Publicystyka filmowa
SPLAT PACK dekadę później. Co się stało z twórcami fali krwawych horrorów?
SPLAT PACK dekadę później to refleksja nad twórcami krwawych horrorów, którzy zrewolucjonizowali kino grozy w XXI wieku.
Pamiętacie ten czas, gdy o posthorrorze nikt jeszcze nie słyszał, eksplozja found footage’owej grozy dopiero miała nadejść, boom na azjatyckie horrory powoli dobiegał końca, a kurz po slasherowej modzie przełomu wieków opadł już doszczętnie? Estetyka gore zawojowała wtedy rynek. Twórcy horrorów koncentrowali się na zszokowaniu widzów obrazami pełnymi krwi i brutalności. Kolejne Piły święciły triumfy w box offisie, a w ślad za nimi szły Hostele, seria Oszukać przeznaczenie i remaki klasyków z lat siedemdziesiątych, by wymienić tylko Teksańską masakrę piłą mechaniczną, Wzgórza mają oczy czy Halloween. Oczywiście zdarzały się ambitniejsze filmy grozy i takie, które nie operowały dosłownością i hektolitrami sztucznej krwi, lecz począwszy od 2002 roku, kiedy to zadebiutowali Eli Roth oraz Neil Marshall, aż do końca pierwszej dekady XXI wieku horrorowy krajobraz w kinie był w znacznej mierze zdominowany przez niskobudżetowe, niezwykle makabryczne filmy, w tonacji wręcz nihilistycznej.
Świeża krew nowych filmowców dążyła do tego, aby ożywić gatunek nieco zmurszały przez zachowawcze produkcje z kategorią wiekową PG-13, zapatrzone w Krzyk, ale pozbawione jego inwencji slashery oraz przeładowane efektami specjalnymi straszaki, które nie straszą. Udało im się do tego stopnia, że wkrótce ukute zostały dwa pojęcia: torture porn oraz Splat Pack. To pierwsze stało się określeniem filmów, które miały celebrować przemoc i okrucieństwo, czyniąc z nich atrakcję samą w sobie. Nawet ich twórcom ten termin nie przypadł do gustu, choć nie potrafili w sposób przekonujący podważyć tych zarzutów – Roth twierdził, że Hostele są czymś więcej niż patologiczną rozrywką i stanowią reakcję na. .. atak na World Trade Center i późniejszą wojnę w Iraku, za to scenarzysta oryginalnej Piły, Leigh Whannell, uznał słynny film za swój wkład w popkulturę.
Co innego Splat Pack (od splatter, odmiany horroru w jego najbardziej krwawym wariancie), określenie nadane przez brytyjskiego krytyka, Alana Jonesa, który nazwał w ten sposób młodych twórców horrorowej sceny początku XXI wieku. Pierwotnie lista składała się z następujących nazwisk: Alexandre Aja, Darren Lynn Bousman, Neil Marshall, Greg McLean, Eli Roth, James Wan, Leigh Whannell i Rob Zombie (po pewnym czasie doszli do niej Robert Rodriguez oraz Adam Green, lecz trudno ich zaliczyć do pozostałych, gdyż Rodriguez był już wtedy twórcą znanym i niekoniecznie kojarzonym z kinem grozy,a dokonania Greena, z Toporem na czele, nie doczekały się mainstreamowej popularności). Paka krwawników nie miała problemu z tym nazewnictwem, zwłaszcza że panowie lubili się i doceniali własną twórczość. Ta zaś, z miejsca rozpoznawalna i dominująca w kinach, spotykała się z kilkoma wyjątkami raczej z pogardą ze strony krytyki. Filmowców i studia nie interesowało to, dopóki dzieła te przynosiły zysk, lecz zmieniło się to pod koniec dekady – wtedy to rozpoczął się stopniowy zanik zainteresowania tego typu kinem, ale też poszukiwania nowych dróg dla niektórych twórców. Gdzie są dziś członkowie Splat Pack? Często w miejscach, w których trudno byłoby nam ich zobaczyć jeszcze 10 lat temu.
JAMES WAN
Warto rozpocząć od tego nazwiska, gdyż to właśnie jego Piła przyczyniła się w dużej mierze do popularyzacji i późniejszej dominacji w kinach horroru opartego na gore. Ale urodzony w Malezji, a wychowany w Australii Wan bardzo szybko zrozumiał, że nie tędy droga. Pierwsza Piła zresztą, pomimo drastycznego punktu wyjścia, ohydnych wynalazków i mocno przewrotnego światopoglądu głównego złoczyńcy (Jigsaw karze tych, którzy na to zasługują, jednocześnie dając im szansę odnowy moralnej.
.. lub śmierć), jest filmem, w którym nie o tortury i okrucieństwo chodzi. To raczej pokaz talentu reżysera, zarówno stylistycznego, jak narracyjnego. Z niewielkim budżetem, bardzo krótkim czasem na zdjęcia i kilkoma znanymi nazwiskami w obsadzie (Cary Elwes, Danny Glover) udało się mu stworzyć horrorową perełkę, choć w tym przypadku lepszym określeniem byłby krwawy diament.
Następnie Wan, niechętny kontynuowaniu przygody z Jigsawem, nakręcił Martwą ciszę, gdzie gotycki horror starał się ubrać we współczesny, agresywny kostium, oraz Wyrok śmierci, thriller, w którym Kevin Bacon mści się za śmierć syna. Oba poległy w kinach, być może dlatego, że Australijczyk wciąż brodził w mrocznej i makabrycznej tonacji swego debiutu, choć akurat te filmy niekonieczne tego wymagały.
I tak, wraz z końcem poprzedniej i początkiem obecnej dekady, Wan postanowił odejść od stylistyki gore na rzecz straszenia duchami i demonami, bez epatowania nadmierną przemocą. Jego cykle Naznaczony oraz Obecność, podobnie jak wcześniej Piła, stały się wyznacznikiem tego, co w kinie grozy najpopularniejsze w ostatnich latach, choć on sam w międzyczasie ponownie dokonał zwrotu. Kilka lat temu nakręcił Szybkich i wściekłych 7, a pod koniec tego roku premierę będzie miał komiksowy Aquaman. Z twórcy operującego małymi budżetami, za to szukającego nowych metod straszenia widzów, przeistoczył się w reżysera potrafiącego zapanować nad widowiskiem za 200 milionów dolarów.
LEIGH WHANNELL
Tam, gdzie Wan, tam i (do pewnego momentu) Leigh Whannell. Jedyny twórca wśród splatpackowej braci, który w tamtym okresie nie był reżyserem. Trudno go jednak nie uznać za współautora Piły i jej sukcesu, skoro odpowiadał nie tylko za scenariusz, lecz również zagrał w nim jedną z głównych ról. Napisał również dwie kontynuacje horrorowego hitu, które przesunęły granicę wytrzymałości widzów, jednocześnie próbując zbudować z Jigsawa postać wręcz tragiczną. Jednak bez Wana za kamerą zabawa szybko stała się męcząca, a kolejne sequele tonęły w morzu nihilizmu i coraz bardziej makabrycznych obrazów.
Szybkim zwrotem od torture porn miała być Martwa cisza, ale dopiero Naznaczony stanowił punkt zwrotny w karierze obu twórców. Przy części trzeciej Whannell przejął pałeczkę po Wanie, debiutując całkiem udanie w nowej roli. Wciąż pisze kolejne części serii, w tym roku po raz drugi zasiadł zaś na stołku reżyserskim, kręcąc futurystyczne kino zemsty, Upgrade. Przyjęte bardzo entuzjastycznie przez widzów i krytyków, może stać się dla dawnego scenarzysty Piły przepustką do całkiem nowego rozdziału w jego karierze.
