Zestawienie

Uważaj, gdzie mi wsadzasz miecz świetlny! NAJBARDZIEJ OBCIACHOWE FILMY SCIENCE FICTION W HISTORII

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Obciach w kinie science fiction jest jedyny w swoim rodzaju, bo i ten gatunek filmowy ma najwięcej pretensji do kreowania technologicznej przyszłości naszej cywilizacji. Ziemianie za wszelką cenę pragną spotkać się z obcymi albo nawet wygrać z nimi wojnę, nie mówiąc już o odgrywaniu kluczowej roli w jakiejś międzygalaktycznej federacji planet. Wszystkie te pomysły są jak najbardziej interesujące, jednak tworzone za pomocą środków dostępnych w czasach, kiedy ledwo co doczołgaliśmy się do Księżyca. Trzeba więc sporo zdolności, czasem i inteligentnej wstrzemięźliwości w realizacji literackich wizji pisarzy skłonnych do psychoaktywnej konfabulacji, żeby nie wyszła z tego wizualna klapa. Wbrew pozorom i pokaźnym środkom finansowym wkładanym w ten typ kina w jego historii zebrało się już kilka godnych zapamiętania przykładów obciachu. Niektóre ogląda się z wypiekami wstydu na twarzy, chociaż z drugiej strony to i wstyd ich nie znać.

1. Żołnierze kosmosu (1997), Paul Verhoeven

Trudno uwierzyć, że twórca legendarnej już Pamięci absolutnej mógł nakręcić taką chałę. Fakty są jednak takie, że produkcja Żołnierze kosmosu jest doskonałym przykładem mierności dosłownie wszystkiego, począwszy od efektów specjalnych, a skończywszy na kostiumach. Aktorzy bezładnie skaczą po skałach i walą ze swoich plastikowych karabinów do setek obcych w postaci robaków, a oni masowo padają na ziemię, tryskając na wszystkie strony różnokolorowymi glutami. Mistrzostwem i kulminacją obciachu jest jedna z ostatnich scen, kiedy ubrany jak futurystyczny nazista Neil Patrick Harris podchodzi do pojmanego dowódcy robaków i przygląda się jego wyślinionemu otworowi gębowemu. Przychodzi mi na myśl tylko jedno skojarzenie: Harris chce zostać ksenoginekologiem.

2. Bitwa o Ziemię (2000), Roger Christian

Pisałem już nieco o tym wątpliwej jakości filmowym produkcie w kontekście równie dennej w nim kreacji Johna Travolty, odtwarzającego główny czarny charakter. Otacza go podobnie tania rzeczywistość, w której kosmici pragną złota dosłownie tak, jak polujący na nie osadnicy na zachodzie Ameryki Północnej. W filmie Rogera Christiana coś w ogóle jest nie tak z tymi najeźdźcami, bo noszą dredy. Skąd pomysł, że ten rodzaj fryzury będzie popularny również w pozaziemskich regionach? Na tym właśnie polega kiczowatość tego filmu. Nikt z twórców nie postarał się o wymyślenie takich elementów świata SF, żeby nie zdominowały go skojarzenia z tym naszym, dzisiejszym, od którego przecież chcemy uciec, gdy sięgamy po kino fantastycznonaukowe.

3. Pan Kleks w kosmosie (1988), Krzysztof Gradowski

W dzieciństwie bałem się postaci Wielkiego Elektronika. W czarno-białym telewizorze Neptun wyglądał jeszcze straszniej niż w kolorze, a biały puder świecił jakby mocniej przez wiecznie śnieżący obraz. Słaba postać antagonisty to jedno. Całość filmu mu w tym przypadku nie pomaga. Biorę oczywiście poprawkę, że Pan Kleks w kosmosie to kino specyficzne. Po pierwsze skierowane do młodszej widowni, a po drugie szalenie niedoinwestowane, bo przecież powstałe w trudnym okresie, czyli w czasach ostatnich drgawek jedynie słusznego ustroju komunistycznego. Muszę być jednak obiektywny i stwierdzić, że do kina z elementami SF nie pasują piosenki, realistyczna charakteryzacja nie polega na przebieraniu się w maski zrobione z gumy i pianki tapicerskiej, a żeby uchwycić klimat nowoczesnej technologii, potrzeba znacznie więcej niż mnóstwa kineskopów, błyszczących plastików i farby srebrzanki. Życzę więc dużo szczęścia piegom pana Kleksa i ubolewam, że nie są bardziej interaktywne.

Ostatnio dodane