Recenzje

GOTTI. Kino gangsterskie bez polotu

Ogląda się to doprawdy bez nawet cienia zainteresowania.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Życie Johna Gottiego to tak naprawdę gotowy scenariusz na świetny, trzymający w napięciu film gangsterski. Znajdziemy w nim wszystko: historię „od pucybuta do milionera”, zdrady, intrygi, zabójstwa na zlecenie, ból po utracie potomka w nieszczęśliwym wypadku czy przepychanki sądowe z rządem. Jak to się więc stało, że Gotti Kevina Conolly’ego jest tak przerażająco nudny i zwyczajnie bezbarwny? Przeanalizujmy tę porażkę krok po kroku.

Konstrukcja

Gotti tylko pozornie sprawia wrażenie uporządkowanego formalnie dzieła. Zaczynamy od przełamania czwartej ściany, czyli Johna Travolty nonszalancko opierającego się o metalową barierkę przy Moście Brooklińskim, który zwraca się wprost do widzów, wygłaszając apoteozę Nowego Jorku. Trwa to jednak zaledwie około dwudziestu sekund i wygląda jak żywcem wyciągnięte z jednej z gorszych produkcji Woody’ego Allena. Właściwą ramę narracyjną Gottiego stanowi rozmowa głównego bohatera z synem podczas widzenia w więzieniu federalnym. I tutaj zaczynają się schody. Conolly powraca do tego wątku bardzo niesystematycznie. Wygląda to tak, jakby reżyser na spółkę ze scenarzystami wpychał sceny z widzenia tam, gdzie nie miał widzom nic lepszego do zaoferowania. Co więcej, rozmowa gangstera z synem niewiele wnosi do rozwoju fabuły. Daje ona jedynie wybrzmieć dylematowi Johna Gottiego Juniora, który nie potrafi się zdecydować, czy pójść z rządem na ugodę, współpracować i odsiedzieć kilka lat, czy też całkowicie wyprzeć się postawionych mu zarzutów. Czy naprawdę warto było czynić z tego problemu szkielet fabularny opowieści, która w założeniu miała przecież dotyczyć czegoś, a przede wszystkim kogoś innego? Jakby tego było mało, w Gottim doświadczymy jeszcze narracji z offu. Głosem prawdziwego twardziela John Travolta objaśni nam wszystkie zawiłości fabuły, wytłumaczy, kto jest kim w skomplikowanej mafijnej układance oraz spróbuje usprawiedliwić dziwaczne chronologiczne przeskoki. Odnoszę wrażenie, że Conolly nie mógł się zdecydować, w jaki sposób chce opowiedzieć historię Gottiego, więc wybrał kilka najbardziej sztampowych zabiegów formalnych i wykorzystał je wszystkie naraz w jednym filmie. Przepraszam, ale to po prostu nie miało prawa się udać.

John Travolta

Ten, który miał stanowić najmocniejszą stronę projektu Conolly’ego, okazał się jedną z jego największych wad. Travolta przez prawie dwie godziny trwania seansu ma nam do zaoferowania jedynie zestaw kilku groźnych min. Jego rola jest wybitnie jednowymiarowa. John Gotti w interpretacji Amerykanina to przykładny ojciec, wierny mąż oraz sprawiedliwy gangster w pełni oddany Cosa Nostrze, który karze zdrajców, a nagradza przyjaciół. W efekcie główny bohater bardziej przypomina posąg niż człowieka z krwi i kości. Travolta łatwo wpada również w pułapkę nadmiernej ekspresji. Jest to szczególnie widoczne w scenie rozmowy przez telefon podczas widzenia z żoną w więzieniu. Moment, w którym emocje powinny sięgnąć zenitu, ogranicza się zaledwie do kilku głośniejszych niż zwykle wrzasków oraz dobitnego „Fuck!” na zakończenie. Ogląda się to doprawdy bez nawet cienia zainteresowania. Oddać należy jednak Conolly’emu oraz Travolcie, że jest w tym filmie jedna scena, która wypada niezwykle wiarygodnie. Mowa tutaj oczywiście o epizodzie, w którym syn protagonisty podgląda płaczącego ojca w noc po śmierci malutkiego Frankiego. Jest to jedyny moment w obrazie Conolly’ego, kiedy na nieskazitelnym posągu Gottiego pojawia się rysa.

Wydźwięk ideologiczny

Bardzo niepokojący, wynikający najprawdopodobniej z tego, że scenariusz został w dużej mierze oparty na książce Shadow of My Father, której autorem jest nie kto inny, jak sam John Gotti Junior. Z tego powodu filmowi bliżej do marnej jakości propagandy niż biografii z prawdziwego zdarzenia. Conolly nie omieszka przypomnieć nam na każdym kroku, jakim to wspaniałym człowiekiem był John Gotti. W jednej z najbardziej kuriozalnych scen gangster wysyła swojego podwładnego, aby ten pomógł nieść zakupy zmęczonej staruszce! Poza tym reżyser często sięga po dokumentalne zdjęcia archiwalne, na których zwolennicy Gottiego ostentacyjnie demonstrują swoje poparcie dla mafijnego bossa. Na zakończenie Conolly funduje nam jednak coś naprawdę specjalnego – planszę z napisami oskarżającą rząd Stanów Zjednoczonych o sfingowanie dowodów wykorzystanych podczas procesu przeciwko gangsterowi.

Znacznie lepiej pod każdym względem wypada, zrealizowany na zlecenie telewizji HBO, film Gotti z 1996 roku. W tytułowego gangstera wcielił się w nim świetny Armand Assante, który za swoją rolę odebrał rok później prestiżową nagrodę Emmy. Obraz jest zdecydowanie bardziej wyważony. Jego reżyser – Robert Harmon – nie gloryfikuje Gottiego tak, jak czyni to w swoim dziele Kevin Conolly. Poza tym twórcy produkcji z 1996 roku skupiają się jedynie na sprawnym opowiedzeniu historii. Nie mieszają w chronologii (poza udaną klamrą kompozycyjną) i dzięki temu udaje im się wiarygodnie przedstawić dzieje gangsterskiej kariery Johna Gottiego od a do z. Twórcy obrazu z 2018 roku postanowili jednak porwać się z motyką na słońce i poza historią mafijnego bossa opowiedzieć również o dylematach jego rodziny oraz niesprawiedliwym amerykańskim sądownictwie. W efekcie żaden z tych wątków nie doczekał się satysfakcjonującego rozwinięcia, co przede wszystkim przesądziło o sromotnej klęsce filmu Kevina Conolly’ego.

Ostatnio dodane