DARREN LYNN BOUSMAN
Przez pewien czas zastanawiałem się, czy Bousmana w ogóle na liście umieszczać, pomimo oczywistego członkowska w Splat Pack. Trudno bowiem w jego przypadku mówić o jakiejś autorskiej wizji, skoro jest najbardziej znany jako kontynuator Jamesa Wana, reżyser Piły II, III i IV. Te charakteryzowały się pójściem w stronę coraz bardziej ponurego widowiska, przepełnionego jeszcze większą ilością krwi oraz innowacyjnych metod zadawania bólu i śmierci. U Wana dało się jeszcze wyczuć pewną umowność, której sequele Bousmana były pozbawione, przez co z filmu na film brnięcie przez mroczny labirynt Jigsawa stało się coraz bardziej męczące. Nic dziwnego, że po jego odejściu z cyklu w Pile V dało się wyczuć świeżą krew.
Szybko się okazało, że Bousman nie ma pomysłu na siebie. O ile jeszcze Repo! The Genetic Opera, dziwaczny musical w świecie przyszłości, był potraktowany jako ciekawostka i rozwinięcie zamiłowań reżysera w horrorze cielesnym, o tyle późniejsze dokonania zepchnęły go na skraj kinowej dystrybucji i jakiegokolwiek zainteresowania ze strony widzów. Remake Dnia matki, 11-11-11 czy nie tak dawny Abattoir to filmy, które widziała garstka osób, a sam Bousman, niebędący nigdy nazwiskiem równie głośnym co Wan, potwierdził swój status wyrobnika, mającego oko do wizualnej strony, lecz zupełnie przeciętny warsztat.
ELI ROTH
Jedno z najgłośniejszych nazwisk horroru zeszłej dekady, ale to nie znaczy, że twórca spełniony. Zdolniacha, który już swoim pierwszym filmem, Śmiertelną gorączką, został zauważony przez środowisko. Kiedy Peter Jackson i Quentin Tarantino jednym głosem mówią o uwielbieniu dla twojego filmu, możesz myśleć, że złapałeś Pana Boga za nogi. I Roth chyba przesadnie uwierzył w swój talent. Lubię jego debiut, horror komediowy, w którym dominuje bardzo czarny humor; gdzie fabuła rodem z Martwego zła (grupka studentów jedzie do domu w lesie, lecz spotyka ich tam tylko śmierć) sąsiaduje z bardziej surrealistycznymi obrazami.
Szkoda, że później reżyser ten poszedł śladem koniunktury napędzanej sukcesem Piły. Oba jego Hostele są niczym więcej jak definicją torture porn – ich główną atrakcją jest obcinanie kończyn, przypalanie oczu, sadystyczna wręcz chęć najpierw pokazania tych wszystkich koszmarnych obrazów, aby następnie wykorzystać schemat kina zemsty i ukarać winnych w równie krwawy sposób. O ile pierwszy film, niepozbawiony narracyjnej biegłości, a nawet umiejętnego budowania napięcia, był sporym przebojem, o tyle drugi nie zaproponował już nic nowego. Sam Roth natomiast postanowił sprawdzić się na polu aktorskim, grając u Tarantino w Death Proof i Bękartach wojny i zaniedbując przy tym swoją karierę reżyserską (pomiędzy Hostelem II a The Green Inferno jest aż sześcioletnia przerwa, choć Amerykanin miał w międzyczasie realizować fantastyczne Endangered Species, lecz projekt ostatecznie upadł).
Kiedy Roth wrócił, filmowy horror przestał kręcić się wokół gore. Mimo to reżyser zrealizował hołd dla kanibalistycznych włoskich klasyków pt. The Green Inferno, który przepadł w kinach, a jego los podzielił również campowy thriller z Keanu Reevesem, Kto tam?, o słomianym wdowcu, dwóch ponętnych dziewczynach i karze za wiarołomstwo. Wtedy to studio Warner Bros. zdecydowało się powierzyć Rothowi reżyserię The Meg, filmu o prehistorycznym rekinie, ale nic z tego nie wyszło.
Ponoć twórca Hostelu chciał wielkobudżetową superprodukcję nakręcić z kategorią wiekową R oraz samym sobą w roli głównej (film, który ostatecznie powstał, mógł pochwalić się kategorią PG-13 i Jasonem Stathamem na czele obsady). Roth jednak nie załamał się i dokonał zwrotu o 180 stopni, przyjmując zaproszenie od Stevena Spielberga, aby zrealizować Zegar czarnoksiężnika dla dziecięcej widowni. I to w tym samym roku, w którym wyszedł jego słabo przyjęty przez widownię i krytykę remake Życzenia śmierci. Jeśli zatem Zegar okaże się hitem, Rotha może czekać bardzo ciekawa i obiecująca kariera w kinie stanowiącym kompletne przeciwieństwo jego dotychczasowych fascynacji.
ROB ZOMBIE
Najbardziej frustrująca kariera w tym zestawie. Pamiętam, jak po raz pierwszy sięgnąłem po jego Dom 1000 trupów, przekonany, że film mi się nie spodoba. Nie jestem fanem muzyki Zombiego (a warto wiedzieć, że zanim został reżyserem, był liderem heavy metalowego zespołu White Zombie), a materiały reklamowe sugerowały nieznośne i ohydne widowisko. Tymczasem filmowy debiut Roba Zombiego jest prawdziwie szalonym horrorowym cyrkiem, atakującym widza zarówno scenami przemocy, zaskakująco żywą stroną wizualną oraz niesamowitymi pomysłami na coraz to nowe poronione atrakcje.
Jest to hołd dla Teksaskiej masakry piłą mechaniczną, ale w dużo bardziej oryginalnej oprawie, niż można początkowo sądzić. Tym większa szkoda, że Zombie nigdy później nie potrafił dorównać swojemu pierwszemu filmowi.
Bękarty diabła, stanowiące tematyczną kontynuację Domu… (trójka złoczyńców z tamtego filmu ucieka przed żądnym krwi szeryfem), ale stylistycznie kino dużo bardziej brutalne i szorstkie, natomiast mniej rozrywkowe, stały się lepszą wizytówką dla zamiłowań Zombiego. Te unaoczniły się wraz z jego remakiem Halloween, w którym Michael Myers przestaje być upiorem – poznajemy jego przeszłość, dzieciństwo, zamiłowanie do okrucieństwa od najmłodszych lat. Gdy dorasta, przypomina półrozumnego brutala, dwumetrową maszynę do zabijania. Strachu tam niewiele, sporo natomiast bezsensownej przemocy i bohaterów, których nie da się lubić (kolejny wyróżnik jego kina). Wraz z kontynuacją, przypominającą zły sen jakiejś mrocznej duszy, wszelka nadzieja, aby Zombie wyrósł na interesującego twórcę horroru, prysła.
Następna dekada i odejście gatunku od estetyki gore zaowocowało The Lords of Salem, bardzo nierównym, ale zaskakująco spokojnym filmem grozy z żoną reżysera, Sheri Moon Zombie, w roli głównej (obsadza ją w każdym swoim projekcie, lecz tutaj wypadła najlepiej). Można było pomyśleć, że Zombie zmienił się, dojrzał. Nic z tego. Jego następny film, 31, był już głośnym, nihilistycznym, głupim i ostatecznie strasznie nudnym horrorem, fabularnie zbliżonym do Domu 1000 trupów. Znów psychopaci i dewianci polują na bogu ducha winnych ludzi, którzy nie mają żadnych szans.
Smutne. Nie lepiej zapowiada się 3 from Hell, przyszłoroczna kontynuacja Bękartów diabła. Niestety, Zombie brnie w tych samych klimatach i tematach co 15 lat wcześniej, dowodząc, że prawdopodobnie on jeden ze Splat Pack nie chce się zmienić.
NEIL MARSHALL
Jedyny Brytyjczyk w grupie, na dodatek trudno jego filmy zestawić z dziełami innych członków Splat Pack, gdyż zdecydowanie woli zagrożenie fantastyczne. Zadebiutował Dog Soldiers, gdzie grupka żołnierzy walczy z watahą wilkołaków w szkockich lasach. Horror sąsiadował tu z kinem akcji oraz bardzo czarną komedią, a sam film stał się rewelacją kilku festiwali. Prawdziwy przełom oraz powód, dla którego Marshall trafił do tego zestawienia, przyszedł wraz z premierą Zejścia, straszącego potworami w podziemnych jaskiniach.
Głowy są tu rozłupywane, wnętrzności wyjadane, a oczy wciskane w oczodoły, ale to ponura, wręcz żałobna atmosfera całości działa na widza najsilniej. Film z miejsca stał się przebojem, ale również, jako jeden z niewielu przykładów tamtego nurtu, został doceniony przez krytykę.
Niestety Marshall nie potrafił powtórzyć sukcesu Zejścia. Postapokaliptyczny Doomsday był kalką Ucieczki z Nowego Jorku i Mad Maxa, a Centurion, bazujący na podobnym schemacie, co jego wcześniejsze filmy (grupka bohaterów w starciu z nieznanym wrogiem na jego terenie), raził b-klasowym podejściem i wykonaniem. Oba obrazy zaliczyły dotkliwe klapy. Anglik niespecjalnie był zainteresowany kontynuacją Zejścia, choć to ostatecznie powstało, wyreżyserowane przez montażystę oryginału, Jona Harrisa.
W międzyczasie Marshall pracował nad realizacją Drive z Hugh Jackmanem w roli głównej, lecz ostatecznie obaj panowie pożegnali się z projektem w okolicach premiery Centuriona. Niemal całą obecną dekadę reżyser spędził, tworząc dla telewizji – nakręcił po parę odcinków Gry o tron, Piratów oraz niedawno Zagubionych w kosmosie. Sporym zaskoczeniem była zatem informacja o tym, że przejął on po Guillermo del Toro Hellboya, i to właśnie reboot jego autorstwa obejrzymy na początku przyszłego roku. Marshall ma okazję odbić się od dna – premiera komiksowej ekranizacji z pewnością będzie wydarzeniem. Pytanie, co potem.
ALEXANDRE AJA
Jedyny Francuz w zestawieniu, jedyny również twórca, który debiutował jeszcze w XX wieku. Trudno jednak uznać Furię, ekranizację króciutkiego opowiadania Julio Cortázara, za film znany, jeszcze trudniej za horror. Tym samym jego splatpackowym pierwszym obrazem jest Blady strach, wspaniały dreszczowiec o dwóch dziewczynach, które zostają zaatakowane przez psychopatycznego mordercę. Film ten uznaje się również za przedstawiciela francuskiej ekstremy, parę lat wcześniejszego nurtu dzieł, w których nadrzędnym motywem był upadek człowieczeństwa, zezwierzęcenie, wyzbycie się wszelkich norm moralnych.
Aja nie szuka diagnozy takiego stanu rzeczy, interesuje go jedynie ubranie tego tematu w szaty bliskie wczesnemu kinu Wesa Cravena. Film okazał się wydarzeniem na kilku festiwalach, a reżyser dostał zaproszenie do Hollywood, gdzie pierwsze, co zrobił to… remake Cravenowskiego horroru Wzgórza mają oczy. Znów było hiperbrutalnie, wręcz potwornie (głównymi czarnymi charakterami jest tu rodzina kanibali), ale niepokojąco rozrywkowo.
Trafieniem kulą w płot okazała się przeróbka koreańskiego thrillera Lustra z Kieferem Sutheralandem w roli głównej. Aja popełnił ten sam błąd, co Wan przy Martwej ciszy – wziął pełen tajemnicy oraz dwuznaczności tekst i zatopił go w pośledniej jakości efektach gore. Wyszła mu ostatnia scena, szkoda, że tak późno. Za to prześmiewcza Pirania 3D była popisem krwiożerczego apetytu rybek, które wcinały ciała pięknych nastolatków oraz Kelly Brook. Był to również pierwszy film Francuza, w którym próbował łączyć ze sobą różne gatunki i konwencje.
Z różnym skutkiem. Rogi, ekranizacja powieści Joe Hilla, miota się od dramatu do komedii, od realizmu do fantastyki, prezentując historię wielkiej miłości, potem śmierci, a w końcu zemsty, nigdy jednak nie znajdując właściwej równowagi. Byłem natomiast zaskoczony, jak bardzo podobał mi się następny film tego reżysera, 9. życie Louisa Draxa, w którym początkowa narracja dziecka, sugerująca kino łatwe i przyjemne, ustępuje miejsca dużo bardziej mrocznej tematyce. Całość zazębia się naprawdę pięknie, choć dla wielu widzów był to z pewnością dziwny seans.
To właśnie Aja, obok Wana, jest najbardziej utalentowanym twórcą dawnego Splat Pack, gdyż nawet w jego najsłabszych filmach da się dostrzec coś więcej niż zabawę czerwoną farbą lub chęć torturowania biednego widza. Choćby jawnie campowa Pirania 3D – wzięta w wielki cudzysłów parodia gatunku, coś, co w swej pozornej infantylności kryje niebanalny zamiar. W przyszłym roku ma mieć swoją premierę Crawl, wyprodukowany przez Sama Raimiego horror o młodej kobiecie walczącej we własnym domu z huraganem i aligatorami, Aja od lat ma zaś w swoich planach wielką adaptację mangi Space Adventure Cobra, która jednak wciąż nie może dojść do skutku.
GREG McLEAN
Kolejny Australijczyk na liście, choć przez długi czas kręcący nie w Stanach Zjednoczonych, ale na swoim rodzimym kontynencie. I wykorzystujący tamtejsze plenery, aby pokazać, że przed śmiercią nie ma ucieczki. Ta może mieć oblicze psychopatycznego, wiecznie uśmiechniętego myśliwego, jak w głośnym Wolf Creek, bądź posiadać zestaw wielkich zębów, jak krokodyl-ludobójca w Rogue. Pierwszy z tych tytułów zapewnił McLeanowi miejsce na liście Alana Jonesa, a drugi sprawił, że szybko o reżyserze zapomniano.
W Wolf Creek trójka młodych turystów zostaje sterroryzowana przez kogoś, kto w innym, bardziej pogodnym filmie mógłby uchodzić za skarb narodowy Australii, kuzyna Krokodyla Dundee. Ale Mick Taylor (John Jarratt w roli swojego życia) to nie Mick Dundee i wkrótce mężczyzna rozpoczyna morderczą grę ze swoimi ofiarami. McLean nasyca swój debiut atmosferą, której bliżej do Teksańskiej masakry piłą mechaniczną niż jakichkolwiek innych australijskich horrorów, czyniąc z Taylora postać o równie przerażającym rysie i skłonnościach co Leatherface. Wolf Creek jest mroczny, pesymistyczny i polegający w dużej mierze na poczuciu nieuchronnej klęski, choć krwawych scen tu również nie brakuje. Sukces filmu był niepodważalny, choć część krytyków (w tym Roger Ebert) była nim zadziwiona, a samym dziełem zniesmaczona.
Po porażce finansowej, jaką okazał się Rogue (skądinąd solidny przedstawiciel horrorów z nurtu animal attack), McLean nie nakręcił nic przez następne 6 lat, aby wrócić… sequelem Wolf Creek. Powstał film będący już nie tyle dreszczowcem, co czarną komedią, w której Taylor urasta do rangi niezniszczalnego złoczyńcy, a ze śmierci się tu śmieje. Nie wszyscy fani oryginału byli zadowoleni, ale McLean odzyskał wiarygodność, co postanowił wykorzystać w Hollywood. Jednak ani horror Duchy kanionu, ani satyryczna makabreska The Belko Experiment, ani nawet dramat survivalowy Dżungla nikogo nie zainteresowały. Co zatem zrobił McLean? Znów wrócił do Wolf Creek, tym razem w wersji serialowej, również z Jarrattem w roli głównej. Powstałe dwa sezony zebrały dobre recenzje. Rodzi się jednak smutna konstatacja, że australijski reżyser nie bardzo wie, jak wyjść poza utarty schemat. Za każdym razem, gdy podejmuje próbę nakręcenia czegoś nowego, nie znajduje odbiorcy. Czyżby fani McLeana byli zainteresowani tylko jego Mickiem Taylorem?
