Connect with us

Publicystyka filmowa

Zabójczo PIĘKNE filmowe ZGONY

ZABÓJCZO PIĘKNE FILMOWE ZGONY to wyjątkowa podróż przez nieoczywiste śmierci bohaterów, które zaskakują estetyką i emocjami.

Published

on

Zabójczo PIĘKNE filmowe ZGONY

Były już na naszych łamach filmowe morderstwa i samobójstwa, a także zaskakujące śmierci bohaterów. To teraz, nie powtarzając za powyższymi, przyjrzyjmy się innym ciekawym końcom ekranowego żywota. Śmierciom w taki czy inny sposób pięknym, nawet jeśli to piękno jest mocno nieoczywiste lub podyktowane innymi od estetycznych czynnikami.
Advertisement

Dla ułatwienia lista ułożona jest alfabetycznie wg tytułów.

Uwaga, potężne spoilery!

Danny Boodmann T.D. Lemon 1900 (1900: Człowiek legenda)

Danny urodził się na statku Virginian i tam też spędził resztę życia, ani razu nie stawiając nogi na suchym lądzie.

To na statku dorósł, nauczył się grać, na nim poznał wszystkich swoich przyjaciół i wrogów – słowem: stanowił on dla niego wszystko. Toteż kiedy statek nadawał się już tylko na złom, Danny ani myślał go opuścić. Mimo próśb, gróźb i w końcu bezpośredniego zagrożenia życia zdania nie zmienił. Statek wysadzono, gdy największy pianista na świecie wciąż był na pokładzie – Danny poszedł z nim na dno, zachowując się niczym najprawdziwszy kapitan. Ale więzy są tu znacznie głębsze – oto widzimy koniec ojca i syna, pożegnanie twórcy i jego dzieła, śmierć matki z dzieckiem. Siła uczuć jest tu większa niż siła wybuchu i dlatego tak porusza.

Advertisement

Lester Burnham (American Beauty)

Lester nie krył się z tym, że zginął, bo powiedział nam to już na początku. Jednak cały film musieliśmy przeczekać, aby zobaczyć to na własne oczy. Czy było warto? Oczywiście, bo śmierć Lestera jest dokładnie taka jak tytuł – piękna i zrobiona w iście amerykańskim stylu.

To drugie odnosi się do zabaw z bronią, cheerleaderki i sposobu narracji. Pierwsze to już czysto estetyczne doznania – uśmiechnięta twarz Lestera, kojący głos jego duszy, spokój całej sekwencji. A wszystko skąpane w krwistej czerwieni, eterycznej muzyce Thomasa Newmana i oddalającym się obrazie, zupełnie jak ze snu.

Advertisement

Nyssa (Blade II)

Oczywiście to kwestia punktu widzenia, ale Blade nr 2 nie jest, mimo wyraźniej koncepcji i klimatu, kinem za wysokich lotów. Szczególnie finał jest w nim typowo debilny. Warto go jednak obejrzeć właśnie dla sceny odejścia Nyssy. Przez pół filmu między nią a Blade’em wyraźnie zaczynało iskrzyć – tym większa szkoda, że to właśnie on musiał wysłuchać jej ostatniej woli.

A ta była prosta: skoro i tak umieram, to chcę obejrzeć wschód słońca. Ten jeden raz. I ten jeden raz Blade spełnia życzenie. Trzymając ją w ramionach, gdzieś na dachu wieżowca, czeka na ten – bliski już – moment. A kiedy słońce pojawia się na horyzoncie, zostaje sam – wokół latają resztki popiołu, ginące szybko w promieniach dziennego światła. Po chwili wieczny łowca odchodzi, dusząc w sobie uczucia. Nie stać go na nie.

