Connect with us

Publicystyka filmowa

ZAPOMNIANE filmy FANTASY z lat 80.

ZAPOMNIANE FILMY FANTASY Z LAT 80. to sentymentalna podróż w czasie, odkrywająca zapomniane skarby kina, które zachwycały pokolenia.

Published

on

ZAPOMNIANE filmy FANTASY z lat 80.

30 lat to wystarczający czas, żeby narodziło się kolejne pokolenie, które niewiele będzie miało wspólnego w wieku swoich 30 lat z tym, które je spłodziło. Inne będą ich gusty, cele, motywacje, a także światopogląd. Trudno więc spodziewać się, że dla dzisiejszego 15-latka poniższa lista będzie zestawieniem filmów, na punkcie których kiedykolwiek on zwariuje. Tak samo było z nami w wieku nastu lat i kinem z lat 50. Czy dzisiaj ktoś od nas oczekuje jego znajomości? Piszę o tym dlatego, że czasem w oczach niektórych nieznajomość jakiegoś filmu, który był hitem pokolenia, przybiera rozmiary oskarżenia o jakąś osobowościową dysfunkcję.
Advertisement

Poniżej zestawiłem kilka moich ulubionych tytułów, o których istnieniu młodzi zapaleni fani kultury masowej nie mają pojęcia. Czasem mi z tego powodu przykro. Owa przykrość jest jednak moją sprawą, a nie ich problemem.

Excalibur (1981), reż. John Boorman

Na tle innych produkcji o przygodach dzielnego króla Artura i jego wiernych rycerzy produkcja Johna Boormana jest niezwykle ascetyczna. Nie ma w niej zbyt wielu efektów specjalnych ani znanych aktorów. Z biegiem lat wpłynęło to na popularność filmu, zwłaszcza że filmowcy regularnie kręcą coraz to nowe wersje historii życia Artura. Poza tym Excalibur Boormana zawsze był ciężki do zdobycia. Pamiętam, ilu znajomych przeszukałem, żeby go mieć, i to tylko w jakości Xvid. To było na początku XX wieku. Dzisiaj na szczęście została już wydana płyta Blu-ray, ale wersji UHD wciąż nie ma.

Excalibur zawsze będzie produkcją dla wybranych gustów. Oniryczny artyzm stoi w tym filmie na pierwszym miejscu, a na pewno przed trzymającą w napięciu akcją. No i trzeba przegryźć tę interpretację arturiańskiego mitu, w której to nie Artur znajduje świętego Graala, a Parsifal.

Advertisement
Władcy wszechświata (1987), reż. Gary Goddard

W porównaniu z bajką kreacja Szkieletora wciąż wywołuje u mnie dwuznaczne emocje, nawet gdy wiem, że pod maską trupiej czaszki kryje się Frank Langella. Nie mogę wyzbyć się skojarzenia, że Darth Vader za mocno wszedł twórcom Władców wszechświata, mówiąc językiem dzisiejszych memów.

Niemniej seksowne oczy, wydatne usta Meg Foster (Wiedźma) i podkreślające kobiece kształty wdzianko Chelsey Field (Teela) w jakimś sensie rekompensują tę konfuzję, jakiej doświadczam, spoglądając na maskę Szkieletora. A co do przyczyn zapomnienia – może to przez bajkę. Animowany He-Man wzywający moc Posępnego Czerepu tak bardzo scalił się z naszą kulturą masową, że zabrakło już miejsca na jego aktorską wizualizację. Poza tym film Władcy wszechświata bez pardonu konfrontuje rzeczywistość fantasy z realnością lat 80., a podobne mariaże czasem budzą wątpliwości, zwłaszcza gdy zestawianie takich odległych od siebie światów wypada na ekranie nieco pretensjonalnie.

Advertisement
Mściwy Jastrząb (1980), reż. Terry Marcel

Zdaję sobie sprawę z tego, że to kino tanie, źle zmontowane i z koszmarnymi efektami specjalnymi. Jakże śmiesznie wyglądają dzisiaj te wszystkie strzały z łuków i kusz, po których przeciwnicy padają jak po serii z karabinu maszynowego. Jasnym punktem Mściwego Jastrzębia pozostaje jednak Jack Palance, jakże rzadko mający okazję grać rolę antagonisty w otoczeniu magii.

Właśnie ze względu na jego rolę będę zawsze polecał produkcję Terry’ego Marcela. Zapomniana przez wszystkich, wyparta przez tematykę arturiańską i przygody Robin Hooda, stanowi dzisiaj egzotykę w klimacie fantasy. Palance w tym swoim skrzywionym hełmie wygląda nie tylko jak oszalały czarny charakter, ale kowboj, tylko przypadkiem dzierżący w ręce miecz zamiast kolta.

Advertisement
Władca zwierząt (1982), reż. Don Coscarelli

Byłem i jestem fanem wszystkich części i nie uważam – jak niemała liczba miłośników fantasy z lat 80. – że kolejne były gorsze. Był to kiedyś hit VHS wydany przez całkiem przyzwoitego dystrybutora – Imperial Entertainment.

Dzisiaj zniknął, postrzegany jako gorsza wersja Tarzana. Grany przez Marca Singera Dar jest kimś więcej niż tylko wychowanym przez małpy porzuconym rozbitkiem. Ze zwierzętami łączyła go nadnaturalna zdolność pozwalająca się z nimi komunikować, a de facto władać nimi bez użycia mowy. Koncepcja ta nie została w kinie wyeksploatowana, więc do dzisiaj zbytnio się nie zestarzała. Zadziwiająco świeżo wyglądają również zdjęcia i walki. Dlaczego więc coraz mniej osób pamięta o Władcy zwierząt?

Advertisement

Krull (1983), reż. Peter Yates

Przez całe życie nie miałem szczęścia do tego filmu. Widziałem go raz w telewizji i zachwycił mnie totalnie. Postanowiłem więc znaleźć go na wideo, ale nikt z właścicieli wideotek nie słyszał o tak osobliwym tytule jak Krull. Już wtedy, na przełomie lat 80. i 90., był to wymowny znak, że w XXI wieku ten tytuł nie przetrwa. Mój sentyment do tego filmu utrzymał się jednak przez następne 30 lat, a główny bohater, książę Colwyn, grany przez zapomnianego dzisiaj Kena Marshalla, wciąż przypomina mi krzyżówkę króla Artura i Hana Solo.

Takie to były czasy, że klimat Gwiezdnych wojen wpływał na wszelkie produkcje spod znaku fantasy i Nowej Przygody. Krull jest zręcznym połączeniem tematyki konfliktu z obcą cywilizacją, baśni o księżniczkach i ratujących je wyklętych królach oraz filmu akcji, gdzie walczy się mieczami i bronią laserową. A poza tym to ciekawy film drogi. Pamiętacie, czym była magiczna glewia?

Advertisement
Legenda (1985), reż. Ridley Scott

Chociaż młody Tom Cruise nigdy mnie w roli Jacka nie zachwycił, to zapamiętałem niesamowity las stworzony na potrzeby produkcji.

Rzadko się zdarza – a dzisiaj, w dobie CGI, właściwie nigdy – żeby tworzyć tak bogatą scenografię, która na ekranie nie wygląda sztucznie. Ujęcia z jednorożcami są doprawdy magiczne. Sama zaś fabuła zgrabna, chociaż dość ograna, zwłaszcza dla tych, którzy są oczytani w literaturze fantasy. Ten jeden z pierwszych filmów Ridleya Scotta ceniony jest dzisiaj (oczywiście w wersji z muzyką Jerry’ego Goldsmitha) właściwie tylko przez starszych miłośników tematu. Komercyjnie jednak niewiele się o nim wspomina, a dla młodych ta baśniowa stylistyka jest zupełnie nieznana. Zastąpiła ją bardziej brutalna i dosadna wizja fantasy zaproponowana przez Petera Jacksona.

Advertisement
Przygody barona Munchausena (1988), reż. Terry Gilliam

Bądźmy szczerzy, jeśli Terry Gilliam próbował nakręcić adaptację powieści awanturniczej, to mu nie wyszło.

Za to luźno nią inspirowany pastisz – a i owszem, chociaż dość chaotyczny w sposobie opowiadania fabuły widzowi i bardzo jeszcze nacechowany skeczową twórczością grupy Monty Python. Musiało upłynąć trochę lat, nim Gilliam pozwolił swoim filmom na większy spokój, a co za tym idzie – przystępność. Dzisiaj ma to szczególne znaczenie, gdyż aż nazbyt często twórcy filmowi upraszczają swoje dzieła, co nie oddziałuje pozytywnie na zdolności percepcyjne widzów. Baron Munchausen nie jest postacią łatwą do sfilmowania. Dużo w nim awanturnictwa i osobowościowego chaosu. Tym bardziej trzeba uważać, żeby swoją manierą formalną nie przesadzić i nie uczynić z niego karykatury bohatera. Terry Gilliam nie uważał, jak zresztą we wszystkich swoich filmach w latach 80. Czasem wychodziło mu to genialnie, a czasem nie. To jest ten drugi przypadek.

Advertisement

Laputa – podniebny zamek, reż. Hayao Miyazaki

Współczesne dzieci powinny oglądać dzieła Miyazakiego. Jego bajki uczą przede wszystkim tego, że otaczający świat nie jest czarno-biały, a nierzadko od dzieciństwa trzeba wprawiać się na własnej skórze, jak to jest funkcjonować w sytuacjach nieoczywistych i podejmować decyzje niekiedy mądrzejsze niż jednostronnie patrzący na świat dorośli. Laputapodniebny zamek jest opowieścią dojrzałą – w przeciwieństwie na przykład do tego, czym od dziesiątków lat karmi dzieci Disney, który stawia na prostą rozrywkę, a jeśli rozważa kwestie ideologiczne, to są one zaprezentowane w sposób podobny co tłumaczenie budowy cepa niepiśmiennemu parobkowi z IQ nie wyższym niż 80.

W Lapucie dziecko i dorosły znajdą wszystko – mądre maszyny, podły świat, łzy i nieskrępowane szczęście. Tylko co wybrać, żeby nie zagubić się w poszukiwaniach podniebnego zamku?

Advertisement
Pierścień i róża (1986), reż. Jerzy Gruza

Z sentymentem ogląda się dzisiaj odrapane mury zamku w Pieskowej Skale, sfilmowane w naszej rodzimej produkcji fantasy, która próbowała zmierzyć się z wdzięczną prozą Williama Makepeace’a Thackeraya.

Wyszło, jak wyszło. Może satyryczna zwiewność Thackeraya lepiej by się utrzymała w filmie, gdyby Polacy nie próbowali zrobić z Pierścienia i róży musicalu dla dzieci. Wyszło im coś w rodzaju farsy, której forma i tak nie została zrozumiana przez widzów z lat 80., a tym bardziej dla dzisiejszego pokolenia, nieważne jak Katarzyna Figura będzie się chwalić swoimi niewątpliwymi wdziękami. Polskie kino fantasy dzisiaj właściwie nie istnieje, a kręcone w przeszłości tytuły albo są tak złe, że nie warto o nich wspominać, albo nie przeszły próby czasu z powodu zbytniej hermetyczności formalnej.

Advertisement

Lepszą wersją dla dzisiejszego widza jest niewątpliwie serial. Mniej w nim chaosu ze względu na podzielenie całości na odcinki, co tak nie męczy młodszego widza. A przy piosenkach może on się zupełnie niezobowiązująco bawić.

Pogromca smoków (1981), reż. Matthew Robbins

Pogromcę smoków wyparł z filmowego rynku Ostatni smok. Warto jednak o tym filmie pamiętać, gdy myśli się o smoczym kinie fantasy, chociażby z dwóch powodów: roli Petera MacNicola i sposobu pokazania smoka.

Advertisement

Od razu przypomina mi się nasz polski towar eksportowy w postaci smoka z Wiedźmina. Ujmuje i wywołuje dreszczyk zainteresowania również świat przedstawiony w filmie. Nie jest to świat szablonowych superbohaterów, a zmęczonych magią ludzi, którzy nareszcie chcieliby od niej odpocząć. Być może taki sposób kreacji postaci i filmowej rzeczywistości spowodował, że dzisiaj nikt o tym filmie nie pamięta. Bo dla kogo mógłby być wzorem stary mag i jego niedoświadczony uczeń, gdy w świecie filmu panują wielcy czarnoksiężnicy pokroju Doktora Strange’a?

Znalazłoby się też kilka innych tytułów, które wspominam sentymentalnie, jako okruchy mojego dzieciństwa i początki fascynacji kinem. Czerwona Sonja, Powrót do krainy Oz, Narzeczona dla księcia, a nawet WillowCiemny kryształ czy też Labirynt stają się już dla młodego pokolenia tytułami egzotycznymi, nic niemówiącymi. Z jednej strony szkoda, a z drugiej to całkiem naturalny proces, i nie ma co utyskiwać, że nowe pokolenie jest jakieś gorsze. Jest zawsze takie, jak czasy, w których dorasta, bo tak powinno być dla naszego dobra.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
1 Comment

1 Comment

  1. Dawid Burdelak

    23 kwietnia, 2026 at 19:20

    Dorzuciłbym jeszcze do tego zestawienia „Galaktykę grozy”, „Gdzieś w czasie”, „Zmierzch tytanów”, „Wymiar dialogu”, „Ogień i lód”, „Towarzystwo wilków”, „Vampire Hunter D”, „Chińskie duchy” lub chociażby „Gandahar”.

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *