymś absolutnie niesamowitym, zapierającym dech w piersiach były eksperymenty Roberta Zemeckisa z motion capture, doprowadzone na skraj perfekcji przez Andy’ego Serkisa i zespół Jamesa Camerona. Dzisiaj obiektem debaty publicznej jest, czy można obsadzić zmarłego siedemdziesiąt lat temu aktora we współczesnym filmie fabularnym. Technologia na to pozwala, ale etyka… no właśnie. To już nie jest science fiction – z wyrażenia powoli znika jego drugi człon, a wraz z nim, tak się przynajmniej zdaje, znika również człowiek. Zostaje tylko „science”.

Janek Brzozowski

Janek Brzozowski

Student poznańskiego filmoznawstwa. Licencjat poświęcił "Pogardzie" Godarda, "Nocy amerykańskiej" Truffaut oraz skomplikowanej relacji, łączącej obu twórców. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska oraz francuska, a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Laureat 13. edycji konkursu "Krytyk Pisze". Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA