Connect with us

Publicystyka filmowa

TOTALNE FILMOWE DNO. Popularne filmy z najgorszymi ocenami w historii

TOTALNE FILMOWE DNO to przestroga dla widzów – lista filmów z najgorszymi ocenami, które zgorszyły nawet największych krytyków.

Published

on

Ekrany naszych kin co roku są zalewane masą rozmaitego badziewia. Niektóre studia nie interesują się takimi sprawami jak sukces artystyczny, a ich tanie, taśmowo produkowane filmidła mają wyłącznie zarabiać na siebie. Nierzadko bywa też tak, że za projekt odpowiedzialne są kompletne beztalencia, którym z jakiegoś powodu powierzono odpowiedzialność za przynajmniej kilka milionów dolarów budżetu. Ten tekst nie jest jednak poświęcony kiepskim filmom, jakich powstało wiele, nie mam też zamiaru poruszać tematu kina klasy Z, które rządzi się swoimi prawami. To zestawienie przypomina (z góry za to przepraszam tych, którzy mieli okazję obejrzeć cokolwiek z tej listy) o sporych produkcjach, które zostały jednomyślnie i bezlitośnie zmiażdżone przez krytyków.

Advertisement

Te kolosalne filmowe katastrofy zażenowały i zgorszyły praktycznie każdego odbiorcę, a dziś mogą pochwalić się niechlubnym wynikiem 0% na portalu Rotten Tomatoes. Oznacza to, że każdy z tych filmów otrzymał wyłącznie negatywne recenzje i nie znalazł się ani jeden krytyk, który by pomyślał „no, to było nawet przyzwoite”. O tych tytułach chcieliby zapomnieć wszyscy: od zawstydzonych twórców, przez krytyków wątpiących w swoje wybory życiowe, aż po widzów lamentujących nad pieniędzmi, czasem i godnością, których już nigdy nie odzyskają. Wbrew wszelkiej logice zapraszam do poszerzenia swojej wiedzy na temat najgorszych bękartów przemysłu filmowego!

Szczęki 4: Zemsta

W przypadku tego filmu trudno powiedzieć, czy należy się śmiać, czy płakać. Skrajnie idiotyczna fabuła skupiająca się na rekinie opętanym żądzą zemsty na rodzinie głównego bohatera serii brzmi jak materiał na komedię, a zabicie kultowej postaci Martina Brody’ego to splunięcie w twarz wszystkim fanom oryginału. Koszmarny scenariusz dodatkowo pogrążyły kuriozalna i nieudolna reżyseria oraz niesłychanie beznadziejne efekty specjalne (nagrodzone Złotą Maliną w 1988 roku).

Advertisement

Rekin wyglądał kompletnie nieprzekonująco (a w jednej słynnej scenie przedstawiono go za pomocą miniaturki fatalnej jakości), a na domiar wszystkiego ryczał w wybitnie komiczny sposób (nie od wczoraj bowiem wiadomo, że ryby mają w zwyczaju ryczeć). To wszystko byłoby autentycznie zabawne, gdyby nie to, że ta autoparodia nawiązuje tytułem do doskonałego thrillera Stevena Spielberga. Tamten film zasłużył na znacznie lepsze kontynuacje (albo ich brak).

The Ridiculous 6

Nawet nie chce mi się rozpisywać na ten temat. Śmietanka aktorska w postaci Adama Sandlera, Roba Schneidera i Taylora Lautnera, prymitywna parodia westernu (co za błyskotliwy tytuł!) i poczucie humoru, jakiego można się spodziewać po komedii z taką obsadą. Netflix wydał na to badziewie 60 milionów dolarów (???) i naprawdę mam nadzieję, że ktoś odpowiedzialny za tę decyzję do dziś wyrzuca to sobie przed lustrem i musi znosić ostentacyjną dezaprobatę całej swojej rodziny, z niegdyś wiernym psem na czele.

Advertisement

Gotti

To miało być wielkie kino gangsterskie na temat legendy mafijnego półświatka, a także pamiętna rola Johna Travolty, który w ostatnich latach nie pokazał światu nic ciekawego. Co z tego wyszło? „Najgorszy film gangsterski wszech czasów”, jak to napisano w jednej recenzji. Gotti jest nudny, chaotyczny i najeżony najbardziej oklepanymi kliszami gatunkowymi.

Postaci są kiepsko zagrane (te sztuczne akcenty!) i jeszcze gorzej napisane, a całości brakuje jakiegokolwiek dramatyzmu. Co więcej, jedyne znośne dialogi, jakie możemy usłyszeć w tym filmie, pochodzą z nieporównywalnie lepszych dzieł (m.in z Chłopców z ferajny). Jeszcze mało? Dobrze, to co powiecie na dziwaczne próby uczynienia tytułowego bohatera postacią pozytywną? Trudno powiedzieć, na ile była to misja filmowców, a na ile brak umiejętności uczynienia okropnego człowieka kimś, kogo można polubić (polecam korepetycje u Martina Scorsese). Całość wypada po prostu niebywale pokracznie.

Advertisement

Prawdziwe zbrodnie

Kto by pomyślał – amerykańsko-polski thriller z Jimem Carreyem w roli głównej i Agatą Kuleszą w obsadzie! Niestety, jedyne, co z tego wyszło, to nudny bałagan pozbawiony sensu i jakiegokolwiek pomysłu. Sceny kompletnie nie kleją się ze sobą, a aktorzy snują się bez celu, wypowiadając kwestie napisane przez kogoś, kto bardzo sporadycznie bierze udział w rozmowach z innymi ludźmi.

Co z tego, że Jim Carrey stara się, jak może, skoro całość zmontowano tak, że nie wiadomo właściwie, jaki jest zamysł postaci i co stanowi jej motywację? To smutny przykład tego, jak można zmarnować dobry pomysł, świetną obsadę i uzdolnionego operatora. Jak do tego w ogóle doszło? Mam pewną teorię: kiedy scenarzysta odgrażał się reszcie ekipy, krzycząc, że nikt nie spieprzy tego filmu bardziej niż on, montażyści jak jeden mąż uderzyli się pięścią w pierś i gniewnie zapowiedzieli, że podejmą to wyzwanie.

Tysiąc słów

Eddie Murphy, podobnie jak większość aktorów komediowych, ma na swoim koncie wiele filmowych nieporozumień. Prawdopodobnie bierze się to stąd, że zapomniał on o bardzo ważnym elemencie kariery komika – ewolucji. Żarty powtarzane raz za razem przestają śmieszyć i zaczynają irytować, a nawet żenować. Nie można oczekiwać, że widownia przez dekady będzie wybuchać śmiechem, oglądając identyczne gagi! To podstawowy problem filmowych paździerzy Murphy’ego, z Tysiącem słów na czele.

Advertisement

Ale przestarzałe żarty to jeszcze za mało, osoby odpowiedzialne za fabułę postanowiły pozbawić głównego bohatera głosu, odbierając Murphy’emu jego największy atut. Rzadko kiedy krytycy potrafią być tak zjednoczeni, jak w przypadku tej katastrofy.

Pinokio

Dobrze pamiętam zwiastuny tego filmu. Wyświetlano je przed praktycznie każdym tytułem dla młodszej widowni i po pewnym czasie znało się ich treść na pamięć. Moją pierwszą myślą po kontakcie z jednym z tych trailerów było: „Ależ to wygląda kiczowato i tandetnie. Nie chcę iść na to do kina”. Miałem wtedy jakieś 8 lat. Te spostrzeżenia okazały się zaskakująco trafne, a irytujące zwiastuny wiernie oddawały jakość finalnego „dzieła”. Wśród zarzutów wymieniano przede wszystkim kiepskie poczucie humoru, kuriozalne decyzje castingowe (50-letni aktor w roli Pinokia, wybitny pomysł) i niski poziom wykonania całości.

Advertisement

Dodatkowo, jako że zdecydowano się nakręcić ten film w wersji włoskojęzycznej, do amerykańskich kin trafiły kopie z fatalnym angielskim dubbingiem (witajcie w naszym świecie, Amerykanie). Twórcy rzeczonego dubbingu zdawali sobie sprawę z tego, jak kretyńskie było obsadzenie półwiecznego aktora w tytułowej roli, postanowili więc dać mu głos osoby młodszej o 20 lat – genialne! Warto jednak nadmienić, że Włosi podeszli przychylniej do tego potworka. Mylnie pojęty patriotyzm?

Ballistic

Najgorzej oceniany film na serwisie Rotten Tomatoes (0% przy 116 recenzjach) i „jeden z najgorszych filmów w historii kina” czynią tę produkcję pewnym osiągnięciem. Potrzeba jednak sporo dystansu do siebie, by pochwalić się tym przed kimkolwiek. W Ballistic wszystko leży: beznadziejnie nakręcona akcja, kolosalne idiotyzmy fabularne, słabe efekty specjalne (na których całość nadmiernie polega), brak jakiejkolwiek logiki i spójności – to wygląda, jakby Antonio Banderas i Lucy Liu zdecydowali się zagrać w projekcie niezbyt ambitnych studentów filmówki (pierwszego roku). Całość wydaje się na tyle tania i festyniarska, że dobrym pomysłem może być wspólny seans ze znajomymi – śmiechu będzie więcej niż na niejednej komedii.

Advertisement

Mac i ja

To bez dwóch zdań jeden z najbezczelniejszych filmów, jakie nakręcono. Trudno sobie wyobrazić perfidniejszą zrzynkę z E.T. Stevena Spielberga – od konceptu fabularnego, przez plakat-plagiat, aż po sceny nieudolnie imitujące kultowe momenty wspomnianego dzieła. Szkoda tylko, że tytułowy stwór wygląda jak E.T., który postanowił olać nawiązywanie przyjaźni, a w zamian odkrył w sobie miłość do metamfetaminy.

Idę też o zakład, że Michael Bay wychowywał się na tym filmie, bo zawarty w nim bezwstydny product placement (z kuriozalną sceną w lokalu McDonald’s) dorównuje temu z czwartych Transformersów oraz wyczynom naszych rodzimych filmowców. Szczerze współczuję rodzicom, którzy zabrali na to swoje dzieci – oprócz półtorej godziny tortur musieli oni walczyć z nocnymi koszmarami swoich pociech przez całe tygodnie. Projekt kosmitów i praktyczne efekty specjalne w tym filmie są tak komicznie paskudne i niepokojące, że pewnie niejeden dorosły miał ten obraz w głowie podczas zasypiania.

Advertisement

Planowany sequel oczywiście nigdy nie powstał, a ja zostawię was z linkiem do tej sceny – czasem lepiej coś pokazać zamiast próbować opisać.

Pozostać żywym

Gorączka sobotniej nocy to niekwestionowany klasyk, ikona kina lat 70. i jeden z największych wyczynów Johna Travolty. Niestety, żadne z tych określeń nie pasuje do sequela tego filmu. Trudno nie zwrócić uwagi na ironiczny wydźwięk tytułu Pozostać żywym (podejrzewam, że dla wielu widzów tego „dzieła” był to główny cel) – według krytyków to niezwykle męcząca produkcja pozbawiona uroku i przyziemności oryginału. Wartościowe interakcje bohaterów, interesująca budowa świata przedstawionego i pamiętne sekwencje muzyczne to rzeczy, za które świat pokochał Gorączkę sobotniej nocy, a których zabrakło w jej kontynuacji.

Advertisement

W zamian dostaliśmy serię miałkich scen tanecznych i ogólne poczucie zażenowania. Z drugiej strony, czy to naprawdę kogoś dziwi? Po wybitnie szałowej sobotniej imprezie próba powtórzenia tego w niedzielny wieczór nie ma szansy na jakiekolwiek powodzenie.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *