Recenzje

PRAWDZIWE ZBRODNIE. Kupa zawinięta w sreberko to wciąż kupa

Nudny, topornie nakręcony kryminał w starym stylu, który jest tak chaotyczny w warstwie fabularnej, że tak naprawdę wszystko inne przestaje mieć znaczenie.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Długo czekaliśmy, aby ten film pojawił się w polskich kinach. I… prawdopodobnie już się nie doczekamy. Dwa lata temu pokazano go na Warszawskim Festiwalu Filmowym, ale odbiór był na tyle słaby, że producenci postanowili nie wprowadzać go na ekrany. Próbowano z powtórnym montażem, zmieniono też tytuł z True crimes na Dark crimes (bo z prawdziwą historią Krystiana Bali rzeczywiście film ma niewiele wspólnego) i wreszcie wiosną tego roku produkcja weszła do kin w USA. Jak to się skończyło? Wielką klapą. Prawdziwe zbrodnie mogą pochwalić się rekordowym zerem na popularnym portalu Rotten Tomatoes – żaden z krytyków nie uznał filmu za choćby poprawny.

Obecnie film można oglądać w Stanach na DVD oraz w serwisach streamingowych. Nie wiadomo, czy w ogóle pojawi się w Polsce. Ale… chyba tak będzie lepiej. Prawdziwe zbrodnie to po prostu katastrofa, coś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Nie pamiętam, kiedy widziałem aż tak zły film. Mamy do czynienia z produkcją denną właściwie pod każdym względem, może z wyjątkiem strony wizualnej. Wszystko inne to chała.

A przecież zapowiadało się tak dobrze! Tą historią żył swego czasu świat. Artykuł Davida Granna w piśmie „The New Yorker” był sensacją. Nikt nie mógł uwierzyć w to, że zabójcą wrocławskiego biznesmena okazał się pisarz, który w swojej książce opisał bliźniaczo podobną zbrodnię. Od początku mówiło się, że sprawą Krystiana Bali zainteresuje się kino – wśród reżyserów, którzy mieliby zająć się tematem, wymieniano między innymi Romana Polańskiego. W końcu, niemal równolegle, filmy inspirowane tą historią zaczęli tworzyć Kasia Adamik oraz Alexandros Avranas, autor nagrodzonego Srebrnym Lwem na festiwalu w Wenecji Miss Violence. Okazało się, że to polska reżyserka wyszła z tej bitwy z tarczą.

Wielu widzów oczekiwało tego filmu. Chcieli zobaczyć Carreya w kolejnej poważnej roli

Nie ma co ukrywać – polski światek filmowy żył tym tytułem. W kręconej w Krakowie produkcji mieli wystąpić Jim Carrey, Charlotte Gainsbourg i Christoph Waltz. Tego ostatniego zastąpił przed pierwszym klapsem Marton Csokas, ale i tak wydawało się, że będzie to wyjątkowa okazja dla naszych twórców oraz aktorów. W Hollywood również czekano na ten film – gdy Jim Carrey wręczał dwa lata temu jedną z nagród podczas ceremonii Złotych Globów, przedstawiono go właśnie jako głównego aktora z Prawdziwych zbrodni. Widzowie dawno nie widzieli go w dramatycznej roli, a ta wydawała się wyjątkowa. Balonik był mocno pompowany, a później pękł w dość spektakularny sposób.

Prawdziwe zbrodnie

Film ciągnie się jak flaki z olejem, a montażowe problemy widać na pierwszy rzut oka

Od czego tu zacząć… Historia, która wydawała się gotowym materiałem na scenariusz, w tym filmie wygląda na przeraźliwie nudną oraz bez ładu i składu. Ciągnie się to wszystko jak flaki z olejem, w wielu momentach nie wiadomo kto, gdzie i po co. Czegoś takiego jak ciąg przyczynowo-skutkowy w Prawdziwych zbrodniach nie stwierdzono. Grany przez Carreya policjant Tadek nagle znajduje się w pewnych miejscach lub rozmawia z kimś, o kim nic nie wiemy, i trudno powiedzieć, dlaczego to robi. Te montażowe bóle twórców widać na pierwszy rzut oka – jest tak chaotycznie, że po kwadransie przestało mnie obchodzić, dokąd ta historia zmierza. Zresztą… zmierza donikąd.

Cała rozgrywka między policjantem a Kozłowem, którego postać nawiązuje do Bali, jest wyprana z jakichkolwiek emocji. To właściwie zlepek scen. Co z tego, że Carrey i Csokas w niektórych z nich spisują się nawet nieźle, jeśli nie mają one kontynuacji – narracja w tym filmie naprawdę woła o pomstę do nieba. Dialogi są żadne – tak sztuczne, że nawet Meryl Streep z Danielem Day-Lewisem by ich nie uratowali. Gdyby nie recenzencki obowiązek, nie wytrzymałbym do końca seansu. To puste, nijakie kino, którego jedyną wartością są klimatyczne zdjęcia Michała Englerta. Gdyby na siłę szukać w tym filmie pozytywów, można by też potraktować go jako instruktaż, jak nie marnować talentu aktorów.

Prawdziwe zbrodnie

Obsada w tym filmie jest wybitna. Carrey, Gainsbourg oraz „nasi” – Kulesza, Więckiewicz, Zamachowski, Głowacki – to przecież niezwykle utalentowani aktorzy. Gainsbourg dostała jednak rolę, w której miała wykorzystywać swoje sprawdzone miny cierpiętnicy i nic poza tym. Zamachowski zagrał dosłownie w jednej scenie, Głowacki, choć na ekranie jest go całkiem sporo, zupełnie nie miał jak się wykazać. Więckiewicz zaskoczył, nieźle władając angielskim, a Kulesza… No cóż… Jedyną wskazówką reżysera było chyba, aby patrzyła w punkt na ścianie z zaciśniętymi ustami. Tak właśnie pokazywana jest w większości scen. Czasem powie też do Carreya jakieś zdanie, każde brzmiące dokładnie tak samo – jakby była śmiertelnie obrażona. Jestem wielkim fanem talentu Agaty Kuleszy i tym bardziej wolałbym, aby ten tytuł zaginął gdzieś w odmętach Internetu. Prawdziwe zbrodnie na pewno nie będą dla niej żadną reklamą.

A Carrey? Gra tyle, ile może. Stara się, swoją charyzmą ratuje nawet niektóre momenty, ale to za mało, zdecydowanie za mało. Mimo jego wysiłków film pozostaje nudnym, topornie nakręconym kryminałem w starym stylu, który jest tak chaotyczny w warstwie fabularnej, że tak naprawdę wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Zamiast wciągać i trzymać w napięciu, jedynie irytuje. Zdjęcia Englerta nie wystarczą, aby Prawdziwe zbrodnie mogły się jakoś obronić. To jak kupa zawinięta w sreberko – co z tego, że ładnie wygląda, w środku to wciąż kupa.

Ostatnio dodane