search
REKLAMA
Artykuł

SPLAT PACK dekadę później. Co się stało z twórcami fali krwawych horrorów?

Krzysztof Walecki

21 września 2018

REKLAMA

DARREN LYNN BOUSMAN

Przez pewien czas zastanawiałem się, czy Bousmana w ogóle na liście umieszczać, pomimo oczywistego członkowska w Splat Pack. Trudno bowiem w jego przypadku mówić o jakiejś autorskiej wizji, skoro jest najbardziej znany jako kontynuator Jamesa Wana, reżyser Piły II, III i IV. Te charakteryzowały się pójściem w stronę coraz bardziej ponurego widowiska, przepełnionego jeszcze większą ilością krwi oraz innowacyjnych metod zadawania bólu i śmierci. U Wana dało się jeszcze wyczuć pewną umowność, której sequele Bousmana były pozbawione, przez co z filmu na film brnięcie przez mroczny labirynt Jigsawa stało się coraz bardziej męczące. Nic dziwnego, że po jego odejściu z cyklu w Pile V dało się wyczuć świeżą krew.

Szybko się okazało, że Bousman nie ma pomysłu na siebie. O ile jeszcze Repo! The Genetic Opera, dziwaczny musical w świecie przyszłości, był potraktowany jako ciekawostka i rozwinięcie zamiłowań reżysera w horrorze cielesnym, o tyle późniejsze dokonania zepchnęły go na skraj kinowej dystrybucji i jakiegokolwiek zainteresowania ze strony widzów. Remake Dnia matki, 11-11-11 czy nie tak dawny Abattoir to filmy, które widziała garstka osób, a sam Bousman, niebędący nigdy nazwiskiem równie głośnym co Wan, potwierdził swój status wyrobnika, mającego oko do wizualnej strony, lecz zupełnie przeciętny warsztat.

ELI ROTH

Jedno z najgłośniejszych nazwisk horroru zeszłej dekady, ale to nie znaczy, że twórca spełniony. Zdolniacha, który już swoim pierwszym filmem, Śmiertelną gorączką, został zauważony przez środowisko. Kiedy Peter Jackson i Quentin Tarantino jednym głosem mówią o uwielbieniu dla twojego filmu, możesz myśleć, że złapałeś Pana Boga za nogi. I Roth chyba przesadnie uwierzył w swój talent. Lubię jego debiut, horror komediowy, w którym dominuje bardzo czarny humor; gdzie fabuła rodem z Martwego zła (grupka studentów jedzie do domu w lesie, lecz spotyka ich tam tylko śmierć) sąsiaduje z bardziej surrealistycznymi obrazami.

Szkoda, że później reżyser ten poszedł śladem koniunktury napędzanej sukcesem Piły. Oba jego Hostele są niczym więcej jak definicją torture porn – ich główną atrakcją jest obcinanie kończyn, przypalanie oczu, sadystyczna wręcz chęć najpierw pokazania tych wszystkich koszmarnych obrazów, aby następnie wykorzystać schemat kina zemsty i ukarać winnych w równie krwawy sposób. O ile pierwszy film, niepozbawiony narracyjnej biegłości, a nawet umiejętnego budowania napięcia, był sporym przebojem, o tyle drugi nie zaproponował już nic nowego. Sam Roth natomiast postanowił sprawdzić się na polu aktorskim, grając u Tarantino w Death Proof i Bękartach wojny i zaniedbując przy tym swoją karierę reżyserską (pomiędzy Hostelem II a The Green Inferno jest aż sześcioletnia przerwa, choć Amerykanin miał w międzyczasie realizować fantastyczne Endangered Species, lecz projekt ostatecznie upadł).

Kiedy Roth wrócił, filmowy horror przestał kręcić się wokół gore. Mimo to reżyser zrealizował hołd dla kanibalistycznych włoskich klasyków pt. The Green Inferno, który przepadł w kinach, a jego los podzielił również campowy thriller z Keanu Reevesem, Kto tam?, o słomianym wdowcu, dwóch ponętnych dziewczynach i karze za wiarołomstwo. Wtedy to studio Warner Bros. zdecydowało się powierzyć Rothowi reżyserię The Meg, filmu o prehistorycznym rekinie, ale nic z tego nie wyszło. Ponoć twórca Hostelu chciał wielkobudżetową superprodukcję nakręcić z kategorią wiekową R oraz samym sobą w roli głównej (film, który ostatecznie powstał, mógł pochwalić się kategorią PG-13 i Jasonem Stathamem na czele obsady). Roth jednak nie załamał się i dokonał zwrotu o 180 stopni, przyjmując zaproszenie od Stevena Spielberga, aby zrealizować Zegar czarnoksiężnika dla dziecięcej widowni. I to w tym samym roku, w którym wyszedł jego słabo przyjęty przez widownię i krytykę remake Życzenia śmierci. Jeśli zatem Zegar okaże się hitem, Rotha może czekać bardzo ciekawa i obiecująca kariera w kinie stanowiącym kompletne przeciwieństwo jego dotychczasowych fascynacji.

ROB ZOMBIE

Najbardziej frustrująca kariera w tym zestawie. Pamiętam, jak po raz pierwszy sięgnąłem po jego Dom 1000 trupów, przekonany, że film mi się nie spodoba. Nie jestem fanem muzyki Zombiego (a warto wiedzieć, że zanim został reżyserem, był liderem heavy metalowego zespołu White Zombie), a materiały reklamowe sugerowały nieznośne i ohydne widowisko. Tymczasem filmowy debiut Roba Zombiego jest prawdziwie szalonym horrorowym cyrkiem, atakującym widza zarówno scenami przemocy, zaskakująco żywą stroną wizualną oraz niesamowitymi pomysłami na coraz to nowe poronione atrakcje. Jest to hołd dla Teksaskiej masakry piłą mechaniczną, ale w dużo bardziej oryginalnej oprawie, niż można początkowo sądzić. Tym większa szkoda, że Zombie nigdy później nie potrafił dorównać swojemu pierwszemu filmowi.

Bękarty diabła, stanowiące tematyczną kontynuację Domu… (trójka złoczyńców z tamtego filmu ucieka przed żądnym krwi szeryfem), ale stylistycznie kino dużo bardziej brutalne i szorstkie, natomiast mniej rozrywkowe, stały się lepszą wizytówką dla zamiłowań Zombiego. Te unaoczniły się wraz z jego remakiem Halloween, w którym Michael Myers przestaje być upiorem – poznajemy jego przeszłość, dzieciństwo, zamiłowanie do okrucieństwa od najmłodszych lat. Gdy dorasta, przypomina półrozumnego brutala, dwumetrową maszynę do zabijania. Strachu tam niewiele, sporo natomiast bezsensownej przemocy i bohaterów, których nie da się lubić (kolejny wyróżnik jego kina). Wraz z kontynuacją, przypominającą zły sen jakiejś mrocznej duszy, wszelka nadzieja, aby Zombie wyrósł na interesującego twórcę horroru, prysła.

Następna dekada i odejście gatunku od estetyki gore zaowocowało The Lords of Salem, bardzo nierównym, ale zaskakująco spokojnym filmem grozy z żoną reżysera, Sheri Moon Zombie, w roli głównej (obsadza ją w każdym swoim projekcie, lecz tutaj wypadła najlepiej). Można było pomyśleć, że Zombie zmienił się, dojrzał. Nic z tego. Jego następny film, 31, był już głośnym, nihilistycznym, głupim i ostatecznie strasznie nudnym horrorem, fabularnie zbliżonym do Domu 1000 trupów. Znów psychopaci i dewianci polują na bogu ducha winnych ludzi, którzy nie mają żadnych szans. Smutne. Nie lepiej zapowiada się 3 from Hell, przyszłoroczna kontynuacja Bękartów diabła. Niestety, Zombie brnie w tych samych klimatach i tematach co 15 lat wcześniej, dowodząc, że prawdopodobnie on jeden ze Splat Pack nie chce się zmienić.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA