Felietony

Pokaż nam, jak spełniać marzenia, TOMMY WISEAU

Autor: Łukasz Budnik
opublikowano

W nocy z niedzieli na poniedziałek życie udowodniło, że w pisaniu fantastycznych historii nie ma sobie równych. Tommy Wiseau stanął na scenie podczas rozdania Złotych Globów. Co prawda nie po to, aby odebrać indywidualną nagrodę (istnieją w końcu jakieś granice abstrakcji), ale – tak czy inaczej – serce rośnie. Podpisany pod The Room dziwak zostaje nagrodzony szczerymi brawami i gestem pozdrawia śmietankę Hollywood. Bezcenne.

Czuję do Tommy’ego Wiseau pewną formę szacunku. Jasne, The Room jako film leży pod każdym względem, a jego jedyna wartość wyraża się dzisiaj w kulcie, jakim obrósł. Oglądanie tej pokracznej miłosnej historii potrafi oczywiście dostarczyć fantastycznej zabawy, szczególnie w towarzystwie innych osób, ale tylko ze względu na aktorską i realizacyjną nieudolność. Jest to pewna forma sukcesu, choć – z naszej perspektywy – nieszczególnie chlubna.

Spojrzenie Wiseau jest inne. Zawsze takie było. The Room to spełnienie jego marzeń. Dowód, że się da, tak po prostu. Tommy był i jest przekonany, że stworzył dzieło wspaniałe i jestem w stanie uwierzyć, że w jego osobistym pojmowaniu świata The Room faktycznie jawi się jako takie. Nie ukrywam, uważam Wiseau za osobę, która w żaden sposób nie wpisuje się w społeczne standardy. Powiedzieć o nim „ekscentryczny” to mało. Mimo to trudno mi ukryć sympatię do jego osoby. To chyba forma współczucia – lektura The Disaster Artist pióra Grega Sestero, jego przyjaciela i kolegi z planu, dosadnie pokazuje, że pod warstwą dziwactwa kryje się samotny, nieszczęśliwy człowiek, za którym ciągnie się pasmo niepowodzeń i szyderstwa. Postawienie się wszystkim oraz realizacja własnego filmu to dla niego okazja, aby wreszcie poczuć się kimś ważnym. Jednocześnie obsadza się w roli mężczyzny bez wad – delikatnego, wrażliwego, kochającego i narażonego na krzywdy. Lubianego przez wszystkich. Czy produkcja The Room była dla Tommy’ego formą terapii? Bardzo prawdopodobne.

Tommy dopiął swego i zapewne osiągnął poczucie spełnienia, gdy ujrzał własną twarz na billboardach reklamowych w 2003 roku. Udało się – zrealizował film, na przekór wszystkim tym, którzy w niego nie wierzyli. Euforia z racji spełnionego marzenia nie zmalała chyba nawet wtedy, gdy film spotkał się z miażdżącymi recenzjami. Zresztą krytycy jedno, a widzowie drugie – oni Tommy’ego i jego postać pokochali. Jest w Wiseau taki dziecięcy pierwiastek, dzięki czemu na dziwaczne zachowanie oraz wybryki patrzy się z większą tolerancją i tym bardziej cieszy jego radość nawet z tego, co pozornie nie jest sukcesem.

Sromotna porażka zamieniła się w triumf.

Tommy nieświadomie dokonał czynu niesłychanego. Wyreżyserował film tak zły, że na zawsze zapisał się on w annałach kina, razem z nazwiskiem twórcy. Napisał koszmarne dialogi, które paradoksalnie cytowane są do dzisiaj, a podczas kolejnych pokazów wzbudzają aplauz i wiwat zachwyconej publiczności. Stał się bohaterem popularnej książki, wspominanej już wyżej, będącej fantastycznym studium jego postaci i cudowną, przezabawną kroniką realizacji The Room. Ostatecznie Tommy zobaczył na ekranie filmową wersję samego siebie odgrywaną przez innego, popularnego aktora. Rzeczywistość przeszła jego najśmielsze marzenia, poniósł bowiem porażkę tak sromotną, że koniec końców zamieniła się ona w triumf.

Tym większą przyjemność daje oglądanie roześmianego Tommy’ego na scenie. Jemu autentycznie zależało. Jest dowodem na to, że ostatecznie sukces ma różne oblicza i że każdy, choćby kompletnie nie miał predyspozycji, może dążyć ku wyznaczonemu sobie celowi. To taka prosta, ale i ciepła konkluzja: każdy zasługuje na marzenie i szansę, by je spełnić. Pokazał to człowiek, który zrealizował autorski film, nie mając ani umiejętności reżyserskich, ani scenariopisarskich, ani aktorskich (nie wspominając już o interpersonalnych). Całkowicie rozumiem wzruszoną minę Grega Sestero, gdy oglądał Tommy’ego stojącego obok odbierającego nagrodę Jamesa Franco. Minęło prawie dwadzieścia lat, od kiedy jego przyjaciel psioczył na fakt, że takich jak on nie chce się na rozdaniu Złotych Globów. Cierpliwość i zawzięcie popłaciły. Mnie też to porusza.

Po rozdaniu nagród “The Times” zapytało Wiseau, co chciał powiedzieć do mikrofonu, zanim powstrzymał go przed tym Franco. „Gdyby dużo ludzi się kochało, świat byłby lepszym miejscem”. Tommy, bez wątpienia masz rację. Niech to będzie twoje nowe marzenie.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane