Connect with us

Publicystyka filmowa

Zagraj to jeszcze raz, Sam. KIEPSKIE FILMY, które zasługują na REMAKE

KIEPSKIE FILMY, które zasługują na REMAKE, to zapomniane skarby kinowe, które czekają na nową, lepszą interpretację. Czas na ożywienie!

Published

on

Zagraj to jeszcze raz, Sam. KIEPSKIE FILMY, które zasługują na REMAKE

Kiepskie filmy niekoniecznie mają złe fabuły. Patrząc na całą historię kina, przykładów takich produkcji można by znaleźć co najmniej kilkaset. Wszystkie zasługują na zrobienie ich jeszcze raz, tym razem lepiej. A teraz, żeby była jasność – co oznacza, że owe filmy są złe albo kiepskie? Kiepskie, a więc niesprawnie technicznie zrealizowane, słabo zagrane aktorsko, amatorsko zmontowane, okraszone źle dobraną muzyką, a czasem po prostu staromodnie nakręcone. To znaczy, że od chwili premiery upłynęło aż tyle czasu, że zmieniły się diametralnie oczekiwania i percepcja widza oraz trendy i możliwości kinematograficzne.
Advertisement

Określenie „kiepskie” jest pod tym względem relatywne, niemniej takie relikty filmowe poprzednich epok kwalifikują się do powtórnej realizacji, żeby nie pochłonął ich czas, bo pomysły i historie w nich przedstawione niejednokrotnie są genialne, lecz droga do umysłów odbiorców powinna być nowocześniejsza.

Określenie „lepszy remake” bywa kłamliwe. Współczesne kino co chwilę pokazuje nam na to bolesne dowody. Potraktujmy jednak sprawę nieco bardziej idealistycznie i załóżmy, że po to się kręci jakiś tytuł ponownie, żeby naprawić błędy dotychczas w nim popełnione, a czasem opowiedzieć tę samą historię w inny artystycznie sposób.

Bo przecież kto powiedział, że ma obowiązywać jedna wizja? Poza tym kolejne realizacje tej samej historii, zwłaszcza gdy dzieli je kilkadziesiąt lat, bywają ciekawym eksperymentem i naukowym socjologicznie przykładem tego, jak zmieniają się gusty widzów oraz sama sztuka filmowa, funkcjonująca w ciągłej relacji do czasów, w których powstaje.

Advertisement
Żołnierze kosmosu (1997), reż. Paul Verhoeven

Mam świadomość, że się powtarzam, ale co poradzę, że akurat ten film idealnie pasuje do układanych przeze mnie zestawień. Nie ja go nakręciłem i wcale specjalnie go nie krytykuję. On po prostu sam nachalnie wystaje jak paskudny kleszcz z moich ukochanych produkcji science fiction, w tym również tych nakręconych przez Paula Verhoevena. Cenię go jako reżysera, czemu dałem wyraz między innymi w zestawieniu najlepszych ról nieodżałowanego Rutgera Hauera i w recenzji Pamięci absolutnej. Żołnierze kosmosu będą jednak dla mnie zawsze bolesnym kuriozum, filmowym porońcem, kreaturą godną publicznego rozczłonkowania, a zarazem niezłą historią z wieloma sprzecznymi perspektywami polityczno-egzystencjalnymi do analizy, którą z chęcią powierzyłbym reżyserowi bardziej szanującemu widza. Przypomnę tylko, że produkcja Verhoevena została nakręcona na podstawie książki Roberta A. Heinleina. Sama powieść nie należy do wybitnych językowych osiągnięć literatury współczesnej, Jest za to wartym uwagi traktatem o tym, jak gwałtownie Amerykanie reagowali na komunistów, jakie sprytne metody socjotechniki stosuje nazizm i wreszcie – co się może stać z człowiekiem, gdy jego prawa oraz człowieczeństwo uzależni się od militarystycznie pojmowanej państwowości.