Advertisement

Roy Batty (Blade Runner)

Nie, nie chodzi o gołębia, nie idzie o „I’ve seen things…” ani też o padający deszcz. Chodzi bardziej o ciągłą chęć do życia w jego ostatnich minutach. Chęć pogłębianą przez ból – nie po to, aby walczyć czy przezwyciężyć śmierć, ale po to, by uratować inne życie i sprawić, by (umówmy się, że jednak) człowiek docenił to, co potrafiła docenić przed nim maszyna.

Batty żył krótko, lecz intensywnie, a jego oczy, co sam przyznaje w poruszającym monologu, widziały wiele. Jednak ile byłoby to wszystko warte, gdyby nie szacunek do samego bytu. I tenże szacunek Roy pokazuje w finale Deckardowi. I to właśnie czyni jego śmierć smutnie piękną.

Advertisement

William Wallace (Braveheart – waleczne serce)

Wallace ma z całą pewnością bardzo bolesną, ale też i chwytającą za serce śmierć. Ale właściwie dlaczego ona tak wzrusza? Ano właśnie dlatego, że jest tak pięknie bohaterska i kojąca zarazem. Wallace miał wybór – wystarczyło, że będzie błagał o wybaczenie, a kaci zaprzestaliby tortur. Więc kiedy następuje chwila, w której „więzień chce coś powiedzieć”, to jesteśmy prawie pewni (i pełni nadziei), że w końcu to zrobi. Zamiast tego dostajemy wielki wysiłek człowieka, który chce wydobyć z siebie jedno tylko słowo. I tym słowem jest nie tyle wykrzyczana, co wręcz wyduszona ostatkiem sił potrzeba wolności, która uderza nas bardziej, niż byśmy się kiedykolwiek spodziewali. Dla Wallace’a ta wolność wkrótce nadchodzi, kiedy wraz z opadnięciem topora swych oprawców na zawsze jednoczy się znowu z utraconą lubą.

Max O’Bannon (Eksplozja)

Max jest już stary. Nic więc dziwnego, że dał się podejść wrogowi w najmniej oczekiwanym momencie. Ale starość ma tu też swoje dobre strony – Max swoje już przeżył, więc gotów jest się bez żalu poświęcić. I to też czyni. Ranny, spętany delikatną aparaturą sprytnie zbudowanej bomby, nie daje sobie żadnych szans. Nie chce narażać syna, który gotów jest podjąć się rozbrojenia ładunku – za duże ryzyko.

Advertisement

Po co poświęcać dwa istnienia, skoro jedno wystarczy? Po co niepotrzebnie zaprzepaszczać szansę na złapanie Ryana? Max nie widzi w tym wszystkim sensu. Ten dumny Irlandczyk ot tak, jednym prostym ruchem odchodzi w zapomnienie – a jego eksplozja jest wyjątkowo widowiskowa i przejmująca. I piękna niczym zielone wzgórza ojczystej wyspy.

Errol Partridge (Equilibrium)

Koniec Errola nie jest może wyjątkowo pamiętną śmiercią, ale ma w sobie coś, co sprawia, że jawi się ona jako piękny przykład odejścia na tamten świat. Errol ginie w ciszy i spokoju, bo w opuszczonym kościele, w którego murach odbija się tylko szelest kart czytanej przez niego książki oraz kroki jego kata. Książka ta jest jego ostatnią w życiu.

Advertisement

Kat to do niedawna jego partner, John Preston. A scena jest egzekucją. Errol umiera, próbując wzbudzić w Prestonie choć zalążek ludzkich uczuć – uczuć, których bronił do samego końca i które w danej chwili wzbudzała w nim wspomniana książka. Huk wystrzału nie zdołał tego zagłuszyć – udało się.

Motoko Kusanagi (Ghost in the Shell)

I śmierć, której tym razem nie ma, ale… Major Motoko (w sumie fajne imię – spróbujcie wymówić je wraz z nazwiskiem w stylu japońskim, szacunek gwarantowany) w finale walczy z olbrzymim, pająkopodobnym czołgiem. W rezultacie musi pożegnać się ze swoim żywotem, ale tylko w kontekście ciała z krwi, kości i odrobiny metalu.

Advertisement

Jej byt, łącząc się z Projektem 2501, nadal istnieje, choć – jak przekonuje nas sam/a zainteresowany/a – nie jest już tym, czym był wcześniej. Ogólnie rzecz ujmując: człowiek i maszyna stworzyli w momencie swej śmierci coś pięknie oryginalnego – nowe życie.

Neil McCauley (Gorączka)

Neil miał pecha. Gdyby nie te cholerne światła, to kto wie, jak zakończyłby się jego pojedynek z Vincentem. Ale to właśnie fakt, że jego największy wróg go zabija – wróg, który w innych okolicznościach mógłby być jego najlepszym przyjacielem – a następnie, ściskając go za rękę, towarzyszy mu w tych ostatnich sekundach, czyni z tego wyjątkowo piękny przykład zejścia z tego świata. A poza tym Neil wyraźnie mówił, że już nie wróci za kratki. I słowa dotrzymał…

Advertisement

King Kong (King Kong)

„To nie samoloty zabiły bestię. To piękna.” – taki generalnie jest morał tego epickiego widowiska, niezależnie od wersji, którą akurat oglądamy. I tkwi w tym oczywiste… piękno – ot, wielka małpa zakochała się w kobiecie i za nią oddała życie. Członkowie Greenpeace dostrzegą też inną wartość tego finału – natura przegrywa wprawdzie z cywilizacją, ale robi to w sposób, w jaki każdy ekolog chciałby zginąć (oczywiście gdyby był wielką małpą). Można także szukać tu większej głębi i silić się na tezy o istocie człowieczeństwa, walce z bestią tkwiącą w nas samych czy też odwołać się do prologu Odysei kosmicznej. Jednak siła piękna tej sceny tkwi także w czym innym. Oto mamy bowiem jednostkę osamotnioną. Ba! Ostatnią w swoim gatunku, a przypuszczalnie też i jedyną taką w ogóle. I ta jednostka ginie w starciu z całą resztą świata. Starciu efektownym, bo to prawdziwy pojedynek gigantów, skondensowany do formy: jeden przeciw wszystkim. I ten jeden walczy dzielnie do samego końca, nie myśląc o konsekwencjach. Bo te są oczywiste: poddać się i żyć dalej w niewoli, już nigdy nie zaznając spokoju, albo pójść na całość, nie żałując wroga. Kong zdecydowanie nie żałował i ginąc na oczach całego Niu Jorku, definitywnie odcisnął na nas swoje piętno.

Hawk Hawkins (Kosmiczni kowboje)

Tej śmierci nie mamy szans obejrzeć – nie jest pokazana wprost. Hawk znika nam z kadru i dopiero moment przed napisami końcowymi dostajemy wyobrażenie o tym, jak jego los potoczył się dalej. Jednak samotny, nieruchomy kosmonauta, leżący na księżycowych skałach, z których rozpościera się niesamowity widok na Ziemię, i tak robi wrażenie niepomiernie większe niż przypuszczalny widok katastrofy, jaka się tu niedawno rozegrała.

Advertisement

Hawk zginął, realizując swoje marzenie. Chciał postawić stopę na powierzchni srebrnego globu i przejść się po nim, jak to lata przed nim uczynił znany wszystkim Neil Armstrong. Bez dwóch zdań udało mu się to – a przy okazji uratował także niejedno ludzkie istnienie.

Paul (Las cieni)

Ta śmierć jest tyleż piękna, co kliszowa. Oto bohater bez wyjścia, który daje się zabić jak pies – bez walki czy próby ucieczki. W dodatku cały przemoczony, ubłocony i pokryty własną i cudzą krwią. Zostaje zabity od tyłu, co stanowi rezultat serii bezsensownych wydarzeń, do których wmieszał się przez przypadek. Ale ta scena ma też drugie oblicze.

Advertisement

Paul to bohater, który ginie w strugach deszczu, poświęcając się za innych, w tym za małą dziewczynkę. To człowiek, który wcześniej stoczył wszelką potrzebną walkę i próbował wymknąć się śmierci, gdy była ku temu okazja. To w końcu postać honorowa, która ginie, gdy już wie, że nie ma innego wyboru. Ginie podług zasady, którą wyznaje („Są tylko myśliwi i zwierzyna. To jedyna prawda na tym świecie”). Nie kaja się przed swoim oprawcą, nie robi scen i nawet nie prosi o ostatnie życzenie (bo na to nie ma czasu). Ginie dumnie i z podniesionym czołem, szczerze wierząc, że jego śmierć nie idzie na marne.

Seth (Miasto aniołów)

Względem filmu Brada Silberlinga można mieć różne zdania i odczucia. Trudno jednak przyczepić się do śmierci Setha, która jest po prostu piękna w każdym tego słowa znaczeniu. No dobra, może „śmierć” to za duże słowo, gdyż Seth to anioł i nie może umrzeć w ludzkim znaczeniu tego słowa. Jednak kiedy skacze z dachu wieżowca, to traci tym samym swoją boskość i staje się człowiekiem – jest to więc zgon symboliczny.

Advertisement

Dopiero umierając, zyskał on tak naprawdę życie, którym trafnie zobrazowano kadry jego upadku, ukazując istotę człowieczeństwa: wolność, cielesność, miłość… Wszystkie te rzeczy – z ich plusami i minusami – Seth dobrze poznaje tuż po upadku. Do skoku popycha go zresztą właśnie miłość – anioł postanawia „umrzeć” dla śmiertelniczki (w tym momencie czytelnicy wzdychają z pełnym zrozumienia potakiwaniem, a czytelniczki sięgają po chusteczkę). Dodajcie do tego kapitalną muzykę i polską modlitwę w tle oraz świetne zdjęcia. Wychodzi śmierć piękna jak obrazek, ino ruchomy.

Imhotep (Mumia powraca)

Zniesławiony swoim poprzednim filmem, Imhotep powraca, aby mścić się na niewiernych! I znów ginie. Ale różnica jest kolosalna, gdyż wtedy dał się ponieść żądzy zemsty i manii wielkości, a teraz po prostu zrozumiał, gdzie jego miejsce. W kluczowym momencie filmu Imhotep tkwi wraz z Rickiem w pułapce – pod nimi piekielna otchłań, nad nimi wszystko się wali.

Advertisement

I wtedy zostawia go ta, dla której odstawiał całą tę szopkę przez oba filmy – śliczna Anck Su Namun najzwyczajniej w świecie daje w długą. Zaskoczenie na twarzy kapłana jest ogromne, ale nie trwa długo. Widząc, jak równie urocza Eve bez oporów rzuca się na ratunek jego rywalowi, wie, że to oni wygrali, a on sam nie ma tu już czego szukać. Uśmiecha się więc smutno – na znak zrozumienia i szacunku dla ich uczucia – i rzuca się w dół, gdzie zostaje rozdarty na strzępy przez egipskie siły piekielne (choć i tak ma szczęście, bo mógł trafić na hiszpańską inkwizycję). Ot, siła miłości w najbardziej niekonwencjonalnym wydaniu.

Bodhi (Na fali)

Bodhi to człowiek, dla którego wymyślono termin „duże dziecko”. Całe życie to dla niego jedna wielka zabawa i gra – jest przekonany, że zdoła się wykręcić ze wszelkich konsekwencji swoich uczynków. I bardzo długo mu się to udaje. Ale jest jedna rzecz, która sprawia, że Bodhi w końcu ląduje tam, skąd nie ma ucieczki.

Advertisement

Nie mam tu jednak na myśli pierdla, bo z niego zawsze można zwiać (czego dowiódł jeden film z Morganem Freemanem i jeden z Clintem Eastwoodem). Boski Keanu dopada go w jedynym miejscu, które Bodhi traktuje serio – na plaży. Czeka on tam na swoją wyśnioną falę, z którą zawsze chciał się zmierzyć – i ta w końcu nadpływa. W starciu z nią Bodhi rzecz jasna ginie, ale tym samym ucieka wymiarowi sprawiedliwości, po raz ostatni stawiając na swoim. Bodhi dorósł, ginąc tak, jak sam chciał, i tak, jak na to zasłużył. Szansa jedna na milion – pięknie wykorzystana.

Scott Gorman i Jenette Vasquez (Obcy – decydujące starcie)

„Obudź się, gnoju! Zabiję cię, ty bezużyteczny pierdolcu!” – tak mniej więcej wyglądało drugie spotkanie trzeciego stopnia Gormana z Vasquez. Delikatnie mówiąc, ona za nim nie przepada. Ale kiedy zostaje sama, bez broni, otoczona przez multum obcych, to właśnie Gorman przychodzi jej na ratunek.

Advertisement

Oczywiście znowu zawala sprawę i teraz razem zostają bez szans na ucieczkę. Ostatnim rozwiązaniem jest granat, który uruchamia Gorman. Nie mając wyboru, Vas przytula się do Gormana i ściska najsilniej jak może. Granat wybucha, zostawiając nam w pamięci jedną z piękniejszych scen pojednania wobec nadchodzącego końca – bezbłędnie zresztą skwitowaną słowami denatki: „Zawsze byłeś dupkiem, Gorman”.

Ellen Ripley (Obcy 3)

Swego czasu była to niemała niespodzianka. I przede wszystkim piękne zakończenie trylogii (Przebudzenie nie istnieje, nie istnieje, nie istnieje…). Oto Ripley staje na rampie, po czym rzuca się w dół przy akompaniamencie „nieeee!” wydobywającego się z gardła obserwującego ją Bishopa i wydobywającej się z głośników, elektryzującej muzyki Elliota Goldenthala.

Advertisement

Po chwili z klatki Ripley wydostaje się królowa (notabene jej przypadek to chyba najszybszy ekranowy zgon ever). Nasza heroina chwyta małe bydlę resztkami sił i razem z nim niknie w dymie oraz gorącej kadzi. Ripley ginie, walcząc ze swoim najgorszym wrogiem – umierając, zdołała go przezwyciężyć i raz na zawsze zlikwidować. To ostateczny koniec koszmaru – jakże piękny. Trochę szkoda, że zniszczony kiczowatymi detalami w wersji specjalnej filmu.

Draco (Ostatni smok)

Przyznać się, kto nie płakał w momencie odejścia Draco? Ja płakałem – także dlatego, że jest to wyjątkowo piękny moment filmu. Pomijając może fakt, że doszło tu do sytuacji bez wyjścia, w której przyjaciel musi zabić własnego druha, to mamy w tym przypadku do czynienia z prawdziwą – nawet jeśli całkowicie cyfrową – magią kina w najlepszym wydaniu! „To the Stars!” – przypomina Draco rozgoryczonemu Bowenowi, który przyszedł w nadziei na uratowanie smoka, a ostatecznie sam musiał posłać go do piachu – i już po chwili widzimy, jak ostatni smok na ziemi przemienia się w ostatni element gwiazdozbioru. Reszta jest milczeniem.

Advertisement

Georges (Ósmy Dzień)

Zapewne mało osób kojarzy ten skromny francuski film. Jednak ci, którzy pamiętają, na pewno wiedzą, kim jest i jak zginął Georges. Bohater w typie Rain Mana, o zupełnie innej od przeciętnego człowieka percepcji i wrażliwości, to ktoś, kto postrzega świat nieskażonym okiem. Bardzo łatwo jest go więc urazić, zranić i w końcu zabić.

Na to ostatnie Georges decyduje się jednak sam. Jako cukrzyk z zespołem Downa kieruje się na dach pobliskiego wieżowca, gdzie z przyjemnością zjada całą bombonierkę czekoladek – tym razem bez obaw, że mu zaszkodzą – po czym skacze w dół. Georges miał oczywiście wybór, ale postanowił nie czekać, aż ktoś lub coś go wyręczy. Zginął z uśmiechem na ustach, decydując się wcześniej na rzeczy, na które nigdy przedtem się nie odważył i które mu się nawet nie śniły. Umarł spełniony i jak zawsze pełen niekłamanej, wewnętrznej radości – niewiele „normalnych” osób tak potrafi.

Advertisement

Elias Grodin (Pluton)

To prawdziwa ikona kina. Moment śmierci Eliasa znają nawet ci, co filmu nie oglądali. Każdy plakat i okładka zawiera przynajmniej kontury Eliasa, a jego wyciągnięte ku górze dłonie były już tyle razy kopiowane i parodiowane, że stały się częścią popkultury. I już sam ten fakt sprawia, że można ją określić mianem pięknej. Ale piękna jest też pewna nadnaturalność i duchowość tej postaci – wszak dwukrotnie widzimy, jak ginie. Za każdym razem jest to też bardziej bolesna, tragiczna i przejmująca śmierć. W końcu Elias jest przedstawiony jako swoisty mentor, przewodnik i „ojciec” żołnierzy, co tylko piętnuje znaczenie jego odejścia.

Doszło nawet do tego, że wiele osób porównuje go z Chrystusem (cierpiętnik, który umiera za grzechy innych i który został zdradzony przez jednego ze swoich). Cóż, jedno nie ulega wątpliwości: jest to zgon wyjątkowy. Niezależnie, czy spojrzymy nań od strony realizacyjnej, fabularnej, duchowej czy politycznej – zawsze wyda nam się smutnie piękny.

Advertisement

Pearl Chavez i Lewton McCanles (Pojedynek w słońcu)

Pozornie to nic specjalnego. Oboje – acz każde z osobna – dostają kulkę w typowym dla westernu finałowym pojedynku. Ale to jeszcze nie ich koniec – nie spoczną bowiem, zanim nie znajdą się w ramionach swej drugiej połowy. Z wielkim trudem udaje im się dotrzeć do siebie (choć to raczej ona stara się bardziej) i dopiero wtedy, przytuleni, umierają.

Może to nieco proste, sztampowe i łzawe (a na pewno też i głupie, bo przecież… sami do siebie strzelali), jednak bezustannie wiszące nad nimi palące słońce, ich nadludzki wysiłek i poświęcenie wobec partnera – a do tego świetna realizacja sceny – skutecznie to przysłaniają. To już zresztą od dawna klasyka kina, także jeśli idzie o piękne odejście z tego świata. Nie mogło więc tu jej zabraknąć – wszak w kupie raźniej, obojętnie po której stronie ekranu się znajdujemy.

Advertisement

Robin Hood i Lady Marion (Powrót Robin Hooda)

Kolejna śmierć jest banalnie prosta. Oto bowiem podstarzały Robin Hood ląduje w domu swej sympatii. Jest zmęczony, ranny i pozbawiony świetlanej przyszłości, bo wie, że ludzie szeryfa są już na jego tropie. Nagle okazuje się, że Robin został… otruty przez własną kobitę. Powód jest oczywisty: miłość. Robin zapewne i tak zginąłby lub został stracony w niedługim czasie, więc Marion chciała tym sposobem zatrzymać go dla siebie – dać mu spokój i ciepło, na które z pewnością zasłużył – i nacieszyć się nim, ten ostatni raz.

Brzmi to oczywiście, jak łzawy odcinek Niewolnicy Isaury, i być może tak też jest. Ale cała otoczka towarzysząca tej scenie (wspaniały obraz, piękna muzyka Barry’ego, ogólna atmosfera niedzielnego popołudnia) plus wyznanie przeuroczej Audrey Hepburn sprawiają, że o takim zejściu marzy każdy emeryt.

Advertisement

Arthur Charles Herbert Runcie MacAdam Jarrett (Sens życia wg Monty Pythona)

Tę śmierć daję z czystej formalności. W razie gdyby ktoś nie kojarzył, jak zginął ten pan, to przypominam, iż jako skazany miał możliwość wyboru własnej egzekucji. Wybrał ucieczkę przed wieloma, wieloma nagimi kobietami, biegnącymi w zwolnionym tempie (no dobra, półnagimi – ale było ich naprawdę dużo).

I choć na końcu sam musiał rzucić się do swojego grobu (dosłownie, bo ze skarpy), to przedtem zdołał spełnić marzenie większości męskiej (i części żeńskiej) populacji. Szacunek i miejsce na liście jako wzór pięknego umierania!

Advertisement

Robert „Butch” Haynes (Świat doskonały)

Kiedy widzimy go po raz pierwszy, wygląda, jakby ucinał sobie poobiednią drzemkę. I tego wrażenia nie umniejszają pojawiające się po chwili banknoty, maska przyjaznego ducha i widok nadlatującego helikoptera. Dopiero za drugim razem poznajemy prawdę – bolesną i nadającą śmieci Butcha nieco głupiego wydźwięku (zastrzelony, gdy sięgał do tylnej kieszeni – choć pewnie i tak by się chłopak przekręcił od wcześniejszej rany).

Ale i to nie burzy widoku zasłużonego, niedzielnego odpoczynku. Butch wprawdzie obficie krwawi, mały Buzz płacze, a szeryf Garnett jest niemiłosiernie wkurzony, lecz finalny obrazek powala swą słodko-gorzką, sielską otoczką. Choć droga była kręta i bolesna, to Butch w końcu spoczął w spokoju na jej końcu…

Advertisement

Justin Quayle (Wierny ogrodnik)

Justin mógłby przeżyć ten film, ale cierpiał na dwie przypadłości, które sprawiły, że stało się inaczej – był uparty i cierpliwy z natury oraz bardzo kochał swoją żonę. Dlatego też nie przestał drążyć drażliwego dla wszystkich tematu, co w rezultacie zawiodło go w to samo miejsce, w którym wcześniej ją zabito.

Justin wie już, że dalej nie zajdzie – wyrzuca więc pistolet, który podarował mu przyjaciel. Słońce powoli chyli się ku zachodowi, spowijając okolicę w swym krwistym odcieniu. Justin siada spokojnie na skałach – spogląda na taflę jeziora, po którym pływają ptaki, i oddycha z ulgą. Jest w domu – przy niej. Niczego więcej nie pragnie. Zamyka więc oczy – resztę załatwią zbliżający się najemnicy. Tess!

Advertisement

Jean Grey aka Feniks (X-Men: Ostatni bastion)

Ta odsłona przygód mutantów, ogółem dość mizerna, posiada parę scen bijących na głowę wiele innych komiksowych widowisk. Jedną z nich jest finałowa rozgrywka z Feniks w ciele Jean Grey (albo na odwrót – w końcu kto ich tam wie, tych mutantów). Feniks cierpliwością nie grzeszy, toteż bardzo szybko świat wokół niej zaczyna się palić, walić i rozpadać na atomy. Na polu chwały zostaje wkrótce tylko ona i Wolverine. Nasz dzielny Rosomak ma tylko jedno zadanie – za wszelką cenę ją powstrzymać, zanim będzie za późno. I kiedy Wolvie zmierza ku swej, było nie było, lubej, regenerując się w trybie ciągłym, to jest to mały wizualny majstersztyk.

A gdy w końcu do niej dociera i okazuje się zbyt słaby, aby wygrać z Feniks, jego jedynym ratunkiem stają się resztki świadomości prawdziwej Jean. Logan przemawia do nich w odpowiedzi na pytanie o to, za kogo jest gotów się poświęcić. Z wielkim bólem mówi wprost: „dla ciebie”, po czym bez namysłu przebija szponami kobietę swojego życia. Prawdziwa perełka w morzu gówna.

Advertisement

Jeremy „Powder” Reed (Zagadka Powdera)

Powder zginął w podobny sposób co Bodhi. On także wymigał się od konsekwencji dalszego egzystowania, również na własne życzenie. Ale tylko dlatego, że nie widział dla siebie miejsca na tym świecie. Jako odmieniec był powszechnie nieakceptowany i mógł tylko czekać na jakiś wybuch nienawiści.

Jego śmierć jest w jego własnych oczach koniecznością. Podobnie jak Georges czuje się zagrożony samym faktem swojego istnienia. Woli to więc skończyć tu i teraz, zanim zrobi się naprawdę nieprzyjemnie. Lub zanim straci kontrolę nad sobą. Tylko co w tym takiego pięknego? W samych przyczynach właściwie nic – szkoda chłopaka, i tyle. Jednak gdy niespodziewanie wybiega on na pole, pędząc ku zbliżającej się burzy (jego ciało przyciąga w jakiś sposób pioruny), po czym znika przy najbliższym rozbłysku, szybko stając się wspomnieniem w sercach pozostałych bohaterów, jest to prawdziwie mistyczny, niejako oczyszczający moment. I znowuż, jak w przypadku Bodhiego, ulga i poczucie spełnienia wygrywają z żalem oraz smutkiem po stracie tak unikalnej postaci. Nie widać już nic, jest tylko spokój.

Advertisement

Kowalski (Znikający punkt)

Filmy SCIENCE FICTION, które aż proszą się o sequel

Gdyby ten film nakręcić dziś (remake’u dla telewizji nie liczę), to pewnie zrealizowałby go Michael Bay i Kowalski doczekałby się w finale skandujących na jego cześć tłumów, a całość oglądalibyśmy w slow motion. Ale film powstał w latach 70.

i Kowalski nie jest tu gwiazdą rocka. Jedyne, co nasz bohater dostaje, to duchowe wsparcie ludności – obrazowane za pomocą głosu spikera radiowego – i śmierć będącą dla niego wyzwoleniem. Jest to więc swoisty manifest tamtych lat, ale i bez tego broni się – szczególnie w finale. Kowalski pokazuje, że ma wszystkich swoich oprawców głęboko w dupie, łącznie z ich zakazami, nakazami i powszechnie przyjętą etykietą dobrego sprawowania. I nie zostaje mu nic innego, jak tylko jechać przed siebie, bez oglądania się na ścigającą go policję i resztę przeciwności losu. To on staje się teraz dla nich taką przeszkodą – postępując wbrew zasadom gry, dopiero teraz żyje naprawdę, jak chce i kiedy chce.

Advertisement

Jest wolny. I właśnie dlatego nie czujemy smutku w momencie, gdy biały Dodge Challenger z niewyobrażalną prędkością wbija się w zaporę. Bo cóż może być piękniejszego niż śmierć totalnie wolnego człowieka?

Bonus:

Bernie Lomax (Weekend u Berniego)

I śmierć nadająca się na kuriozum miesiąca. Bernie ginie bowiem przez zwykły przypadek i na dobrą sprawę jest to zgon zasłużony. W dodatku potem dochodzi do wielu sytuacji, które nazwać można tylko głupimi. Sęk w tym, że Bernie już dawno nie żył, gdy te miały miejsce. Jego śmierć ma więc w sobie mały, acz znaczący zalążek piękna – udowadnia, że prawdziwe życie zaczyna się po… śmierci. No, ale Bernie lubił się przecież popisywać.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *