Publicystyka filmowa
Z maczetą po plaży w sezonie ogórkowym. Najbardziej zabójcze filmy wakacyjne
Z MACZETĄ PO PLAŻY W SEZONIE OGÓRKOWYM to przewodnik po najbardziej przerażających filmach wakacyjnych, gdzie niebezpieczeństwo czai się za każdym zakrętem.
Okres letni. Wakacje i urlopy. Wyjazdy. Szczególny czas, który kolorowa prasa wyspecjalizowana w udzielaniu rad wszelakich – od zastosowań rumianku po dobór odpowiednich chusteczek nawilżanych – pozwoli wam zaplanować. Uważajcie! Nawet jeśli spakujecie wszystko, czego wam potrzeba, nie będzie dla was powrotu. Poza kleszczami i odparzeniami czekają na was ONI. Maniacy. Dewianci. Pogruchotani mentalnie psychole uzbrojeni w siekiery, maczety i noże, piły mechaniczne oraz sprzęt własnej roboty przeznaczony do obróbki turystów.
Małe mieściny, leśne ostępy, ośrodki wczasowe, domki na odludziu – każde z tych miejsc zamieszkiwać może zdegenerowana, aspołeczna jednostka. Wystarczy źle skręcić. Jedno jezioro z mroczną tajemnicą. A może maniak znajdzie się w grupie, z którą podróżujecie? Niewykluczone też, że będzie miał pomocników… Na pewno w którymś momencie podróży traficie na zapuszczoną stację benzynową, na której zdziwaczały mężczyzna wzbudzi wasz niepokój… Okazji, by stracić życie i zdrowie, nie brakuje. Filmów o agonii w sezonie ogórkowym – także. Przed wami zestawienie o walorach ostrzeżenia. Tytuły usytuowane są według prostej gradacji: od bardziej zasłużonych dla gatunku po te mniej (co prawie pokryło się z kolejnością ich powstania).
Piątek, trzynastego (Friday, the 13th, 1980), reż. Sean S. Cunningham. Maczeta cesarza
Nieco umownie wrzucamy tutaj część pierwszą, bo tak naprawdę w grę wchodzi praktycznie cały cykl. Tak czy siak, postanowiliśmy oddać cesarzowi, co cesarskie. Jason Voorhees. Milczący dryblas, urobiony po łokcie przy pracy nad młodzieżą. Maska hokejowa na twarzy, stara kurtka w militarnym stylu i nieodłączna maczeta w dłoni. Powolny chód wynika zapewne z ciężkich doświadczeń (Jason utonął kiedyś przez nieuwagę opiekunów grupy, a potem umarł ponownie parę razy), ale nie niweluje skuteczności – oto prawdziwa nemezis dla nieokrzesanych wczasowiczów.
Jason rezyduje w okolicach jeziora Crystal Lake i ocenia standardy moralne młodzieży przybyłej na wypoczynek. Wszyscy oblewają. Jason – w przeciwieństwie do głośnych, odurzonych i napalonych wczasowiczów – nigdy nie ma wakacji. Pierwszy odcinek cyklu był tak wielkim przebojem, że postać gorliwego maczeciarza wracała jeszcze wielokrotnie na ekrany (choć nasz bohater mignął w niej tak naprawdę tylko na moment). Po latach wciąż oferuje niezły klimat i pozwala nam przypomnieć sobie, jak wyglądał młody Kevin Bacon. Po paru częściach, będących klasycznymi camp slasherami, nasz bohater wybrał się do Nowego Jorku, a potem także w kosmos. Stanął również do walki z inną ikoną popkultury – Freddym Kruegerem. Pewnie jeszcze wróci – wszak młodzież wcale nie lepsza.
Teksańska masakra piłą mechaniczną (The Texas Chain Saw Massacre, 1974), reż. Tobe Hooper. Najostrzejsza
Film o tytule, który obił się o uszy chyba każdemu. A tym, którzy go widzieli, być może poszatkował też mózg. Dodatkowo jest to chyba jedyna naprawdę udana pozycja Tobe’a Hoopera poza Poltergeistem.
Piątka młodych ludzi jedzie do Teksasu. Powita ich tam rodzinka Sawyerów – chyba najbardziej zdegenerowana filmowa familia świata, traktująca ludzi jak bydło. Ten obraz wypatroszył gatunek. Odarł z romantyzmu. Pozbawił nadziei. Zbryzgał brudem i nihilizmem. No i pokazał, że akcja antyturystyczna może obfitować w takie momenty zaszczucia, że nikt nie będzie w stanie przełknąć popcornu w trakcie seansu.
Biegający z piłą Leatherface wszedł do panteonu najbardziej malowniczych popaprańców kina. On i reszta rodzinki wracali potem w kolejnych odsłonach serii. W drugiej (jedynej kontynuacji spod ręki Hoopera) pojawił się Dennis Hopper, a w czwartej – Matthew McConaughey i Renée Zellweger.
Były to jednak produkcje mało udane. Znacznie lepiej prezentuje się remake Marcusa Nispela z 2003 roku. Ten okazał się całkiem mocnym straszakiem, ale i tak nic nie przebiło zawiesistego klimatu jedynki.
Wzgórza mają oczy (The Hills Have Eyes, 1977), reż. Wes Craven. Patrząc z góry na mieszczucha
Zwyczajna amerykańska rodzina kontra zgraja zezwierzęconych kanibali. Późniejszy twórca Koszmaru z ulicy wiązów, Wes Craven, zainspirował się Teksańską masakrą i postanowił stworzyć jej równie chropawy i brutalny odpowiednik. Udało się połowicznie. Skromny budżet, jakim dysponowali twórcy, wpłynął znacząco na chropawość obrazu, ale film nie ma mocy swego kinowego kuzyna.
Jego pierwsza połowa robi jednak wrażenie.
Kanibalizm kanibali okazuje się naciągany. Groza, jaką początkowo rzucają, rozmywa się, kiedy okazuje się, że oto oglądamy grupę mało lotnych odszczepieńców, którzy przy bliższym poznaniu przypominają przebrane w łachmany ciamajdy, a dodatkowo szybko dają się zaskoczyć na własnym terenie. Michael Berryman – aktor o twarzy w rodzaju „nawet muchy tu nie siadają”, grający dzikiego Pluto – raczej rozczula, niż przeraża. Za to mieszczuchy postanawiają przyjąć zasady gry i skopać zdeformowane dupska. Może Wes Craven chciał nam coś powiedzieć na temat natury przemocy, a może nie lubi utartych ścieżek, ale pewne jest, że jego film nie przetrwał próby czasu i pomimo pewnego uroku stanowi nierówną całość z silnie paździerzową nutą.
Obraz doczekał się kontynuacji (zupełnie nieudanej) i remake’u w reżyserii Alexandre’a Aja (a remake z kolei doczekał się drugiej części). Mam wrażenie, że to jeden z nielicznych przypadków, kiedy odświeżenie historii było jak najbardziej zasadne, bo powstała rzecz mocna, ostra i spójna.
Rytuały (Rituals, 1977), reż. Peter Carter. Survival de luxe
Przykład filmu, który został zapomniany, a stanowi małe arcydzieło gatunku. Weekend pięciu lekarzy w kanadyjskiej głuszy zamienia się w koszmar. Pomiędzy drzewami kryje się postać, która zrobi wszystko, by mężczyźni nigdy już nie powrócili do domu. Rytuały są obrazem ciekawym z wielu względów. Po pierwsze, mamy tu slasher, ale pozostający raczej w cieniu kina survivalowego. Co to w praktyce oznacza? Tajemnicza postać nie musi wyskakiwać spod wierzby płaczącej ze skrawarką czy hakiem zamiast dłoni.
Wystarczy, że obserwuje i powoli osłabia grupę (zabiera jej chociażby buty), czekając, aż ta sama pęknie, poddana działaniu napięcia i dzikiej przyrody. Zresztą ten ostatni czynnik stanowi drugi motor historii – natura zapiera dech, ale także jest śmiertelnym wrogiem.
Twórcy uraczyli nas świetnymi ujęciami pięknych, mrocznych lasów, filmowanych tu lepiej niż w jakiejkolwiek innej pozycji w zestawieniu. Zamiast irytujących nastolatków dostajemy dojrzałych facetów – zupełnie normalnych ludzi postawionych w sytuacji, która z każdą chwilą staje się trudniejsza. Ich reakcje przekonują, a strach udziela się widzowi. Film nie potrzebuje wiader krwi, by przykuć nas do ekranu. Jest dramatyczny, realistyczny i pełen mroku. Klimat sprawia wrażenie wyciskanego z wielkiej tuby wprost na taśmę – w latach 70. wiedzieli, jak to robić.
W Polsce ta pozycja jest mało popularna. Być może przyćmiewa ją sława zbliżonego fabularnie Uwolnienia Johna Boormana, gdzie na kajakowiczów-mieszczuchów dybała banda rednecków.
Podpalenie (The Burning, 1981), reż. Tony Maylam. Nie ma obozu bez ogniska
Smakowita rzecz, z godnością kontynuująca tradycję zapoczątkowaną przez Piątek, trzynastego i ozdoba niesławnej listy video nasty. Film miał stosunkowo niski budżet i przychylnie odbiorą go ci, którzy po prostu kochają szaleńców buszujących wokół domków letniskowych. Cropsy – stróż na letnim obozie – zostaje poważnie poparzony, do czego przyczyniają się dzieci. W pięć lat później placówką wstrząśnie seria brutalnych morderstw z użyciem nożyc ogrodniczych.
Podpalenie nie sili się na oryginalność, jest za to sprawnie zrobione i ma solidny klimat. Za efekty specjalne wziął się Tom Savini, co już samo w sobie jest gwarancją ich jakości. Obraz ma świetną ścieżkę dźwiękową, a scenariusz napisali między innymi bracia Weinstein (tak, tak, z TYCH Weinsteinów). Nieźle wypadła scena jatki na tratwie i niektóre ujęcia z oczu mordercy. Żadne to arcydzieło, ale ogląda się przyjemnie i ze świadomością, że takich obozów – takiej wody, trawy i posoki – już więcej nie będzie.
Film pod śmieciowe żarcie, dobry do kontemplowania w parach lub większych grupach. Reżyser błyszczał później dzięki klimatyczno-tandetno-sympatycznemu
Uśpiony obóz (Sleepaway Camp, 1983), reż. Robert Hiltzik. Nie śpij, bo cię dopadnie
Kolejny obóz nad jeziorem. Znowu młodzież i personel placówki. Piękno przyrody i morderca, który zabija raz za razem, a wszyscy dookoła i tak myślą, że dochodzi do nieszczęśliwych wypadków. Pośrodku wszystkiego Angela – wyobcowana i wrażliwa nastolatka po ciężkich przejściach. Co z tego wynikło? Mamy tu rzecz na poziomie Podpalenia – solidny slasher, który posiada wszystkie te cudowne składowe (dobry klimat, niezłą scenerię, sporo egzotycznego dla nas amerykańskiego etosu) sprawiające, że na każdym kolejnym obozie dla młodzieży z radością wciągamy w nozdrza zapach jeziora i strachu. Morderstw nie ma zbyt wielu, ale są dobrze wykonane. Polecam zwłaszcza dwa: śmiertelne poparzenie i atak za pomocą gniazda os na człowieka zamkniętego w toalecie.
Poza tym dominują obrazki z życia typowych dla takiego kina figur: miłostki, macanki, głupie żarty i walka o dominację w grupie. Wyróżnia się zakończenie, które zaskakuje i dodaje filmowi oryginalności. Obraz zapoczątkował cykl, w ramach którego nie powstało już nic ciekawego.
Droga bez powrotu (Wrong Turn, 2003), reż. Rob Schmidt. This is the road to hell
Nie napiszę, że jest to hołd dla Teksańskiej masakry czy Wzgórza mają oczy; byłoby to nadużycie i pewna przesada. Droga bez powrotu zmierza z tamtego kierunku (górzysto-teksaskiego), ale poza tym to po prostu sprawnie zrobiony produkt, który przede wszystkim miał swoje zarobić, ściągając przed ekrany miłośników staroszkolnej masakry.
Cóż, założenia zostały spełnione. Los styka ze sobą grupę młodzieży i lekarza. Wszyscy są w podróży i trafiają przypadkiem w podejrzane okolice – z (oczywiście!) uroczą stacją benzynową jako przedsionkiem piekła. Muszą połączyć siły, by przetrwać na terenie należącym do rodziny zmutowanych kanibali.
Oto tytuł, który fabularnie zapożycza się w kinie sprzed dekad, a od siebie daje sprawną realizację i szybką akcję. Obiera też bardziej zachowawczy kierunek: makabra i krew – owszem, ale bez festiwalu gore; klimat osaczenia i śmiertelnej pułapki – jak najbardziej, lecz bez podtapiania widza w beczce z mentalną ohydą. Filmowa rodzinka to galeria okrutnych brzydali, uzbrojonych w łuk, siekiery czy kawałki drutu. Nie oznacza to jednak, że miastowi pozostają bierni. Nie, nasi bohaterowie staną do walki z mutantami, w wyniku czego otrzymamy survivalowe widowisko pełne biegania, strzelania i skradania się.
Droga bez powrotu ma niezłe zdjęcia, niezłą muzykę i bohaterów, których da się znieść. Klimat jest zacny, sceneria wielkich lasów – efektowna i dobrze wykorzystana. Ostre narzędzia w rękach zwyroli, krótkie spodenki na udach dziewczyn – wszystko na swoim miejscu. Widzowie polubili ten sympatyczny horror, więc dorobiono cztery kolejne odcinki. Seria szybko zamieniła się w szkaradnego mutanta – nie dotykajcie ich nawet zdalnie sterowanym kijem. Jedynka występowała także pod tytułem Zły skręt.
Eden Lake (Eden Lake, 2008), reż. James Watkins. Dzieciaki, kłopoty i my
Michael Fassbender – już po dużym sukcesie filmu Głód, ale jeszcze przed Prometeuszem, więc w pół kroku ku wielkiej sławie – pojawił się w brytyjskim obrazie, który został wysoko oceniony przez miłośników thrillerów. Mam wrażenie, że obecnie aktor nie próbowałby już swoich sił przy tak niszowej i chropawej produkcji.
Steve i Jenny wyjeżdżają za miasto, żeby odpocząć. Zamiast spokoju znajdują śmiertelne zagrożenie. Banda agresywnych, bezwzględnych dzieciaków zamieni ich życie w piekło.
Dlaczego? Właściwie dlatego, że chcą i mogą to zrobić. Głębszych przyczyn możemy się tylko domyślać. Przytłaczające, na wskroś brytyjskie kino. Realistyczne (mimo pewnych potknięć), ponure i zupełnie na serio. Napięcie nie spada ani na chwilę, a wylewająca się z ekranu agresja domaga się pytania o przyczyny. Eden Lake to konsekwentna wycieczka w mroczne rejony umysłu i policzek wymierzony w poczucie bezpieczeństwa i zadowolenia. Chwilami czuć tu Teksańską masakrę, chwilami drapieżność kina Kena Loacha. Z jednej strony tak mógłby wyglądać koszmar senny przeżartego mieszczucha, z drugiej – pechowy dzień każdego z nas.
Poza dobrym Fassbenderem mamy tu jeszcze kapitalną Kelly Reilly i przerażające w swym autentyzmie role dziecięce (przy tych postaciach Jason wydaje się lekko flegmatycznym introwertykiem). Identyfikacja z zaszczutymi bohaterami wypruwa fizycznie i psychicznie. Filmowy cios w jak najbardziej realne bebechy.
korekta: Kornelia Farynowska
