Publicystyka filmowa
GDY AKTOR SZALEJE. Najbardziej PRZESZARŻOWANE kreacje aktorskie
W GDY AKTOR SZALEJE odkryjemy najbardziej PRZESZARŻOWANE kreacje aktorskie, które balansują na granicy talentu i przesady.
Przeaktorzyć, przeszarżować, przesadzić, przedobrzyć, przerysować, przeholować – istnieją różne określenia na role, w których nadużyto zbyt intensywnych środków aktorskich. Nieco gorzej jest ze zdefiniowaniem tego, co faktycznie owym przeaktorzeniem jest. Wydaje się, że na pytanie, czy aktor rzeczywiście zagrał „over the top”, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Podobnie subiektywny pozostaje odbiór tego typu ról, które – z natury ryzykowne i balansujące na granicy – jednym się podobają, a innym nie. W swoim zestawieniu prezentuję różne oblicza aktorskiej przesady.
Specjalnie dla was zebrałam wybrane przykłady takich właśnie przeszarżowanych kreacji aktorskich. To moje ulubione występy z gatunku „over the top”. Znajdziecie tu role, w których nadekspresja i przesada dały wspaniały efekt, na zawsze zapisując się w pamięci widzów; ale znajdziecie też takie, które są tak przerysowane i złe, że aż fantastyczne. Wszystkie są w mojej opinii ciekawe i warte uwagi. W zestawieniu nie uwzględniam kina niemego, ponieważ inaczej definiowało ono przesadę, a pozbawieni głosu aktorzy byli zmuszeni do nader ekspresyjnej gry. Z tego samego względu nie piszę również o filmach z kręgów kulturowych wysoko ceniących dramatyczną grę aktorską, takich jak Chiny, Turcja czy Indie.
Pomijam też takie role, których wyrazistość i ekspresyjność wynika z konwencji, np. komediowej (role Rowana Atkinsona, Sachy Barona Cohena, Jima Carreya…) albo z portretowania postaci, która z założenia zachowuje się ekstremalnie: chorej psychicznie, uzależnionej od narkotyków, opętanej (Lśnienie, Trainspotting). Interesują mnie tylko takie role, w których naddatek gry aktorskiej nie wynika bezpośrednio ze specyfiki portretowanej postaci, lecz stanowi indywidualny rys nadany jej przez grającego.
Al Pacino jako John Milton – Adwokat diabła (reż. T. Hackford, 1997)
Gwiazdor do subtelnych aktorów nigdy nie należał (znakomity wyjątek: Michael Corleone) i w zasadzie byłby tematem na osobne zestawienie: „top 10 najintensywniejszych ról Pacino”.
Długo zastanawiałam się, który występ niekoronowanego króla nadekspresji aktorskiej umieścić na tej liście. Wahając się między Człowiekiem z blizną („Say hello to my little friend!”) a Gorączką („Cos she got a GREAT ASS and you got your head all the way up it!”), wybrałam ostatecznie Adwokata diabła. Pacino gra szatana tak, jakby cały czas jechał na jakimś piekielnym koksie. W kontraście ze ślicznym i chłopięcym Keanu Reevesem wydaje się wcieleniem wszelkiej okropności. Dla wielu osób ta mocna kreacja pozostaje idealnym odzwierciedleniem ich wyobrażenia o diable. Ci, którzy wolą widzieć księcia ciemności jako istotę dystyngowaną i tajemniczą, preferują go zapewne w interpretacji arcykonkurenta Pacino – Roberta De Niro w filmie Harry Angel.
William Shatner jako Kirk i Ricardo Montalbán jako Khan – Star Trek II: Gniew Khana (reż. N. Meyer, 1982)
Serie Star Wars i Star Trek rywalizują ze sobą na wielu polach, także w kategorii „over the top acting”. Jednakże w starciu z Khanem sadze Lucasa nie pomoże ani histeryczny krzyk Luca po poznaniu taty, ani dramatyczne „Nooo” Anakina-Vadera po usłyszeniu o śmierci Padmé – Gniew Khana to uczta dla każdego fana przerysowanej gry aktorskiej, najpyszniejszy serniczek w swojej kategorii, sam cukier i rodzynki.
Uczesany na Limahla Montalbán z subtelnością Gargamela portretuje szwarccharakter, w który się wcielił, a kapitan William Shatner jako Kirk łamie prawa fizyki, gdy jego krzyk – wbrew temu, co twierdził trailer Obcego – słyszą wszyscy w całym kosmosie, gdyż niesie się echem po próżni. Podobno reżyser wymusił ponad trzydzieści dubli tego wrzasku tylko po to, aby mocno wkurzony aktor wydarł się z autentyczną frustracją. Efekt jest epicki, co możecie podziwiać w podlinkowanej przeze mnie scenie.
Pamiętam, jak zaraz po wyjściu z kina musiałam sprawdzić, czy Tomek Beksiński aby na pewno nie miał żadnej fizycznej lub umysłowej niepełnosprawności, o której nie wiedziałam. Nie miał. Podejrzewam zatem, że podczas kręcenia Ostatniej rodziny Dawidowi Ogrodnikowi musiały zanadto uaktywnić się wspomnienia z planu Chce się żyć. Beksiński w wykonaniu Ogrodnika to niezwykle polaryzująca kreacja. Dla jednych jest w tej roli absolutnie magnetyzujący, dla innych – przerysowany, śmieszny i chaotyczny, zwłaszcza że chwilami naprawdę ciężko zrozumieć wypowiadane przez niego słowa. Trudno też dziwić się oburzeniu osób, które osobiście znały Tomka – takich jak Wiesław Weiss, który oskarżał reżysera o profanowanie pamięci o młodszym z Beksińskich. We mnie rola Ogrodnika musiała urosnąć i dojrzeć, bym po początkowym zdziwieniu potrafiła ją polubić. Doceniam brawurę i podjęte ryzyko, a także kilka wybitnych scen, takich jak poruszająca rozmowa z Aleksandrą Konieczną o (bez)sensie życia.
Wiekopomnej sceny czołgania się do samochodu nie można wyrzucić z pamięci. Wilk z Wall Street to film, w którym aktor bodaj najrozpaczliwiej starał się o upragnionego Oscara – i pewnie by go wówczas zdobył, gdyby nie Matthew McConaughey i Witaj w klubie. Czego tutaj nie ma! DiCaprio prezentuje pełen wachlarz swojego warsztatu, wszystko wykonując w kategorii „naj”. Na spotkaniu biznesowym jest najbardziej charyzmatycznym liderem świata, żebrząc u żony o seks, staje się najżałośniejszym z wszystkich mężów, a kiedy ćpa, to tak, że zwykły śmiertelnik by tego nie przeżył.
Leo był współproducentem Wilka... Długość filmu – trzy godziny! – to na pewno w dużej mierze jego zasługa (lub wina – jak to woli). No bo kto rozkaże DiCaprio wycinać sceny z DiCaprio? Przecież on w każdym ujęciu wspina się na wyżyny własnego geniuszu, prawda? Tak, wiem – dla wielu to najgorsza rola żeńska wszech czasów i koncert fatalnego aktorstwa. Moim zdaniem jednak Nomi jest tak ostentacyjnie przejaskrawioną postacią, że w pewnym momencie staje się wręcz fascynująca, a sama Berkley tworzy tutaj coś niepowtarzalnego i własnego. Nie tylko niesamowita uroda sprawia, że od bohaterki Showgirls tak trudno oderwać wzrok. To energia i wigor, które ją rozsadzają; nadmiar i przesada, cechujące wszystkie jej działania; dziecinność i żywiołowość, bijące z każdej sceny z jej udziałem. Zawsze reaguje impulsywnie, wszystko jest dla niej sprawą życia i śmierci, a krzyk i płacz to ulubione formy wyrażania emocji.
Nomi jest jak zwierzątko: dzika, cielesna, nieokiełznana, instynktowna. Kiczowata i irytująca? Oczywiście i przede wszystkim – dlatego właśnie każdy fan nieokrzesanego aktorskiego szarżowania powinien ją poznać. Kinski to z pewnością jeden z najbardziej „przesadnych” aktorów w historii; mężczyzna, w którego charakterystycznej twarzy czaił się wskrzeszony duch niemieckiego ekspresjonizmu.
Najbardziej rozpoznawalną rolą urodzonego w Sopocie Niemca pozostaje Nosferatu, ale to w Aguirre przeszedł sam siebie i zaliczył chyba najbardziej żywiołowy występ w karierze – inspirując przy okazji równie mocną piosenkę Armii. Jako hiszpański konkwistador, buntownik i wizjoner stworzył rolę większą niż własne życie. Lope de Aguirre ma w sobie coś szatańskiego i szalonego na długo przed tym, nim w amazońskiej dżungli powolnie osunie się w obłęd. Nazywany przez Herzoga jedynym prawdziwym geniuszem, jakiego kiedykolwiek spotkał, Kinski był silną osobowością także w życiu prywatnym. Dziś, słysząc jego nazwisko, myślimy jednak przede wszystkim o pedofilii i kazirodztwie, o jakie oskarżyły go jego córki. Te odrażające występki kładą się cieniem na pamięci o aktorze i czynią zakończenie Aguirre – w którym to Lope bierze sobie za żonę własną córkę – jeszcze bardziej złowieszczym. Nawet jeśli potteromania was ominęła, to musicie oddać filmowym adaptacjom sagi Rowling, że pod względem wykreowanych na ekranie postaci serwują widzom przepyszną herbatkę z dodatkiem pełnotłustej śmietanki angielskich aktorów. W beznosego Sami-Wiecie-Kogo wcielił się tutaj nie kto inny, jak Ralph Fiennes i jest to rola… no, budząca pewne wątpliwości. Nie tak wyobrażałam sobie Voldemorta, czytając książki; Wielki Zły świata czarodziejów w interpretacji Fiennesa to zdziwaczały, manieryczny histeryk. Zamiast budzić grozę, budzi śmiech. Mówi wysokim głosem i zanosi się głupkowatym rechotem.
Taki żałosny i przerysowany Lord Voldemort to odważna decyzja. Fiennes z palcem w nosie (oj, przepraszam: w nozdrzach) mógłby zrobić z niego postać charyzmatyczną i fascynującą. Nie o to chyba jednak chodzi w sadze przeznaczonej dla dzieci i młodzieży, prawda? Dlatego cieszę się, że filmowy Voldemort jest uosobieniem prawdziwego zła – odrażającego, pokracznego, budzącego wstręt. Z kolei Burtonowska (była już, niestety) muza, Helena Bonham Carter, daje upust swojej barokowej manierze i romantycznej fantazji jako niebezpieczna, rozczochrana czarownica w gotyckiej sukni. Jej zataczająca się i chichocząca dziko Bellatriks Lestrange pozostaje dla mnie wzorcowym, archetypicznym wyobrażeniem wiedźmy. Jak wygląda dobre over the top? Zobaczymy je w pierwszych dwóch częściach Piratów.
Jak wygląda złe over the top? Zobaczymy je we wszystkich pozostałych częściach Piratów. Johnny Depp to nader interesujący przypadek aktora, który przedwcześnie zaczął zżerać własny ogon. Nim do tego jednak doszło, zapisał się w zbiorowej świadomości jako awanturniczy kapitan Jack Sparrow. Na poziomie scenariusza postać nie prezentowała się tak ciekawie, dopiero Depp uczynił z niej perełkę. Jego pirat o zamaszystym chodzie to istna gwiazda rocka, zainspirowana Keithem Richardsem. Zawadiacka charyzma, ekscentryzm i pstrokacizna kapitana Sparrowa zadecydowały o sukcesie całej serii. Marlon Brando występuje u Kazana w jednej z najważniejszych kreacji w dziejach filmu (i nie chodzi mi tutaj wcale o seksowny podkoszulek, chociaż rzeczony robi robotę).
Stanley Kowalski to postać, która zrewolucjonizowała kino i podejście do aktorstwa, ale jedynie poprzez kontrast z ekranową partnerką, Blanche DuBois, jego bezpośredniość i prostota wybrzmiewają w pełni. Kazan celowo zestawił na pierwszym planie dwójkę reprezentujących całkowicie odmienne style gry aktorów. Nowoczesny i naturalny Brando partneruje teatralnej i egzaltowanej Vivien Leigh. Gwiazda Przeminęło z wiatrem przekonująco kreuje kobietę zaburzoną, czerpiąc z własnego doświadczenia (aktorka cierpiała na chorobę afektywną dwubiegunową).
Rozełkana Vivien Leigh balansuje na granicy zirytowania widza. Jej fochy, płacze i histerie męczą i denerwują, a przecież z drugiej strony chcielibyśmy otoczyć tę kruchą istotę opieką. Rola słusznie nagrodzona Oscarem.
Rutger Hauer to jeden z moich ulubionych aktorów w ogóle. Potrafi grać oszczędnie i trzymać emocje na wodzy, jak w Łowcy androidów, potrafi też być pełnym pasji, nadpobudliwym wariatem – jak w swoich wielkich występach u Paula Verhoevena – w Tureckich owocach oraz Ciele i krwi. Innym rodzajem „over the top”, jaki ma w dorobku Holender, są postacie kipiących testosteronem, oschłych twardzieli – jednym z takich bohaterów jest właśnie Harley ze Split Second; wielki, zwalisty, uzależniony od kawy chłop w czarnym płaszczu. Wszystko w tym VHS-owym postapo jest przesadne i solidnie dołożone do pieca. Tak-bardzo-macho-jak-można Hauer ściga w strugach deszczu seryjnego mordercę, który jest dwumetrowym, zmutowanym szczurem, kryjącym się po kanałach i przejawiającym dziwne zainteresowanie astronomią, zwłaszcza zodiakalnym znakiem skorpiona. Do pomocy Harley dostaje płaczliwego i przemądrzałego detektywa miągwę, który w zamierzeniu scenarzystów swoją niemęskością ma podkreślać męskość bohatera Hauera. Jeden ma imię twarde i rock’n’rollowe – Harley – drugi ma na imię, no cóż, Dick. Obaj aktorzy tworzą niesamowite, cudownie kiczowate kreacje.
Nie wiem, czemu oryginalny tytuł Burn After Reading przetłumaczono jako Tajne przez poufne, ale wiem, że najlepszą rolę w tym filmie zagrała nie Tilda Swinton czy Frances McDormand, ale właśnie Brad Pitt. Wesolutki jak szczygiełek pracownik klubu fitness to jedna z najciekawszych kreacji tego gwiazdora. Jego amerykański, perfekcyjnie biały uśmiech i pocieszna prostoduszność wygrywają każdą scenę, w której się pojawia. Jest to bohater znacznie mniej rozpoznawalny niż równie sugestywna postać Pitta z 12 małp (której nie wybrałam, ponieważ – jak pisałam we wstępie – role wariatów z natury rzeczy wymagają przejaskrawienia). Niesłusznie. To kreacja na granicy karykatury, o zabarwieniu mocno pastiszowym, ale nie osuwająca się w pastisz, bo przecież każdy z nas zna taką osobę – przesadnie pozytywną, niezbyt inteligentną, z wiecznym ADHD. Każda scena z Chadem sprawiała, że dosłownie płakałam ze śmiechu. Ogląda się go doskonale, kiedy próbuje udawać szychę i święcie wierzy, że to on jest mózgiem całej akcji. Wielka szkoda, że – spoiler – jego ekranowa obecność trwała tak krótko. Na szczęście mina, jaką strzelił tuż przed śmiercią, częściowo to wynagradza.
Stephen King, zazwyczaj bardzo niezadowolony z filmowych adaptacji własnych książek, postanowił sam zabawić się w reżysera. Efektem było właśnie Maksymalne przyspieszenie, czyli dzieło z pogranicza SF, akcyjniaka i horroru, opowiadające o buntujących się przeciwko ludzkości maszynach, napędzanych przez kosmiczne promieniowanie.
Jego film to, cóż, specyficzne dzieło, ale ma swoich oddanych fanów i nadal cieszy się popularnością w pewnych kręgach. Po latach pisarz przyznał, że na planie był niemal cały czas naćpany i nietrzeźwy, co w poszczególnych momentach mocno widać. Mnie najbardziej z całego filmu zapadła w pamięć scena, w której zakrwawiona kelnerka biega i drze się wniebogłosy. Wiem, że to bardzo nieładnie śmiać się z cierpienia innych, ale najpierw zobaczcie, co ta kobieta robi, a potem niech pierwszy z was rzuci we mnie kamieniem. Chyba jedna z najpopularniejszych przeszarżowanych kreacji aktorskich i jedno z pierwszych skojarzeń, jakie przyszły ci do głowy po przeczytaniu tytułu.
Charyzmatyczny antagonista nadaje Leonowi moc i tempo w równym stopniu, co kochana przez widzów para głównych bohaterów. Norman Stansfield to z pewnością jedna z najwspanialej drących się postaci filmowych. Jego wybuchy złości za każdym razem wyglądają tak, jakby ktoś wsadzał go do wrzątku. Oldman doskonale odnajduje się w rolach, które trzeba nieco przedobrzyć – czego koronnymi dowodami są choćby Dracula i Piąty element. Nie da się zapomnieć Hoppera wtulającego twarz w łono zobojętniałej Rosselini i skamlącego jak skrzywdzony pies. Z jednej strony wcielenie okrucieństwa – sceny, w których wydziera się na kochankę i biją ją, są bardziej naładowane agresją niż niejeden slasher – z drugiej: żałosna, znajdująca się w więzieniu własnych popędów kukła i kreatura. W wielce symbolicznym dziele Lyncha Frank Booth stanowi reprezentację nieokiełznanych, potężnych i pierwotnych instynktów, tłumionych przez społeczeństwo – żądzy krwi i seksu.
Może spełniać się i rozkwitać jedynie w ukryciu, za zamkniętymi drzwiami. Podobną do Bootha postacią jest u Lyncha bohater Willema Dafoe z późniejszej Dzikości serca.
Dadan to postać barwna nawet jak na Kusturicę i jego barokowe, rozbuchane standardy; być może najbardziej charakterystyczna z całej galerii jakże osobliwych przecież person, jakie zaludniają wypełnione magią filmy słynnego bałkańskiego reżysera. Ekspresyjność tego bohatera jest mocarna: zmieszajcie techniki aktorskie z epoki kina niemego z domieszką postradzieckiej przesady, a wyjdzie z tego Dadan – cygański Joe Pesci z wielkim czarnym wąsem i sznurem żelastwa zawieszonym na szyi.
Drobny gangster i wiecznie spocony cwaniaczek mimo swego karygodnego zachowania każdym swoim pojawieniem się na ekranie wywołuje uśmiech na ustach. Najbardziej ikoniczna scena? Wciąganie koksu w aucie i śpiewanie piosenki „Pitbull terier”.
Nie rozumiem hejtu na Jennifer Lawrence. Mało jest aktorek młodego pokolenia, które w równie naturalny i instynktowny sposób wcielają się w rolę. J-Law to zodiakalna i ekranowa lwica, występy przed kamerą to jej żywioł. Ekspresyjna gra Amerykanki często naraża ją na krytykę i zarzuty o przeholowywanie. Chyba najmocniej dostało się jej właśnie za Mother!, jej rola wzbudziła równie duże kontrowersje, co sam film. Obojętnie jednak, czy matka wpadająca we wściekłość i swoim krzykiem burząca dom w posadach wywołuje u nas śmiech czy też podziw, to nominowanie Jennifer do Złotej Maliny zakrawa o pomstę do nieba. To sugestywna, mocna, wyrazista kreacja świadcząca o wszechstronnym warsztacie aktorskim. Inna rola tej aktorki, którą często określa się jako przedobrzoną i irytującą, to ta z American Hustle. Znowu stanę w obronie aktorki, bo moim zdaniem Lawrence w tym filmie po prostu lśni, przyćmiewając swym blaskiem Christiana Bale’a i Amy Adams. Jej Rosalyn uwodzi widza swym neurotycznym seksapilem, jest odważna, wyzywająca i szalenie zajmująca. Meryl Streep jest wielką aktorką.
W żadnym ze swoich filmów, zwłaszcza tych najnowszych, ani na moment o tym nie zapomina. I to właśnie robi na ekranie: jest wielką aktorką. Tak, jak w podręczniku od polskiego Adam Mickiewicz jest wielkim poetą. Z jednej strony Streep celebruje każdą scenę, staje się bardziej prawdziwa od prawdziwego człowieka, bardziej rzeczywista od rzeczywistości, ale kto inny tak potrafi? Można zarzucać aktorce, że na starość robi się manieryczna, ale kameralny dramat rodzinny Wellsa to jeden z najwspanialszych popisów aktorki w ostatnich latach. Nie oddadzą tego żadne słowa, więc, po pierwsze:
I po drugie:
Po obejrzeniu tej mocno swobodnej interpretacji życia hollywoodzkiej gwiazdy każdy zapamięta, że Joan Crawford najbardziej na świecie przerażały druciane wieszaki do ubrań. Dunaway, w białej maseczce upodabniającej ją do gejszy, cały czas gra na najwyższym możliwym poziomie emocjalnego stężenia. Biopic, jakiego nie życzy się najgorszemu wrogowi: źle nakręcony i wyciągający na wierzch wszystkie brudy. Cała obsada tego campowego arcydzieła gra na 200% – od naiwnej i egzaltowanej Susan Sarandon po sensualną i demoniczną Patricię Quinn. To Tim Curry jest jednak pierwszoplanową divą i primabaleriną tego musicalu. Każda scena z udziałem Franka N. Furtera jest porywająca, każda jego piosenka to złoto. Uwodzi nas, śpiewając o sobie, że jest tylko słodkim transwestytą, przeraża, bezwzględnie zabijając młotkiem swoich wrogów, rozczula, kiedy w obliczu śmierci łka jak dziecko, a jego makijaż się rozmazuje. Jego postać zawiera w sobie każdą możliwą emocję i stan: miłość i samotność, rozpacz i ekstazę, znudzenie i okrucieństwo.
Ten narcystyczny transwestyta, kosmita i kanibal w jednym na zawsze pozostanie dla mnie jedną z najwspanialszych aktorskich kreacji, jakie widziałam na ekranie. Wypadałoby zapytać: co się stało z talentem Tima? Prócz roli Pennywise’a w pierwszym To próżno szukać w jego dorobku dużych i ważnych ról w uznanych filmach. Curry z niejasnych przyczyn zmarnował swój ogromny potencjał na tanie, telewizyjne produkcje oraz kino klasy B i niżej. Jednym z takich występów był ten w The Worst Witch z 1986 r. Piosenkę Tima z tej młodzieżowej produkcji zamieszczam poniżej jako bonusowy przykład cudownie kiczowatego „over the top”. Sami posłuchajcie:
W przypadku aktora, który został memem, naprawdę trudno było wytypować ledwie jedną przegiętą rolę. Legendarna jest przecież scena z abecadłem z Pocałunku z wampirem – z tego filmu pochodzi też rozpoznawalne dla każdego internauty zbliżenie na twarz Cage’a z wybałuszonymi gałami.
Wybór padł ostatecznie na remake, który nigdy nie powinien był się wydarzyć, czyli Kult. Scena z pszczołami jest tak doskonała, że nie wymaga żadnego komentarza, a Cage jako szeryf badający tajemnice zamkniętej społeczności jest uroczo i nieporadnie, bo niezamierzenie śmieszny. To najgorsza rzecz, jaka może spotkać horror; jednak w przypadku produkcji tak niestrasznej i nieudanej, jak nowy Kult, cringe, jakiego z naddatkiem dostarcza aktor, staje się wybawieniem od śmierci w męczarniach – nie ze strony sekty rzecz jasna, a ze znudzenia. Skoro już jesteśmy przy filmach z Nicolasem Cage’em, to warto wspomnieć o moim – jak na razie – ulubionym filmie roku 2018, czyli Mandy, dziele reżysera o wdzięcznym nazwisku Panos Cosmatos (syn George’a).
Nie tylko Cage tworzy tutaj wyrazistą postać. W pamięci zostają przede wszystkim antagoniści, z przywódcą sekty oszołomów na czele. Nawiedzony Jeremiah to histeryczna, żałosna, budząca jedynie odrazę kreatura – a mimo tego nie sposób oderwać od niego wzroku: tak zajmujące są jego degeneracja i spaczenie. Nie zawsze trzeba krzyczeć – czasem, by uzyskać efekt przejaskrawienia i przerysowania wystarczą egzaltacja, przejęcie, kuriozalne uduchowienie. Sługusy Jeremiah to równie imponująca galeria popaprańców: Richard Brake, Clément Baronnet i Olwen Fouéré swoimi brawurowymi występami zagęszczają drugi plan. To antagoniści w starym, dobrym, popkulturowym stylu, przejaskrawieni i odpychający. Nie da się zapomnieć również o potworach z lasu, w których najbardziej przerażające jest to, że po bliższym poznaniu okazują się nie potworami, ale ludźmi.
Parę kochanków łączy miłość i śmierć, a gra portretujących ją aktorów jest równie krańcowa, ostateczna i rozpaczliwa jak te uczucia. Lewis i Harrelson nie zostawiają miejsca na oddech w tej czarnej i krwawej love story. Atmosfera jest duszna, akcja gna na złamanie karku, a nasi protagoniści-antagoniści są żywiołowi, nerwowi, gwałtowni, zachłanni i głodni intensywnych wrażeń. Mallory śpiewająca „I was born bad” w więziennej celi, otwierająca sekwencja w barze, oświadczyny przypieczętowane krwią, zabicie rodziców dziewczyny wystylizowane na sitcom, przeplatające się sceny namiętności i kłótni, hektolitry krwi i nieumiarkowane dawkowanie przemocy – te wszystkie składowe części filmu nie zagrałyby równie dobrze, gdyby nie deliryczni, komiksowo przerysowani bohaterowie. Coś z Mickeya Knoxa zostało w Woodym Harrelsonie, kiedy dwa lata później wcielił się w swoją życiową rolę – rzutkiego i hedonistycznego skandalistę Larry’ego Flinta.
Tommy i Nicky to w zasadzie jedna i ta sama postać; nie ma sensu ich rozdzielać. Podobnie aż żal rozdzielać Pesciego i Scorsese – to u tego reżysera aktor zaliczył swoje najlepsze występy (co być może na stare lata powtórzy w Irlandczyku). Niski, ruchliwy facecik, funny guy, good fella, dusza towarzystwa, a wyprowadzony z równowagi potrafi zadźgać długopisem przypadkowego gościa albo zakopać go na śmierć. Klnący i rzucający się nerwus o sadystycznych skłonnościach, reagujący skrajnie, przesadnie i nieadekwatnie, wiercący się na siedzeniu i wymachujący łapami, jakby spalany jakimś wewnętrznym ogniem – gdyby Tommy’ego i Nicky’ego zagrał ktoś inny, nie dostalibyśmy tak pełnego pasji, zaangażowania i rozemocjonowanego występu. Najstraszniejsze jest to, że chociaż widzowi może wydawać się, że Pesci jest przesadzonym, wyolbrzymionym portretem oprycha, to tak naprawdę ten chory zwyrodnialec jest bliższy prawdzie o gangsterach niż elegancki De Niro czy honorowy Don Vito. Demitologizacja organizacji przestępczych nigdy nie dokonała się równie spektakularnie, jak za sprawą nerwowych i zdegenerowanych bohaterów Pesciego.
W kategorii „najbardziej przeszarżowany antagonista” Khan, o którym pisałam kilka(naście) przykładów temu, mógłby przegrać tylko z jedną postacią z uniwersum największej konkurencji Star Treka. Senator Palpatine, przyszły Imperator, jest tak ostentacyjnie villainowaty, że nie potrzebuje nawet konfrontacji z Mace Windu i przyspieszonej transformacji w demoniczną wersję Benedykta XVI, by widz załapał, że oto poznajemy wielkiego złego całej serii. Tylko jak to się stało, że w senacie nikt po tych pokrętnych uśmieszkach, złowieszczych szeptach i fałszu wypisanym na chytrej gębie nie zorientował się, że ten Palpatine to taki trochę, cóż, niedobry facet? Pozostaje to dla mnie nierozwiązywalną zagadką. Być może wywodzący się z różnych ras i pochodzący z odległych miejsc galaktyki senatorzy przysnęli nieco na przyspieszonym kursie rozumienia ludzkiej mimiki i niewerbalnych komunikatów? Nadekspresyjny Palpatine tworzy wyjątkowo interesujący duet ze śniętym i cierpiącym Anakinem. Wisienką na torcie jest jakże emocjonalny dubbing Ryszarda Nawrockiego – polska wersja językowa zwiększa osobliwą przyjemność, jakiej w pokrętny sposób dostarczają prequele.
Michael Sheen ma mój dozgonny szacunek za dwie rzeczy: za rolę we Frost/Nixon oraz za trolling sagi Zmierzch, jakiego dopuścił się na planie ostatniej części przygód Belli i Edwarda. Aktor wcielił się w Aro, przywódcę starożytnego, wampirzego klanu Volturi i już sama jego charakteryzacja tworzy z jego postaci chodzącą autoparodię. Kulminacją jego dziwaczności jest podlinkowana scena, w której Aro poznaje Bellę, Edwarda oraz ich latorośl. Wszystko jest tu doskonałe – jego niesławny i kuriozalny chichot, długie momenty nic niewnoszących przestojów, WTF wypisane na twarzach pozostałych aktorów, Robert Pattinson wyraźnie powstrzymujący się od śmiechu, muzyka usiłująca zbudować nastrój dramatyzmu.
Szarżujący Sheen ma pełne pole do popisu na tle milczącej, grającej na odlew reszty obsady, ze zmęczoną Kirsten Stewart na czele. Aktor oficjalnie twierdzi, że jego występ był na serio – tak miałby ponoć zachowywać się kilkusetletni, zblazowany i zdziwaczały wampir. Ja tam mu nie wierzę. Sheen zapewne zorientował się, w jakiej imbie uczestniczy i postanowił zakpić sobie z całej ekipy. Przedobrzanie materiału to bardzo powszechne zjawisko u aktorów wywodzących się z teatru, którzy próbują swoich sił w popularnych, mainstreamowych produkcjach. Po prostu kamera preferuje oszczędniejszą grę niż scena teatralna, na której trzeba występować bardziej spektakularnie, by zostać zauważonym nawet z dalszych rzędów. Raz wyuczonych nawyków trudno jest się pozbyć, czego doskonałym przykładem jest nie kto inny, jak sir Kenneth Branagh, słynny odtwórca wielkich szekspirowskich ról. Jego przegięty występ w Bardzo dzikim Zachodzie to chyba jedyny powód, dla którego warto po latach odświeżyć sobie ten film.
Sparaliżowany, złowieszczy doktor Arliss Loveless to groteskowa kukła, topornie rozpisana przez scenarzystów, co zostawiło Branghowi spore pole do aktorskich szarży – pole, które Anglik jakże chętnie zagospodarował. Nie ma tu ani jednego momentu pozbawionego emfazy. Każde uniesienie brwi zamienia się w osobną historię, a wypowiadane kwestie są tak modulowane, że brzmią jak śpiew. Branagh wdzięczy się i popisuje jak pierwszoroczny student szkoły aktorskiej przed łazienkowym lustrem, ale w tym szaleństwie jest metoda. Inny przeholowany występ tego aktora? Niezapomniany Gilderoy Lockhart, czarodziej – celebryta o jakże imponującym uśmiechu z filmu Harry Potter i Komnata Tajemnic.
Dawid Ogrodnik jako Tomasz Beksiński – Ostatnia rodzina (reż. J.P. Matuszyński, 2016)
Leonardo DiCaprio jako Jordan Belfort – Wilk z Wall Street (reż. M. Scorsese, 2013)
Elizabeth Berkley jako Nomi Malone – Showgirls (reż. P. Verhoeven, 1995)
Klaus Kinski jako Lope de Aguirre – Aguirre, gniew boży (reż. W. Herzog, 1972)
Helena Bonham Carter jako Bellatriks Lestrange i Ralph Fiennes jako Voldemort – seria filmów o Harrym Potterze
Johnny Depp jako kapitan Jack Sparrow – Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły (reż. G. Verbinski, 2003)
Vivien Leigh jako Blanche DuBois – Tramwaj zwany pożądaniem (reż. E. Kazan, 1951)
Rutger Hauer jako Harley Stone i Alastair Duncan jako Dick Durkin – W mgnieniu oka (reż. T. Maylam, I. Sharp, 1992)
Brad Pitt jako Chad Feldheimer – Tajne przez poufne (reż. J. i E. Coen, 2008)
Ellen McElduff jako Wanda June – Maksymalne przyspieszenie (reż. S. King, 1986)
Gary Oldman jako Norman Stansfield – Leon zawodowiec (reż. L. Besson, 1994)
Dennis Hopper jako Frank Booth – Blue velvet (reż. D. Lynch, 1986)
Srdjan Todorović jako Dadan Karambolo – Czarny kot, biały kot (reż. E. Kusturica, 1998)
Jennifer Lawrence jako Matka – Mother! (reż. D. Aronofsky, 2017)
Meryl Streep jako Violet Weston – Sierpień w hrabstwie Osage (reż. J. Wells, 2013)
Tommy Wiseau jako Johnny – The Room (reż. T. Wiseau, 2003)
Faye Dunaway jako Joan Crawford – Najdroższa mamusia (reż. F. Perry, 1981)
Tim Curry jako doktor Frank N. Furter – Rocky Horror Picture Show (reż. J. Sharman, 1975)
Nicolas Cage jako szeryf Edward Malus – Kult (reż. N. LaBute, 2006)
Linus Roache jako Jeremiah Sand – Mandy (reż. P. Cosmatos, 2018)
Juliette Lewis jako Mallory Knox i Woody Harrelson jako Mickey Knox – Urodzeni mordercy (reż. O. Stone, 1994)
Joe Pesci jako Tommy DeVito i Nicky Santoro – Chłopcy z ferajny (reż. M. Scorsese, 1990) i Kasyno (reż. M. Scorsese, 1995)
Ian McDiarmid jako Senator Palpatine – Gwiezdne wojny: Część III – Zemsta Sithów (reż. G. Lucas, 2005)
Michael Sheen jako Aro z klanu Volturi – Zmierzch: Przed świtem – część 2 (reż. B. Condon, 2012)
Kenneth Branagh jako Doktor Arliss Loveless – Bardzo dziki Zachód (B. Sonnenfeld, 1999)
Na koniec jeszcze kilka wspaniałych aktorskich osiągnięć: Brian Blessed jako Książe Vultan – Flash Gordon (reż. M. Hodges, 1980)…
Jeremy Irons jako Profion – Lochy i smoki (reż. C. Solomon, 2000)…