Niestety, nic z tych kontrowersyjnych wniosków w Żołnierzach kosmosu nie zostało, a jeśli Verhoeven faktycznie miał plany pokazania, do czego prowadzi wojskowy totalitaryzm, to po prostu nie złapał równowagi między pastiszem a patosem okraszonymi w jego „kultowym dziele” mnóstwem tanich efektów specjalnych i drewnianą grą aktorską. Po remake’u spodziewałbym się, że sprzeciw Heinleina wobec totalitaryzmu i nazizmu, tak dwuznacznie wyrażony na kartach jego powieści, odpowiednio wybrzmi i nie zgubi się wśród tandetnej formy, za pomocą której reżyser chciał za wszelką cenę zrealizować swoją wizję artystyczną.

Advertisement
Pięćdziesiąt twarzy Greya (2015), reż. Sam Taylor-Johnson

Przyznam się, że mój apetyt i nastawienie przed seansem były mocno napięte, a skończyło się falstartem albo zaledwie grą wstępną. Może w ogóle to było jakieś lizanie przez szybę we śnie, a po obudzeniu zrozumiałem, że to wielki zawód zamiast wzwodu. Wydawało mi się, że Jamie Dornan w roli Greya i Dakota Johnson jako jego nałożnica Anastasia wręcz się nie lubią, a już na pewno jako filmowe postaci nie podniecają. Ich relacja przypominała seks na 30-stopniowym mrozie i to w ubraniu, gdzieś w dziurawym igloo.

Filmowe dziewictwo głównych bohaterów przełożyło się na temperaturę opowieści. A to przecież tak chodliwy temat. Do tego stopnia, że w naszym kraju pojawiła się Blanka Lipińska, która postanowiła napisać polskiego Greya. Mało tego, jest ona również producentką naszego rodzimego filmu o seksualnej znajomości między niedoświadczoną dziewczyną z branży hotelarskiej a nieziemsko bogatym mężczyzną o osobliwych gustach seksualnych. Tak więc sądziłem, że film Taylor-Johnson będzie mocny, może nawet na tyle, by jakieś grupy z różańcami w rękach i ze świętymi obrazkami na piersi zbierały się przed kinami i odprawiały zbiorowe modły o nawrócenie twórców i widzów.

Advertisement

Właśnie tego oczekuję od remake’u. Mocy wpływania na zachowanie. Film powinien oscylować gdzieś na pograniczu porno w stylu BDSM a dramatu psychologicznego z rozbudowaną fabułą, może również niemarkowanymi scenami erotycznymi. Powinien wbijać ludzi w fotel, gdyż po publikacji książki apetyty widzów są naprawdę rozbuchane, niemal tak mocno jak chuć Christiana Greya.

Podróż na księżyc (1902), reż. Georges Méliès

Kiedy pisałem, że niektóre filmy zasługują na remake nie tylko ze względu na słabą jak na czasy ich kręcenia realizację, a dlatego, że zmieniły się zarówno percepcja widza, jak i epoka w dziejach człowieka, miałem na myśli między innymi właśnie Podróż na księżyc. Znalazłoby się jeszcze i kilka innych tytułów, na przykład Metropolis, lecz temat transhumanizmu jest dzisiaj mocno eksploatowany, natomiast surrealistyczne podróże w kosmos już nie. Wiem, że dla wielu miłośników starego kina dzieło Mélièsa na zawsze pozostanie niepowtarzalne.

Advertisement

Zgadzam się, takie właśnie jest. Kto jednak współczesnym twórcom zabroni zainspirować się nim i potraktować jak szkic pełnometrażowego filmu, napakowanego onirycznymi wyobrażeniami jak pomarańcza goździkami na święta? Méliès jako artysta z pewnością by się nie obraził. Nie każdy jednak reżyser mógłby się tego podjąć. Szczerze mówiąc, mam na myśli tylko jednego współczesnego twórcę – Terry Gilliam ma doświadczenie w takich szaleńczych podróżach daleko poza granice zdrowego rozsądku. A co do tytułowej kiepskości Podróży na księżyc, chyba dla każdego jest jasne, że patrząc na film z dzisiejszego punktu widzenia bardziej jak na eksperyment, można go uznać za kiepski realizacyjnie, nawet jak na tamte czasy.

Jest osobliwością, początkiem drogi, tak samo jak kiedyś samochody zasilane parą. Taka ich forma się dzisiaj nie przyjęła. Film science fiction – i w ogóle film – również okrzepł w pewnych aktualnych do dzisiaj ramach. One wciąż ewoluują, tyle że już znacznie wolniej. Sentyment powinien więc zawsze ustąpić przed racjonalną oceną.

Advertisement
Flash Gordon (1980), reż. Mike Hodges

Cóż to była za opowieść, kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłem. Tysiące barw, refleksów, pończoszniczych zmiękczeń, ręcznie malowanych teł. Coś wspaniałego. Po latach jednak, gdy moja wyobraźnia nieco dojrzała (nie twierdzę, że jakoś kolosalnie), ów blichtr lat 80. zmętniał i wyblakł, pozostała natomiast historia – plastyczna, pobudzająca myśli, wielowątkowa, na pewno godna odświeżenia w zupełnie innych stylistycznie ramach. Wiem, że miłośnicy produkcji powiedzą: ale jak powtórzyć coś tak kultowego, z takimi aktorami, z muzyką Queen? Nie mam na myśli ślepego powtarzania.

Chodzi mi o powtórną adaptację komiksu. Niekoniecznie przecież nowy twórca ma się sugerować filmem Hodgesa sprzed 40 lat jak matrycą. Wręcz przeciwnie. Lepiej, żeby tego nie robił, a historię opowiedział na nowo, by pokolenie dzisiejszych nastolatków zainteresowanych popkulturą mogło na nowo zakochać się w przygodach amerykańskiego futbolisty przypadkiem wplątanego w fantastyczną historię. Co do obsady, faktycznie we Flashu Gordonie zagrały gwiazdy (Dalton, von Sydow, Muti), lecz główna rola Sama J. Jonesa zawsze pozostawała gdzieś w ich cieniu. Remake również musiałby to zmienić. Kreacja Flasha powinna nie pozostawiać wątpliwości, że stoi za nią aktor, który już jest gwiazdą, gdy ją odtwarza, i będzie nią przez co najmniej 10 lat po premierze.

Advertisement

Flash po prostu musi być ikoną na miarę swojego przeciwnika, Imperatora Minga (Max von Sydow). Z pewnością rola zapijaczonej gwiazdy odcinającej kupony od przeszłych wyczynów jak Jones w Tedzie nie jest dobrym zwieńczeniem kariery bohatera ponadczasowych komiksów, do których ciągle wraca się z gęsią skórką na rękach.

Hiszpanka (2014), reż. Łukasz Barczyk

Najpierw wątpiłem, czy dobrze zrobiłem, kupując bilety do kina. Polskie, tanie wizualnie kino można przecież z powodzeniem zobaczyć na małym ekranie. Po kilku minutach oniemiałem, że jednak nie wtopiłem i mam przed oczami sensacyjno-wojenną superprodukcję z nutką realizmu magicznego. Polskie kino miało niepomierną szansę mnie pozytywnie zaskoczyć. Niestety, gdzieś po 20 minutach coś zaczęło mnie uwierać i bynajmniej nie był to rozsypany pod tyłkiem popcorn ani myszkująca dwuznacznie w poszukiwaniu słomki od mojego napoju ręka sąsiada. To film zaczął pikować w dół z szybkością Tupolewa (o nim będzie poniżej) przez las krzyży, czy tam, jak kto woli, las brzóz.

Advertisement

Reżyser stopniowo tracił kontrolę nad narracją i mnożącymi się wizualnymi wodotryskami, aż skończył na żenującym dnie, próbując sensacyjnie opowiedzieć świetną historię tego udanego polskiego powstania. Trzeba przyznać, że bardzo pomógł mu w tym Crispin Glover. Miał być niewątpliwym smaczkiem ze względu na swoją filmografię (m. in. Powrót do przyszłości), a stał się wielkim gwoździem do trumny reżysera Barczyka. Zastanawiam się, czy sposób gry Glovera był jego autorskim wymysłem, czy ktoś tak go poprowadził. Trudno stwierdzić. Może taki był efekt współpracy polskiej ekipy z obcojęzycznym aktorem? Może coś zawiodło w komunikacji? Niemniej osiągnięto tragiczny efekt.

Wiem, że jeszcze nie czas na remake. Musi upłynąć trochę lat, jednak temat powstania wielkopolskiego jest boleśnie niewykorzystany. Dobrze by było, żeby Hiszpanka stała się lekcją dla przyszłego reżysera i scenarzysty, jak nie należy opowiadać tej historii.

Advertisement
Smoleńsk (2016), reż. Antoni Krauze

To nie jest kiepski film. To zwykły gniot najgorszego sortu, pasujący sposobem narracji do kronik z czasów, kiedy w Polsce panował komunizm w wersji stalinowskiej, filmopodobny produkt obrażający intelekt widzów, zrobiony bardziej w stylu Klanu niż kinowej fabuły. Jaka to ironia, wprost chichot dziejów, że w demokratycznym państwie kręci się z publicznych środków film takimi metodami? Katastrofą polskiej edukacji były wycieczki szkolne na tę produkcję, podobnie jak dzisiaj obrazą dla intelektu uczniów są seanse propagandowej laurki dla walczących o zakaz aborcji katolików pod tytułem Nieplanowane.

Zważywszy właśnie, że jest tak źle – a produkcja Krauzego traktuje o bezprecedensowym wypadku w dziejach polskiej władzy po II wojnie światowej – jak również biorąc pod uwagę nasz własny interes narodowy, polscy filmowcy powinni kiedyś jeszcze zmierzyć się z tym tematem. Nie po to, żeby utwierdzać pewną grupę ludzi z różańcami w rękach o teoriach spiskowych i nowym rosyjskim najeździe na ich ukochaną ojczyznę z Chrystusem jako królem, lecz przede wszystkim dlatego, by młode pokolenie nauczyło się patrzeć na naszą historię z krytycznym dystansem. Smoleński wypadek ma duży potencjał na thriller kryminalno-katastroficzny.

Advertisement

Musi tylko upłynąć kilkanaście, a może i kilkadziesiąt lat, zanim opowieść dojrzeje do ekranizacji. Może również muszą umrzeć ludzie, którzy są emocjonalnie związani ze smoleńskim wypadkiem, z Kaczyńskimi, PIS-em i ówczesnym PO. Atmosfera się oczyści, a filmowcy opowiedzą moim wnukom tę historię z zachowaniem minimum obiektywizmu i reguł pozbawionego ideologizacji kina.

Ziemiomorze (2004), reż. Robert Lieberman

Moja miłość do tej historii od dzieciństwa pozostaje niezachwiana. Czytałem historię Ziemiomorza kilkakrotnie w łączonym przekładzie Stanisława Barańczaka i Piotra W. Cholewy oraz w oryginale. W każdym przypadku z przekonaniem stwierdzałem, że Ursula K. Le Guin poprzez słowa umiała narysować w mojej wyobraźni obrazy ponadczasowe. Ged, Ogion, kapłanki Atuanu, Tehanu, a nawet malutkie stworzonko o imieniu Otak, którego wciąż mi jest żal, funkcjonują w mojej osobowości jako wzorce postaci, archetypy, tak głęboko scalone ze mną, że możecie sobie tylko wyobrazić, jak bardzo chciałem zobaczyć je chociażby przez chwilę na ekranie, naiwnie szukając potwierdzenia moich konfabulacji.

Advertisement

Długo nie wiedziałem, że powstanie film o Ziemiomorzu, a to właśnie na niego od małego czekałem. Za to kiedy już się dowiedziałem, że nareszcie zostanie wyemitowany, nie miałem telewizji z kanałem Hallmark. Wreszcie się udało. Leciał wiele lat temu późno w nocy, więc nagrałem go na wideo. To był ostatni film, jaki w ten sposób pozyskałem na ostatnim, wielogłowicowym magnetowidzie stereo firmy Samsung połączonym z odtwarzaczem DVD. Życie sprzętu zakończyło się wielką telewizyjną klapą, bo z przerażeniem przekonałem się, że moje wyobrażenia postaci z Ziemiomorza w niczym nie przypominają tych, które zobaczyłem na ekranie.

Ziemiomorze Roberta Liebermana to tania, telewizyjna produkcja prześlizgująca się scenopisarsko po opowieści jak Wiedźmin po śniegu na moim One X, kiedy próbuję wejść tam, gdzie programiści gry tego nie przewidzieli. Odbiłem się od tego filmu jak piłka od brudnej ściany. Kasetę wyrzuciłem. Magnetowid skończył w elektrośmieciach po kilku latach kurzenia się gdzieś w ciemnym kącie szafy. Wciąż zatem czekam na superprodukcję filmową, która odda ducha prozy Ursuli K. Le Guin, a Ged wraz z Otakiem ożyją w niej przynajmniej w kilku procentach, odpowiadając na ekranie na te wszystkie obrazy i związane z nimi uczucia, które od dzieciństwa mam w głowie.

Advertisement

Oni żyją (1988), reż. John Carpenter

„Uśpiona klasa średnia coraz bardziej ubożeje. Hodują nas jak bydło” – to mocne antykapitalistyczne stwierdzenie. Można by je włożyć w usta anarchistów, albo co najmniej domagających się ponownej rewolucji kulturalnej neomarksistów. Kto by pomyślał, że padnie w niskobudżetowym filmie science fiction, tak rzadko już wspominanym, właściwie zapomnianym i z reguły nieposądzanym o polityczne inklinacje. Zmuszanie człowieka do zobaczenia prawdy bywa dosłownie bolesne, krwawe i pełne siniaków. Wymaga ogromnej determinacji i siły. Scena przydługiej bijatyki między Johnem (Roddy Piper) a Frankiem (Keith David), kiedy ten pierwszy chce zmusić kolegę z budowy do założenia okularów i dostrzeżenia, jaki naprawdę jest świat, zapisała się w mojej pamięci jako jedna z tych, które w zamyśle mogłyby być niesamowicie mocne, ale kulejący realizacyjny sos im to uniemożliwił.

Podobnie można powiedzieć o całym filmie Carpentera. Historia jest świetna, symboliczna i metaforyczna, lecz aktorzy, rozplanowanie suspensu i przedwczesny finał z rozwalaniem anteny satelitarnej na dachu lokalnej telewizji kompletnie zabijają całość, umieszczając opowieść tam, gdzie jest jej miejsce, czyli wśród filmów klasy B. Tak można zaprezentować historię o najeździe zombiebobrów na Ciechocinek, a nie obcych z Andromedy na Los Angeles. Od remake’u oczekiwałbym przede wszystkim bardziej inteligentnych przybyszów z kosmosu i sensowniejszego przestawienia ich motywacji, zwłaszcza w stosunku do wielkokalibrowej politycznej symboliki całej fabuły. A od głównego bohatera, żeby mniej udawał Rambo.

Advertisement
Ambassada (2013), reż. Juliusz Machulski

Machulski wielkim reżyserem jest, chociaż większość jego filmów ma jedną wspólną cechę – brak im środków finansowych na oprawę i realizację techniczną. Historie Machulski ma naprawdę świetne. Powiedzenia z jego filmów weszły do potocznego języka, a to jeden z największych sukcesów, jakie może odnieść film. Tak było jednak do czasu. Tak zwany nowy Machulski jest cieniem samego siebie z czasów Seksmisji i Vabank.

Sądziłem, że po Ile waży koń trojański? i wyjątkowo nieudanej Kołysance wyrwie się z tego marazmu właśnie Ambassadą. Miał szansę ze względu na ciekawą historię, zwłaszcza jak na nasze rodzime realia – Polska po II wojnie światowej, a tu nagle pojawia się Hitler i szansa na cofnięcie czasu. Taka opowieść miała nie tylko potencjał na znakomitą komedię, lecz także cenny dla młodych Polaków morał. Okazja niestety została stracona, bo Machulski dość ryzykownie zaufał młodym aktorom, a oni dosłownie rozwalili mu film.

Advertisement

Aż trudno uwierzyć, że Magdalena Grąziowska i Bartosz Porczyk to profesjonalni aktorzy. Ich ekranowe wyczyny godne są superprodukcji The Room Tommy’ego Wiseau. Na ich tle zadziwiająco dobrze wypada Nergal. Więckiewicz gra swoje, czyli na Więckiewiczowskim dobrym poziomie, i nic poza tym. Na domiar złego Machulski miał jakiś wewnętrzny lęk przed wyjściem z fabułą poza budynek. Lokacje są wąskie, blueboxy biją po oczach. Nie pokuszono się o zbudowanie żadnych większych dekoracji, postprodukcję obrazu, bardziej celowo zaplanowane światło w scenach, które przecież jest środkiem wypowiedzi filmowej niejednokrotnie na równi z dialogami, a tu mistrz oświetlenia równomierne świeci z softboxów po wszystkich kątach, byle tylko jakiś cień się nie pojawił.

Wszystko jest robione po kosztach. Czekam więc na podobną historię opowiedzianą tym razem z większym rozmachem, sprawniej, z szacunkiem dla wiedzy o filmie u widza. Chciałbym też zobaczyć wizualizację nowej Warszawy, która nie przypomina grafiki na szybko robionej w Photoshopie. Taką z Ambassady w każdej chwili mogę sobie sam zrobić.

Advertisement
Belle Époque (2017), reż. Michał Gazda

Dziennikarze TVN-u potrafią zachwalać swoje produkty niezależnie od ich jakości. Robią to zadziwiająco dobrze, z zaangażowaniem godnym tureckiego sprzedawcy dywanów na targu w Stambule. Samo słuchanie tego typu marketingowych wypowiedzi niemal podprogowo nastawia widza, że obejrzy prawdziwe arcydzieło albo co najmniej film odkrywczy, jakiego jeszcze w telewizji nie było. I tu w przypadku Belle Époque w pewnym sensie mieli rację. Polscy twórcy uciekali od robienia filmów z tego okresu w konwencji kryminału. To faktycznie nowość, że komercyjna telewizja porwała się na stworzenie tak klimatycznego świata.

Inną sprawą pozostaje realizacja. Czekałem na ten serial, nie tylko ze względu na peany w telewizji śniadaniowej. Polski Sherlock Holmes – to były tego typu porównania – mało tego, coś bardziej na lewackim czasie niż Sherlock, bo serial pozwalający kobietom zagrać kogoś więcej niż kuchty, bogate paniusie czy ofiary gwałtów w ciemnych ulicach, i to w niewidocznej na mapie świata Polsce. Czekam na remake albo chociaż ponowne zmierzenie się z tematem. Dlaczego? Zawiodła produkcja i przeniesienie historii na konkretny, wyrażony dialogami, suspensem i montażem scenariusz. W odbiorze serialu kostiumowego niebagatelne znaczenie ma forma.

Advertisement

Nie wystarczy wysypać trochę błota i słomy na uliczki krakowskiej starówki, żeby stworzyć klimat, a mniej więcej tak podeszli do niektórych lokacji twórcy filmu. Niejednokrotnie trudno mi było uwierzyć, że miasto, w którym rozgrywa się Belle Époque, to Kraków. Szerszych planów nie było prawie wcale. Aktorzy prześlizgiwali się po zagadkach z szybkością bobsleisty na ostatniej prostej, byle tylko skończyć i odfajkować w policyjnej kartotece, że zrobione. Gdzieś w tym całym filmowym ambarasie zagubił się producentom z Akson Studio kryminalny realizm – to zbrodnicze napięcie, kiedy jest się blisko prawdy, lecz wciąż nie można jej odkryć.

Dlatego czekam na remake, choć może to w tym przypadku złe słowo. Czekam na kolejne podejście do kryminału z epoki z akcją osadzoną w Krakowie. I mam szczerą nadzieję, że nie skończy się tak, jak w Koronie królów, gdzie Wawel jest grany przez zamek w Bobolicach. Co za wstyd.

Advertisement

Zdaję sobie sprawę, że to tylko kilkanaście filmów – wierzchołek góry lodowej zmarnowanych opowieści. Wybrałem akurat te, bo wciąż na świeżo przeżywam zawód ich wizualną formą. Jeśli znajdziecie jeszcze jakieś, napiszcie. Szkoda, żebyśmy zmarnowali te wszystkie dobre, godne wspominania historie.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *