Connect with us

Publicystyka filmowa

NAJGORSZE filmy SCIENCE FICTION ostatniej dekady. Kosmiczna KATASTROFA

Oto zestawienie NAJGORSZE filmy SCIENCE FICTION ostatniej dekady, które rozczarowują potencjałem i pomysłowością. Kosmiczna KATASTROFA w kinie!

Published

on

NAJGORSZE filmy SCIENCE FICTION ostatniej dekady. Kosmiczna KATASTROFA

W zeszłym tygodniu pisałem o tytułach, które mogą rozbudzić miłość do SF, dziś mam do zaoferowania przestrogę – zarówno dla żółtodziobów, jak i weteranów gatunku (dla tych drugich może to być niestety spóźnione ostrzeżenie). Oto nieco ponad dziesięć nieudanych filmów science fiction z ostatniej dekady, których zdecydowanie warto unikać. Większość z nich smuci niewykorzystanym potencjałem, zmarnowanym budżetem i złym poprowadzeniem dobrej obsady, niektóre były przegrane już na starcie.

Advertisement

Postanowiłem pominąć pokpione kino komiksowe i nietrafione przedsięwzięcia Netfliksa, jako że jednym i drugim można by wypełnić osobne zestawienia. Mam też nadzieję, że lektura tego tekstu okaże się odrobinę przyjemniejszym zajęciem niż oglądanie opisanych w nim filmów.

Skyline

Można by się kłócić, na ile zasadne jest zawieranie niskobudżetowego i półamatorskiego Skyline na tej liście, jednak warto pamiętać, że ten gniot trafił do kin i był reklamowany z niemałą pompą. Specjaliści od marketingu mogą się poklepać po ramieniu – jest coś imponującego w bezczelnym sprzedaniu milionom niczego niespodziewających się widzów produkcji nadającej się do kosza z tanimi DVD. W Skyline za udany można uznać jedynie pomysł na niebieskie światło, którego kosmici używają do ogłupiania i porywania ludzi.

Advertisement

Wykonanie jest zawstydzające zarówno dla twórców (partacze od Alien vs. Predator: Requiem), jak i widzów (R.I.P): aktorstwo wywołuje ból zębów, nieudolna reżyseria zadziwia brakiem pomysłów i wyczucia, a scenariusz popycha całość w kierunku pastiszu gatunku. Efekty specjalne nie wyglądają fatalnie jak na 10–20 milionów dolarów (dokładnego budżetu nie podano), ale wyglądają fatalnie jak na kinową produkcję z 2010 roku. Duet reżyserów próbuje wprawdzie zerżnąć perspektywę wydarzeń z Projekt: Monster, ale nie wykorzystuje jej, by ukryć braki budżetowe – w efekcie widz raz za razem dostaje w twarz cyfrowymi abominacjami. Porada na przyszłość: mierzyć siły na zamiary.

The Circle. Krąg

Jak zreplikować The Circle? Weźcie Rok 1984, rozwodnijcie jego przesłanie, dodajcie najbardziej irytujące aspekty mediów społecznościowych, bohaterów-idiotów i fatalne scenopisarstwo. Wszystko to wymieszajcie niedbale i wysypcie na podłogę. Gratulacje! Udało wam się powtórzyć wtopę Jamesa Ponsoldta, skądinąd utalentowanego reżysera.

Advertisement

Jeśli naprawdę chcecie wiernie odwzorować jego ostatnią wizję, do bajzlu na podłodze dorzućcie okropne aktorstwo tradycyjnie na zmianę drewnianej i przesadnie ekspresyjnej Emmy Watson. Warto nadmienić, że The Circle to adaptacja umiarkowanie entuzjastycznie przyjętej powieści oraz, w zamierzeniu, zwierciadło skierowane w stronę widza i dzisiejszego społeczeństwa. W rzeczywistości poziom dyskursu na temat współczesnych mediów osiąga głębię chodnikowej kałuży, a zachowania i postawy bohaterów biją kolejne rekordy głupoty. Przekaz tej powiastki może przypaść do gustu wyłącznie tym, którzy lubią być tłuczeni przez twórców łopatą, o ile nie zasną przed dziwnie urwanym i pozbawionym emocji finałem.

Jupiter: Intronizacja

Jedna z najbardziej spektakularnych blockbusterowych porażek ostatniej dekady i kolejny dowód na to, że siostry Wachowskie mogły mieć tylko jednego asa w rękawie. 200 milionów dolarów budżetu, plany na wielką franczyzę, gorące (zwłaszcza dla młodzieży) nazwiska w obsadzie, obietnica przełomowego widowiska – i co z tego wyszło? Miszmasz intrygujących i fatalnych pomysłów, chaotyczna i przewidywalna historia, wylewający się z ekranu kicz i jeden z najbardziej komicznych (niezamierzenie) antagonistów w historii gatunku.

Advertisement

CGI gdzieniegdzie robi wrażenie, kiedy indziej każe się jednak zastanawiać, czy aby na pewno oglądamy film duetu odpowiedzialnego za Matriksa. Jest tu wprawdzie potencjał na seans z rodzaju guilty pleasure i dużo śmiechu w stylu „tak złe, że aż dobre”, ale wątpię, żeby to był rezultat, w jaki celowano.

High Life

Kameralny High Life przyćmiewa swoimi ambicjami pozostałe opisywane tu filmy, próbując wykorzystać kosmiczną izolację do przeprowadzenia studium ludzkiej natury – niestety całkowicie nieskutecznie. Produkcja Claire Denis porusza rozmaite wątki społeczne i psychologiczne, ale robi to po łebkach, a niekiedy również niezwykle łopatologicznie, na granicy autoparodii.

Advertisement

Okropny montaż wprowadza zaś dodatkową dezorientację do niespójnego scenariusza, w którym ewidentny jest brak zdecydowania na obranie środka ciężkości historii. Kompletnie położono tu potencjalnie najciekawszy motyw relacji między członkami załogi, a samotne perypetie bohatera granego przez Roberta Pattinsona pokazują, że Denis nie potrafiła należycie poprowadzić tego utalentowanego aktora. Na temat groteskowych wygłupów Juliette Binoche nawet nie będę się rozwodził, ale przyznam im jedno: wzbudzane przez nie skonfundowanie potrafi chwilowo przegonić senność towarzyszącą większości seansu.

Predator (2018)

Chciałem ten film pokochać, ale okazało się to kompletnie niemożliwe. Po obejrzeniu tej produkcji Shane Black jawi mi się jako niegdyś najbardziej lubiany kolega z klasy, który na ostatniej imprezie pobił po pijaku gospodarza, zwymiotował na bezcenny obraz, a na koniec wezwał na miejsce policję i sam się ulotnił.

Jego poprzednie dzieła dały mu ogromny kredyt zaufania, ale co z tego, skoro wykonał taki gwałt na mitologii Predatora? Jego najnowszy film jest absurdalnie chaotyczny i klejony na ślinę; CGI wygląda znacznie gorzej niż w dwa razy tańszych Predators sprzed dekady, a ilość humoru nie pozostawia żadnych wątpliwości: to komedia. Napięcie i groza są nieistniejące, żarty bywają udane, ale także żenująco głupie (eksploatowanie do oporu czerstwego jak tygodniowy chleb żartu z zespołu Tourette’a w 2018 roku? Naprawdę?), a całokształt trąci tandetą. Przebłyski chemii między bohaterami i kilka dobrych scen akcji to za mało, by uratować Predatora. Trzymam kciuki za wskrzeszenie marki w przyszłości, ale nie robię sobie wielkich nadziei.

Advertisement

1000 lat po Ziemi

Kryzys artystyczny M. Night Shyamalana za 130 milionów dolarów. Fatalny w skutkach nepotyzm w wykonaniu Willa Smitha błędnie wypychającego swojego syna na pierwszy plan. Historia z potencjałem niewykorzystanym już na etapie scenariusza. Fantastyka naukowa niemająca nic wspólnego z nauką. Albo po prostu: 1000 lat po Ziemi. Podejrzewam, że nawet z niezbyt utalentowanym Jadenem Smithem w obsadzie ten film mógł się udać – kiepskim pomysłem było jednak odseparowanie go od ekranowego i zarazem prawdziwego ojca już w pierwszym akcie produkcji.

Jaden zwyczajnie nie był w staniu udźwignąć takiego ciężaru na swoich barkach, a całej sytuacji nie pomagała też okropnie napisana postać Willa Smitha. Gdyby obaj bohaterowie podróżowali wspólnie przez większość filmu i zostali rozdzieleni dopiero w punkcie kulminacyjnym drugiego aktu, całość mogłaby wypaść znacznie lepiej. W ostatecznym rozrachunku 1000 lat po Ziemi można potraktować jako coś do puszczenia w tle w jakieś leniwe popołudnie; ot, naiwna, ale generalnie nieszkodliwa bajka.

Advertisement

Paradoks Cloverfield *

Film, który przyszedł znikąd, wzbudził konsternację i zmieszanie, a następnie zarżnął obiecujące uniwersum CloverfieldParadoks nie dość, że daje jednoznaczne odpowiedzi na pytania, które powinny były pozostać przynajmniej częściowo niedopowiedziane, to robi to w możliwie najmniej kreatywny sposób.

Tonacja jest tu rozjechana jak nogi pijanego łyżwiarza: niepokojący thriller przepycha się z czarną komedią i ckliwym dramatem w walce o uwagę ogłupiałego widza. Utalentowani aktorzy sprawiają wrażenie równie zdezorientowanych, a decyzje głównej bohaterki kilkukrotnie motywują do donośnego trzaśnięcia się otwartą dłonią w czoło. Wprawdzie nieźle wspominam aurę tajemnicy, która skutecznie intrygowała przez część seansu, ale z perspektywy całego dzieła nie wiem, czy nawet to ma jakąś wartość.

Advertisement

* Wiem, to produkcja Netfliksa (a dokładniej wykupiona przez niego), ale z uwagi na kinowy charakter dwóch poprzednich odsłon serii Cloverfield oraz pierwotny plan wyświetlania Paradoksu na wielkim ekranie postanowiłem nagiąć kryteria wyboru i ją tu zamieścić.

Piąta fala

Piątą falę można zbyć machnięciem ręki jako kolejną niewartą większej uwagi adaptację powieści młodzieżowej, ale uważam, że z racji zmarnowanego potencjału należy się jej miejsce na tej liście. Nie znam książkowego pierwowzoru, ale pięcioetapowa inwazja obcych, którzy po czwartej fali ofensywy kryją się pod ludzką formą i polują na ocalałych, to obiecujący pomysł.

Advertisement

Podszyte przerażeniem oczekiwanie na piąty atak w postapokaliptycznej rzeczywistości również tworzy intrygującą wizję – zwłaszcza przedstawione z punktu widzenia nastolatków niedysponujących umiejętnościami niezbędnymi do przetrwania w takim świecie. Wszystko rozbija się jednak o fatalną realizację: od okropnej reżyserii (montaż i narracja z offu szybko pozbawiają nadziei na znośne kino) przez kiepską warstwę audiowizualną, po nudny scenariusz poświęcający więcej uwagi miłosnym trójkątom niż wątkom zagłady cywilizacji. Szkoda, że nie zabrali się za to bardziej utalentowani ludzie.

Transcendencja

Wally Pfister to świetny operator (przez długie lata pracował przy filmach Christophera Nolana), ale jego reżyserski debiut okazał się totalnym niewypałem. Transcendencja przykuwa oko apetycznymi zdjęciami i obiecuje fabularną ucztę dla fanów science fiction – niestety na talerz trafia pozbawiona smaku mieszanka źle przygotowanych składników.

Advertisement

Największym problemem filmu jest właśnie jego historia – chaotyczna, niespójna, pełna dziwnych przeskoków, naciągnięć logiki i szeroko pojętej dezorientacji. W połączeniu z kiepsko rozpisanymi (czy raczej nierozpisanymi) postaciami i pozbawioną energii reżyserią efekt końcowy okazuje się przeraźliwie nudny i nieangażujący. Pozostaje tylko ubolewać nad marnotrawstwem aktorskich talentów i pokaźnego budżetu.

Replikanci

Replikantach wspominałem już przy okazji największych gniotów 2019 roku, więc nie będę się przesadnie powtarzał: to okropnie napisane sci-fi z zagubionym Keanu Reevesem i katastrofalnym CGI w roli głównej. Nuda, bzdura i okropne zakończenie. Film spóźniony o jakieś dwie dekady, co wcale nie znaczy, że kiedykolwiek mógłby zostać uznany za udany.

Advertisement

Transformers: Wiek zagłady (przede wszystkim) oraz Ostatni rycerz

Już słyszę parsknięcie śmiechem, którym wielu skwituje wrzucenie serii Transformers do szufladki oznaczonej etykietą „science fiction”.

Jednakże, pomimo zerowych ambicji stojących za produkcją tych widowisk, stanowią one część tego nurtu, na dobre i na złe. Inwazja obcych, samoświadome maszyny funkcjonujące obok ludzi i futurystyczna technologia (także w rękach ludzi) – Bay błądzi bliżej 2001: Odysei kosmicznej niż mu się wydaje! Okej, ostatnie to oczywiście żart, podobnie jak dwie ostatnie części serii. Choć Zemsta upadłych Transformers 3 do udanych również nie należą, to Wiek zagłady Ostatniego rycerza można bez skrępowania nazwać kompletnym dnem.

Advertisement

To koncentracja wszystkiego, co najgorsze w filmowych ekscesach Michaela Baya, filmopodobne produkty, które nie działają nawet poprawnie na żadnej płaszczyźnie. Pierwsze Transformers są głupkowatym, ale pomysłowo nakręconym (początkowy nocny atak na bazę wojskową to wciąż najlepsza sekwencja w całej serii) i w gruncie rzeczy udanym letnim blockbusterem. Lata i setki milionów dolarów później Michael Bay wciąż obija się o ściany, kompletnie nie rozumiejąc, co mu wyszło w tamtym filmie.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *