search
REKLAMA
Recenzje

CZARNA PANTERA: WAKANDA W MOIM SERCU. Chaotycznie i bez pomysłu

Trzydziesty film Marvela już w kinach.

Filip Pęziński

11 listopada 2022

pantera 1
REKLAMA

Przed Czarną Panterą: Wakandą w moim sercu stało skrajnie trudne zadanie. Jest nie tylko kontynuacją jednego z najlepszych filmów tego uniwersum, ale też jedynego nominowanego do Oscara w głównej kategorii. Zamyka również w wymiarze kinowym czwartą fazę budowania filmowo-serialowego świata Marvela. W końcu – ale przede wszystkim – mierzy się ze śmiercią głównego aktora oryginału, Chadwicka Bosemana, który zmarł w 2020 roku po przegranej walce z rakiem. Oczekiwania wobec produkcji były więc wielkie i to wielowymiarowo. Czy zatem Ryanowi Cooglerowi i zespołowi jego współpracowników udało się im sprostać?

Zanim odpowiem na to pytanie, przybliżę pokrótce historię, którą opowiada film. Główna jej część ma miejsce rok po nagłej śmierci króla i pokazuje nam polityczne zmagania Wakandy ze światem zewnętrznym. W samym środku konfliktu między afrykańskim mocarstwem a pozostałymi narodami pojawia się Namor, władca podwodnej krainy, która podobnie jak Wakanda okazuje się bogata w cenne vibranium. W obliczu agresywnych działań Namora nasi bohaterowie muszą podjąć decyzję, czy do niego dołączyć, czy też stanąć w obronie nadwodnego świata…

Scenariuszowy chaos

Niestety, szybko okazuje się, że przygotowany film zwyczajnie cierpi na brak głównego bohatera, przez co trudno obyć się wrażeniu, że postać T’Challi została ze scenariusza po prostu wycięta, a ten szybko przepisany tak, aby z jednej strony wpleść w niego motyw śmierci króla, a z drugiej znaleźć nowego protagonistę. To ostatnie nie udaje się aż do ostatniego aktu, który w końcu skupia się na kolejnej osobie przyjmującej postać Czarnej Pantery.

Wcześniej jednak film jest bardzo chaotyczny, skacze po kolejnych postaciach i wątkach, strukturą przypominając przy tym bardziej przydługi odcinek serialu, aniżeli produkcję pełnometrażową. Namor, Shuri, królowa Ramonda, Okoye. Każda z tych postaci walecznie próbuje kraść dla siebie czas ekranowy. Podobnie jak powracający w sequelu agent Ross, ale w tym przypadku chyba nawet grający go Martin Freeman nie wie, po co jest w tym filmie. Zaskakująco dużo jest tu też wprowadzonej do uniwersum następczyni Iron Mana, Riri Williams, a wątek nastolatki niespodziewanie okazuje się kluczowy dla zawiązania akcji. Szkoda tylko, że Riri zupełnie nie pasuje do świata Wakandy i klimatu produkcji.

Realizacyjna klasa

Najlepiej film wypada, kiedy po prostu pozwala nam zapomnieć o kiepskim scenariuszu. Realizacyjnie jest to naprawdę sprawna produkcja, a na standardy Marvel Studios wręcz bardzo dobra. Wakanda w moim sercu czaruje udaną pracą kamery, interesującymi pomysłami wizualnymi, odważnymi rozwiązaniami narracyjnymi i – chyba przede wszystkim – świetną muzyką. Oryginalne piosenki przygotowane specjalnie do filmu Cooglera sprawiają, że całość nabiera blasku i potrafi na chwilę zachwycić.

Mimo kilku zastrzeżeń też na tym polu mogę powiedzieć, że z klasą udało się pożegnać Chadwicka Bosemana, a sceny, które skupiają się na żałobie po zmarłym królu T’Challi, naprawdę chwytają za serce. Podobnie jak przemycona krytyka historii kolonizacji tzw. nowych lądów. Szkoda, że w obu przypadkach nie poświęcono tym wątkom więcej czasu ekranowego.

W ostatecznym rozrachunku najnowsza produkcja Marvel Studios niestety nie należy do udanych. Chaos i brak pomysłu na zaopiekowanie się światem Wakandy po śmierci jej króla widoczne są tu jak na dłoni, chociaż chciałbym z pełną mocą podkreślić, że jestem bardzo wdzięczny Ryanowi Cooglerowi i włodarzom Marvela, że nie zdecydowali się obsadzić na nowo postaci granej przez niezastąpionego Chadwicka Bosemana.

Wciąż jednak Wakanda jest w moim sercu i wierzę, że kolejna wizyta w tym zakątku uniwersum Marvela będzie już udana, bo nieobarczona tak nieludzkimi problemami realizacyjnymi.

Filip Pęziński

Filip Pęziński

Wychowany na "Batmanie" Burtona, "RoboCopie" Verhoevena i "Komando" Lestera. Miłośnik filmów superbohaterskich, Gwiezdnych wojen i twórczości sióstr Wachowskich. Najlepszy film, jaki widział w życiu, to "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj".

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA