Publicystyka filmowa
Produkcyjne PIEKŁO. Filmy, które NIE MIAŁY PRAWA się udać
Produkcyjne PIEKŁO to opowieść o filmach, które, mimo kłopotów, zaskoczyły sukcesem. Poznaj historie zapomnianych produkcji!
Produkcja filmowa to niezwykle skomplikowany i potencjalnie problematyczny proces. Im większy budżet i ambicje, tym więcej rzeczy może pójść nie tak. Dodajmy do tego niekompetencję zatrudnionych filmowców, bezmyślne żądania włodarzy studiów filmowych, konflikty międzyludzkie i wydarzenia losowe, a otrzymamy istne pole minowe kłopotów. Z zakulisowymi dramatami i ekstremalnymi sytuacjami bywa natomiast jak w życiu – czasem inspirują wielkość, a innym razem skutkują katastrofą. W tym tekście przyjrzę się trudnym perypetiom produkcji trapionych przez rozmaite przeciwności losu.
Nie będą to jednak historie filmów, które stały się uwielbianymi klasykami kinematografii. Niektóre z tych produkcji to ambitne porażki, inne stanowią obrazę dla wszystkich zmysłów; każdy jest zaś fascynującym świadectwem wszystkich błędów popełnionych przy ich tworzeniu.
Fantastyczna Czwórka
Tak często kończą się starcia niedoświadczonych reżyserów ze studiem filmowym próbującym przesadnie kontrolować proces produkcji. Powstanie nowej Fantastycznej Czwórki nie było umotywowane pojawieniem się świetnego pomysłu ani większym planem włączenia tych bohaterów do MCU. Decydującym czynnikiem była perspektywa utraty praw do tytułowych postaci, stąd konieczne stało się nakręcenie filmu, który pozwoli te prawa zachować.
Mimo to, pierwsze wieści pozwalały na umiarkowany optymizm; wybrany na reżysera Josh Trank miał bowiem na swoim koncie bardzo udaną Kronikę, a jego pomysł na przedstawienie perypetii Fantastycznej Czwórki w stylu posępnego body horroru budził zainteresowanie. Pamiętające sukces Batmanów Nolana 20th Century Fox zgodziło się na wizję zaproponowaną przez Tranka, a produkcja ruszyła. Nie minęło jednak wiele czasu, zanim włodarze studia zaczęli nerwowo spoglądać w stronę sukcesów przepełnionych humorem produkcji Marvela i w efekcie zażądali gruntownych zmian w scenariuszu. Połączenie kina superbohaterskiego z Cronenbergiem poszło do kosza, a Trank nie przyjął tego najlepiej.
Według licznych doniesień jego zachowanie na planie bywało bardzo chaotyczne i nerwowe, czasem wręcz wrogie w stosunku do innych filmowców. Wieść głosi, że psy reżysera wyrządziły w wynajętym przez studio mieszkaniu szkody wycenione na 100 tysięcy dolarów. Zarządzone zostały kosztowne dokrętki, a montaż filmu kompletnie wypaczył wizję Tranka, przy okazji pomijając całkowicie drugi akt i gwałtownie przechodząc do prowizorycznie skleconego, miałkiego finału. Wszystko to wiąże się także z różnymi niedoróbkami: zauważalna i kiepska peruka Kate Mary pozwala poznać ujęcia z dokrętek, a niedorobione CGI i fatalne green screeny zdradzają, które sceny próbowano od zera skleić na komputerach.
Trank tuż przed premierą skomentował cały ten cyrk na Twitterze tymi słowami: „Rok temu miałem fantastyczną wizję tego filmu. Zdobyłaby ona świetne recenzje. Prawdopodobnie nigdy jej nie zobaczycie. Tak wygląda rzeczywistość”. Nie trzeba chyba mówić, że to wyznanie kosztowało studio miliony dolarów – kto chciałby iść do kina na film, o którym w taki sposób pisze jego własny reżyser? Cała ta sytuacja kosztowała Tranka stołek reżyserski na planie spin-offa Gwiezdnych wojen i dopiero w zeszłym roku pojawiła się wieść o Fonzo, gangsterskim filmie napisanym, wyreżyserowanym i zmontowanym przez Tranka (z Tomem Hardym w roli głównej).
Fantastyczna Czwórka zebrała natomiast koszmarne recenzje, przyniosła miliony dolarów strat i dołączyła do grona najgorszych filmów superbohaterskich wszech czasów. Ostatecznie prawa do postaci i tak trafiły do Marvela, więc kto wie, może jeszcze przyjdzie nam obejrzeć porządny film o tej barwnej czwórce.
Wyspa doktora Moreau
Na początku lat 90. Richard Stanley miał na swoim koncie dwa klasyki: Hardware oraz Diabelski pył. Jego następnym projektem miała być adaptacja literackiego klasyka H.G. Wellsa – Wyspy doktora Moreau. Wszystko zapowiadało się obiecująco, zwłaszcza z Marlonem Brando w obsadzie. Preprodukcja trwała aż cztery lata i obfitowała w rozliczne komplikacje, włącznie z przetasowaniem aktorów, gwiazdorzeniem Vala Kilmera (aktor wymagał znaczącego skrócenia czasu na planie, w efekcie czego uczyniono go postacią drugoplanową, a do roli protagonisty pośpiesznie zatrudniono Roba Morrow) i tragedią w postaci samobójstwa córki Brando.
Stanley wdawał się w liczne konflikty ze studiem, a jego sytuacji nie pomagała zrozumiała absencja Marlona Brando, największego sojusznika reżysera. Gwoździem do trumny okazało się zachowanie Vala Kilmera – zmagający się z rozwodem aktor zjawił się na planie spóźniony o dwa dni, nieustannie kwestionował decyzje reżysera i nie trzymał się scenariusza, przez co materiał z początku zdjęć był kompletnie bezużyteczny. Stanley został zwolniony, po czym kompletnie zniknął, przez co studio zaczęło się obawiać sabotażu z jego strony.
Po opanowaniu buntu Fairuzy Balk (głównej aktorki produkcji) zatrudniono Johna Frankenheimera w nadziei na uratowanie coraz droższej (budżet porównywalny do Zaginionego świata Spielberga – nie widać tego w filmie) produkcji. W międzyczasie pojawił się kolejny problem z główną rolą, jako że Morrow praktycznie błagał, żeby zwolnić go z tej produkcji; ostatecznie zastąpił go David Thewlis. To nie był jednak koniec kłopotów, a komplikacji przybyło po gruntownych przeróbkach scenariusza. Marlon Brando i Val Kilmer nie znosili się, problemy z tym drugim miał również reżyser, a Thewlis musiał napisać na nowo swoją postać.
Wściekły na ciągłe zmiany scenariusza Brando odmawiał uczenia się swoich kwestii i musiały one mu być przekazywane przez radio. Czasami zdarzało się, że radio odbierało policyjne komunikaty, a Brando powtarzał je, jakby to były jego dialogi. Stanley w tym czasie zatrzymał się niedaleko planu i przeszedł przez załamanie nerwowe; jego żart o spaleniu planu studio potraktowało poważnie i w rezultacie zwiększyło ochronę. Zwolniony reżyser trafił wówczas na członków ekipy filmowej i z ich pomocą dostał się na plan w przebraniu jednej ze zwierzęcych hybryd – w ten sposób potajemnie zagrał w kilku scenach, które ostatecznie znalazły się w skończonym dziele.
Finalnie zdjęcia przedłużyły się z sześciu tygodni do sześciu miesięcy, a atmosfera panująca na planie nie była lepsza od tej w filmie. Autorytarne podejście Frankenheimera do aktorów dodatkowo pogorszyło warunki pracy, a burdel, jakim był cały proces produkcji, przełożył się na efekt końcowy. Mierne recenzje, miliony dolarów strat i szereg nominacji do Złotych Malin – oto żniwo wyspy doktora Moreau. Tyle dobrego, że Kilmer przeprosił się ze Stanleyem na imprezie wieńczącej zakończenie zdjęć do filmu.
Liga sprawiedliwości
W przeciwieństwie do opisanych wcześniej produkcji ta wydawała się skazana na sukces, a szaleństwem jest fakt, że Warnerowi udało spieprzyć takiego samograja. Kultowe postaci, porządna obsada, kolosalny budżet oraz filmowa technologia końcówki drugiej dekady XXI wieku – wszystko to powinno złożyć się na przynajmniej niezły film.
Zamiast tego dostaliśmy produkt przywodzący na myśl potwora Frankensteina.; nie jest to jednak wyłącznie kwestia problemów i błędnych decyzji podjętych przy okazji kręcenia tego dzieła. Porażka Ligi sprawiedliwości to pokłosie kompletnie nieprzemyślanego i skrajnie idiotycznego podejścia DC do budowania filmowego uniwersum. Tam, gdzie Marvel skrupulatnie planuje kolejne filmy wprowadzające i rozbudowujące bohaterów oraz elementy świata, DC idzie na żywioł lub zaczyna od tzw. dupy strony. Jasne, Marvel ma na swoim koncie potknięcia, ale jego uniwersum ma ręce i nogi oraz bohaterów, do których można się przywiązać.
Ono żyje, podczas gdy DCEU leży i kwiczy. Zamiast konsekwentnie trzymać się swojej wizji i kontynuować to, co zapoczątkowano w Człowieku ze stali oraz BvS, postanowiono zagrać pod publiczkę, rozluźnić atmosferę, dodać trochę żartów i zmienić styl wizualny. Problem w tym, że te decyzje zapadły, kiedy film był już w trakcie powstawania. Pojawiły się liczne napięcia między studiem, producentami, scenarzystami, a Zackiem Snyderem. Przestraszony negatywnym odbiorem BvS, Warner desperacko chciał zmienić tonację filmu i reszty uniwersum, co kompletnie nie leżało oddanemu swojej wizji Snyderowi.
Ciągłe prace nad scenariuszem i jego zmiany bardzo komplikowały pracę na planie, a sam Snyder zrezygnował ze swojej funkcji podczas postprodukcji. Na jego miejsce zatrudniono Jossa Whedona, którego zadaniem było sklecenie filmu z koszmarnego bałaganu, jakim była Liga sprawiedliwości. Niezbędne były gruntowne dokrętki, które niemal podwoiły budżet i zaowocowały perełkami, takimi jak niesławna cyfrowa warga Henry’ego Cavilla (aktor nie mógł zgolić swoich wąsów, ponieważ w tym samym czasie pracował na planie nowego Mission: Impossible). To jednak nie pomogło – tonacja filmu zmieniała się co pięć minut, fabuła i postaci to scenopisarski żart, a złoczyńca może być najgorszym w historii kina komiksowego.
Ewidentnie nie było także czasu na skończenie CGI, które wygląda paskudnie, zwłaszcza w pokolorowanym na pomarańczowo-czerwono finale. Efekt? Pomijając nędzne recenzje, kilkadziesiąt milionów dolarów strat w świecie, w którym dwie ostanie części Avengers przyniosły 5 miliardów dolarów przychodu.
Ryk lwa
Jak stracić nieswoje miliony dolarów, rozwalić własną rodzinę i nieodwracalnie zaszkodzić swojej karierze? Wystarczy nakręcić Ryk lwa. Czego by jednak nie mówić, to prawdziwy cud, że nikt nie zginął na planie tego filmu. Jest tak, ponieważ reżyser, scenarzysta, producent i główny gwiazdor tej produkcji, Noel Marshall wymyślił, że nakręci ją wykorzystując ponad setkę dzikich zwierząt, głównie lwów i tygrysów.
Jakby tego było mało, filmowiec zatrudnił także swoją żonę i córkę – tym sposobem ekranowa rodzina rzeczywiście była rodziną. Nietrudno sobie wyobrazić chaos, jaki musiał panować na planie, na którym było więcej potencjalnie agresywnych zwierząt niż ludzi. Sam proces oswajania dzikich kotów i przyzwyczajania ich do siebie okazał się niezwykle pracochłonny, podobnie jak budowa fikcyjnego rezerwatu. Produkcja filmu pochłonęła budżet o połowę większy od budżetu Gwiezdnych wojen (!), zajęła 11 lat (!!!) i poskutkowała jakąś formą obrażeń u każdego członka ekipy, włącznie z rodziną reżysera.
Żona Marshalla została ugryziona w gardło przez lwa, operatorowi prawie odgryziono głowę, a córka ambitnego filmowca otrzymała ranę twarzy, która wymagała pięćdziesięciu szwów. Piętnaście lwów uciekło na wolność i trzy z nich (w tym główna gwiazda) musiały zostać zastrzelone. Całe to piekło nie przełożyło się jednak na sukces; Ryk lwa zebrał dość przeciętne recenzje, a widzowie najzwyczajniej w świecie go olali. Małżeństwo reżysera rozpadło się niedługo po premierze, a głównym powodem były naturalnie doświadczenia związane z kręceniem filmu.
47 roninów
W ostatnich latach popularnym trendem w Hollywood było zatrudnianie obiecujących, ale niedoświadczonych reżyserów i powierzanie im wysokobudżetowych blockbusterów. Czasem z większym sukcesem (Jurassic World, Godzilla), czasem z nieco mniejszym (Kong: Wyspa czaszki), a innym razem owocując katastrofą na miarę Fantastycznej Czwórki, czy właśnie 47 roninów. Carl Rinsch nie miał na swoim koncie żadnego filmu fabularnego, ale jego pomysły okazały się wystarczająco przekonujące dla Universal. Włodarze studia posadzili go na stołku reżyserskim pełnego rozmachu widowiska z Keanu Reevesem w roli głównej i budżetem opiewającym na 175 milionami dolarów (budżet zwiększyła decyzja o kręceniu filmu w drogiej technologii 3D).
Ryzykownym wyborem było postawienie na japońskich aktorów, kompletnie nierozpoznawalnych dla przeciętnego widza spoza Japonii. Rinsch nie chciał nakręcić banalnego hollywoodzkiego widowiska przyprawionego azjatycką estetyką, a zakorzenienie dzieła w kulturze Japonii stało się jednym z jego priorytetów. Była to ambitna i niezwykle kosztowna wizja; kostiumy i scenografia pochłonęły dużą część budżetu, podobnie jak pomysł, by nakręcić materiał najpierw w natywnym języku japońskich aktorów, a dopiero potem po angielsku. Masa kosztownych dokrętek, mozolna postprodukcja i zastępy montażystów próbujących złożyć coś sensownego zwiększyły koszta produkcji do 225 milionów dolarów.
W międzyczasie Rinsch został odsunięty od projektu przez studio, a ostateczny kształt filmu zmieniał się wielokrotnie, co widać chociażby po zwiastunach. Pół miliarda dolarów wpływów z kin nie wystarczyłoby, żeby studio wyszło na zero, 47 roninów zarobiło natomiast smutne 150 milionów, mniej niż pierwotny budżet produkcji. Krytycy byli bezwzględni, Japończycy uważali, że dzieła ich kultury zostały podeptane, a reszta świata po prostu nie była zainteresowana tym całym cyrkiem.
Wodny świat
Mad Max na morzu ma swoich zwolenników, ale nie bez powodu jest on znany jako produkcyjny koszmar i niemała klapa (przynajmniej biorąc pod uwagę jego ambicje).
To być może ostatni film, który polegał praktycznie wyłącznie na kosmicznie kosztownej i równie imponującej scenografii. Kręcenie na wodzie okazało się jednak prawdziwym piekłem; słona woda regularnie wykańczała sprzęt, nieprzewidywalność środowiska niesłychanie utrudniała sprawną pracę, członkowie ekipy ulegali wypadkom, nawet Kevin Costner zgubił się ekipie i dryfował razem ze swoim dublerem przez jakiś czas. Gwiazdor produkcji zmagał się wówczas z rozwodem, co w połączeniu z bardzo trudną produkcją i obsesją na punkcie forsowania własnej wizji uczyniło go chodzącym koszmarem. Prawdziwą katastrofą był jednak morski żywioł, który zatopił ważącą tysiąc ton fortecę – ta musiała być odbudowana, co dołożyło kolejne miliony do budżetu.
Sam scenariusz również miał szereg problemów, co nie pomogło filmowi. Burzliwa produkcja i liczne kontrowersje sprawiły, że Wodny świat zyskał kiepską prasę jeszcze na długo przed premierą, co w połączeniu z przeciętnymi recenzjami przełożyło się na rozczarowujące wyniki finansowe, czyniąc go klapą. Swego czasu film określano jedną z największych finansowych porażek w historii Hollywood, ale z biegiem lat produkcji udało się wyjść na zero i zacząć zarabiać na siebie (za sprawą rynku domowego, licencji telewizyjnych, itp).
Mroczna wieża
Tutaj obyło się bez dramatów na miarę gwiazdy produkcji zgubionej na morzu, ale to wciąż długa historia pełna problemów i fatalnych w skutkach decyzji, których efekt niestety był jaki był. Pracę nad adaptacją kultowej już sagi Stephena Kinga zaczęły się już w 2007 roku; J.J. Abrams przez trzy lata kombinował jak przenieść książkowy świat na wielki ekran.
Reżyser Przebudzenia Mocy porzucił ten projekt, a na scenę wkroczył Universal planujący trylogię i serial telewizyjny osadzone w uniwersum prozy Kinga. Jakiś czas później nastąpiły duże zmiany – produkcja przeszła do Warnera i ostatecznie wylądowała w studiu Sony, gubiąc po drodze Javiera Bardema, którego pierwotnie zatrudnił Universal. Rona Howarda na stołku reżyserskim zastąpił Nikolaj Arcel, a w głównej roli obsadzono Idrisa Elbę. Pokazy testowe zostały jednak kiepsko przyjęte, czego efektem były dokrętki, których celem było rozbudowanie postaci protagonisty (lepiej późno niż wcale?).
Zmontowana finalna wersja filmu trwała raptem 90 minut, z czego spora część miała miejsce w prawdziwym świecie, co całkiem słusznie rozzłościło miłośników literackiego pierwowzoru. Ten rozgrywał się głównie w fikcyjnej krainie łączącej estetykę fantasy z elementami westernu i właśnie to było jego podstawowym atutem. Film nie okazał się wierny materiałowi źródłowemu, a chaotyczny scenariusz próbujący zmieścić wątki godne całej trylogii w 90 minutach czasu ekranowego, uczynił całość niezrozumiałą dla wielu widzów. Płaskie postaci, problemy z tempem i strukturą i spłycenie treści zawartych w książkach – to najczęstsze zarzuty, które pojawiały się w bardzo negatywnych recenzjach; Mroczna wieża nie była w stanie zwrócić 66 milionów dolarów budżetu i stanowi dobitny przykład niewybaczalnego zmarnowania ogromnego potencjału.
Wrota niebios
To film, który miał być magnum opus Michaela Cimino, epicki western przyćmiewający poprzednie dzieło reżysera, Łowcę jeleni. Ogromne ambicje miały swoje odzwierciedlenie w budżecie, który nawet pierwotnie robił wrażenie (film miał kosztować tyle, ile pierwsze Gwiezdne wojny), a ostatecznie okazał się czterokrotnie większy niż planowano.
Winę za to ponosił przede wszystkim Cimino, który był opętany obsesją na punkcie perfekcjonizmu. Dążąc do bliżej niesprecyzowanego ideału Cimino kazał burzyć całe plany filmowe i budować scenografię od nowa, aż do zadowalającego go skutku. Przekonany o swojej nieomylności, reżyser co rusz zwalniał podlegających mu ludzi za słowa sprzeciwu i jakiekolwiek popełniane błędy. Równie źle traktowane były zwierzęta, co poskutkowało śmiercią kilku z nich i w efekcie doprowadziło do większego nadzoru nad wykorzystywaniem zwierząt na planie. Cimino kręcił dziesiątki (setki?) godzin materiału, poświęcając ogromne pokłady czasu na kolejne niepotrzebne duble; podobno potrafił nawet wstrzymywać całą pracę i czekać na odpowiedni kształt chmury na niebie, by kontynuować ujęcie.
Po zakończeniu pracy na planie reżyser nie dopuszczał nikogo do montażu i samodzielnie konstruował film zgodnie ze swoją wizją. Zmontowana przez niego i zaprezentowana studiu wersja trwała grubo ponad 5 godzin i wg. Cimino była raptem 15 minut krótsza od finalnego filmu. Naturalnie, jego rozmówcy popukali się w czoło i nakazali gruntowne skrócenie całości, co spowodowało opóźnienie premiery. Trwające trzy i pół godziny Wrota niebios zadebiutowały pod koniec 1980 roku i spotkały się z miażdżącą krytyką. Ta wersja została wycofana raptem po tygodniu, a Cimino zaczął pracować nad kolejną, krótszą o godzinę.
Nie zrobiło to większej różnicy; krytycy rozszarpali na strzępy praktycznie każdy aspekt filmu, a frekwencja w kinach okazała się bardzo rozczarowująca. Dzieło życia Michaela Cimino przyniosło straty liczone na ok 150 milionów dolarów (po uwzględnieniu inflacji) i praktycznie zarżnęło jego karierę. Co ciekawe, w ostatnich latach film ten zdobywa coraz więcej sympatyków, którzy chwalą nowatorski charakter produkcji. Najnowsza wersja pochodzi z 2012 roku, a jej odbiór jest znacznie bardziej pozytywny niż podczas pierwotnej premiery. Być może w szaleństwie Cimino była jakaś metoda?
Ishtar
Ishtar to jedna z największych finansowych porażek lat 80. Podstawowym problemem, podobnie jak w przypadku Wodnego świata, okazała się lokalizacja wybrana na kręcenie filmu. Sahara przysporzyła wielu problemów nie tylko z powodu warunków pogodowych; ryzyko porwania, potencjalne zagrożenie w postaci min lądowych oraz szalejąca w okolicy wojna domowa zmieniły kręcenie filmu w stresującą udrękę.
Jedna ze scen wymagała udziału sępów, przez co dookoła Dustina Hoffmana wyłożono kilogramy surowego mięsa; ku przerażeniu aktora scena była powtórzona pięćdziesiąt razy. Rozliczne konflikty na planie (między innymi między reżyserką a producentem) i rzeczywistość kręcenia drogiej produkcji w trudnych warunkach okazały się zbyt dużym wyzwaniem dla niedoświadczonej w roli reżysera Elaine May. Budżet szybko dwukrotnie przekroczył planowaną kwotę, a liczba dubli doprowadziła do takich kuriozów jak atak serca i śmierć kobry wykorzystywanej w jednej ze scen. Również postprodukcja nie była wolna od komplikacji, a złożenie filmu ze stu godzin materiału okazało się niemałym wyzwaniem.
Nad montażem pracowały trzy ekipy (każda tworzyła własną wersję dzieła), a efekt końcowy został zmiażdżony przez krytyków. Dochód z kin wyniósł mniej niż 1/3 budżetu, a May dostała Złotą Malinę za swoje reżyserskie wysiłki. Nieco lepszy odbiór filmu w ostatnich latach nie umniejsza monumentalnej skali porażki, jaką był Ishtar.
Wilkołak
Wilkołak okazał się problematyczną produkcją jeszcze na długo przed rozpoczęciem zdjęć. Po roku pracy nad projektem, z funkcji reżysera zrezygnował Mark Romanek; zastąpił go Joe Johnston, który sam później przyznał, że tak późne dołączenie go do produkcji znacząco utrudniło mu pracę. Późne zmiany wymusiły poleganie na CGI zamiast na bardziej przekonujących praktycznych efektach specjalnych, co z kolei przełożyło się na gorszą stronę wizualną filmu.
Zatrudnienie nowego scenarzysty do napisania alternatywnego zakończenia oraz pięć tygodni dokrętek (które miały na celu zmienić wizerunek wilkołaka) zwiększyły koszta produkcji do zawrotnych 150 milionów dolarów. Chaotyczny charakter zdjęć, zmiany wizji i ciągnące się w nieskończoność prace nad scenariuszem odcisnęły swoje piętno na Wilkołaku. Film oczywiście został zjechany przez krytyków, a wpływy z kin okazały się niższe niż budżet, co przełożyło się na kolosalne straty dla studia.
