Publicystyka filmowa
NAJLEPSZE ROLE BEZ NOMINACJI DO OSCARA. Wybrana siódemka wspaniałych
NAJLEPSZE ROLE BEZ NOMINACJI DO OSCARA to feeria nieodkrytych talentów, które zasługują na aplauz, mimo że nie zdobyły złotych statuetek.
Są takie role, które trudno wyrzucić z pamięci. Uderzające w czułe struny, magnetyzujące, skupiające na sobie uwagę. Dodatkowo podnoszące w naszych oczach wartość filmu i stanowiące jego najlepszy element.
Jakże zdziwieni jesteśmy gdy okazuje się, że występy, które my obsypalibyśmy workiem trofeów, przeszły w sezonie nagród bez większego echa. Przede wszystkim – nie zostały nominowane do tej najbardziej pożądanej. Kolejne rozdanie Oscarów już wkrótce, ja tymczasem chciałbym zerknąć wstecz i wybrać siedem wspaniałych ról, w moim mniemaniu zasługujących przynajmniej na docenienie w postaci nominacji. Naturalnie to tylko wycinek z wielu innych.
Paul Dano – Eli (Aż poleje się krew, 2007)

Film Paula Thomasa Andersona w pewnym sensie zagarnął dla siebie Daniel Day-Lewis, tworząc kreację powszechnie uważaną za jedną z najlepszych w historii kina, zresztą całkiem słusznie. Rzadko trafiają się tak wybitne role. Paul Dano, jakkolwiek doczekał się na przykład nominacji do BAFTY, tak w wyścigu o Oscary został już pominięty. To mocno krzywdzące. Owszem, Day-Lewis wywindował tu poziom aktorstwa na niebotyczną wręcz wysokość, ale Dano dzielnie dotrzymuje mu kroku, dzięki czemu kilka z ich wspólnych scen śmiało można nazwać jednymi z najlepiej zagranych w historii kina.
Młodszy z aktorów nie został przyćmiony geniuszem starszego kolegi i chwała mu za to. Naturalnie nie jest tak, że bez Day-Lewisa Dano nie ma okazji błyszczeć – wręcz przeciwnie, gdy ten pierwszy akurat nie pojawia się na ekranie, Dano doskonale wykorzystuje sytuację i ściąga na siebie całą uwagę widza, jak na przykład w fenomenalnej scenie kazania. Szarżuje, ale bez przekroczenia granicy która odebrałaby jego postaci wiarygodność.
Natalie Portman – Matylda (Leon zawodowiec, 1994)
Cóż za debiut! Całkowicie dziwi mnie fakt, że pierwsza rola Portman została właściwie pominięta w jakichkolwiek istotnych nominacjach. To dojrzały, przejmujący występ, do teraz jedno ze szczytowych osiągnięć w jej karierze. Spektrum emocji, które przejawia jako Matylda – obojętność, żal, smutek, determinacja – Portman odgrywa bezbłędnie. Naturalnie przychodzi kibicowanie jej w misji sobie wyznaczonej, bo wierzymy w jej motywacje. Żadnego w tym fałszu. Przy tym wszystkim aktorka, zaledwie trzynastoletnia wtedy, doskonale odnajduje się w towarzystwie starszych kolegów po fachu, jak gdyby granie rzeczywiście miała we krwi.
Matylda i Leon to duet dziś ikoniczny nie bez powodu. Choć jej tło by na to nie wskazywało, jest to piękna, wzruszająca relacja oparta na przyjaźni i wsparciu, które udziela sobie nawzajem dwójka bardzo samotnych osób. Dla Portman Leon to wspaniały początek kariery. Dla widza sama przyjemność oglądania jej aktorstwa.
Gary Oldman – Norman Stansfield (Leon zawodowiec, 1994)

Zostajemy przy obsadzie Leona (nic nie poradzę, ten film jest zagrany fenomenalnie!). Oscary to jedno, ale Oldman, podobnie jak Portman, za swoją rolę nie doczekał się żadnej nominacji. Wyjątkowo to zaskakujące, przynajmniej z mojej perspektywy – Stansfield to jedna z tych kreacji, które szczególnie wstrząsnęły mną na początku mojej drogi kinomana. Tak jak Oldman w wywiadach jawi się jako przesympatyczny, ciepły człowiek, tak Stansfield powoduje ciągłe uczucie niepokoju. Nie wiadomo, kiedy wpadnie w szał, stanie się agresywny i wrzaśnie, a jego obecność na ekranie powoduje szybsze bicie serca.
Wzbudzany przez niego strach wynika również z działań, które podejmuje, ale wciąż – nawet bardziej przerażające jest nie to, co robi, a to, do czego w ogóle może być zdolny. Słynna scena z „Everyone!!!” to absolutne mistrzostwo i dobre podsumowanie całego tego występu – pozornie przerysowany, ale gdzieś w gruncie rzeczy koszmarnie realistyczny. Strach się bać.
Ethan Hawke oraz Julie Delpy – Jesse i Celine (trylogia Before, 1995–2013)

Na potrzeby wpisu potraktuję ten aktorski tandem jako jedność, bo i trudno mi patrzeć na ich postaci w oderwaniu od siebie. Hawke i Delpy zostali co prawda docenieni nominacją do Oscara za scenariusze do drugiej i trzeciej odsłony trylogii, ale gdyby zależało to ode mnie, uhonorowałbym ich również w kategorii aktorskiej. W każdej z części chemia między nimi jest niemal namacalna, a wymiany zdań prowadzą z taką naturalnością, jakby zarejestrowano na kamerze nie wyreżyserowane sceny, a prywatne rozmowy. Ich występy stanowią o sile tych wspaniałych filmów. Nie sposób oderwać wzroku od ekranu, bo choć w teorii oglądamy tylko rozmawiające dwie osoby, to dynamika między aktorami, delikatne gesty i niuanse, wreszcie sposób, w jaki na siebie patrzą – wszystko to tworzy wraz z dialogami doskonałą mieszankę i mocno zapada w pamięć. Trudno wyobrazić sobie lepiej dobrany duet.
Michael Keaton – Batman (Batman oraz Powrót Batmana, 1989–1992)

Być może zaraz podniosą się głosy, że jest wiele innych ról, które można byłoby włączyć w to zestawienie – cóż, nie zmienia to faktu, że Keatona jako Batmana uwielbiam już od najmłodszych lat i uważam za zasadne wpisanie go na tę listę. Aktor bezbłędnie wypadł zarówno jako Bruce Wayne, jak i jego alter ego. W kostiumie Batmana jest charyzmatyczny, mroczny i złowieszczy (nie potrzebuje do tego groteskowej chrypy!), jako Wayne odpowiednio szarmancki, ale i wyraźnie naznaczony tragedią z dzieciństwa. W obu przypadkach całkowicie przyciąga do ekranu oraz idealnie wpasowuje się w Burtonowską stylistykę i wizję tej postaci.
Nadal uważam Keatona za najlepszą kinową inkarnację Mrocznego Rycerza i nie pogniewałbym się, gdyby już wtedy doceniono go nominacją. Niestety ten zdolny aktor doczekał się takiego zaszczytu dopiero ćwierć wieku później.
Andy Serkis – Caesar (Wojna o planetę małp, 2017)

Cóż, zdaję sobie sprawę, że nominowanie do Oscara występu zarejestrowanego w technice motion-capture byłoby pewnym ewenementem, ale niech to, Serkisowi należałoby się jak psu buda. Nie tylko za rolę Caesara zresztą, bo już jego Gollum nie był należycie doceniony, lecz to występ w Wojnie o planetę małp uważam za opus magnum tego aktora. Jasne, na ekranie widzimy ostatecznie wytwór komputera, ale pod warstwą CGI bez problemu da się dostrzec mimikę i ruchy Serkisa.
Co więcej, w wygenerowanej cyfrowo postaci jest paradoksalnie więcej życia i emocji niż u niejednego ludzkiego bohatera. Serkis daje tu z siebie absolutne maksimum – obnaża swoim aktorstwem wszystko to, co targa Caesarem od środka i co rosło w nim na przestrzeni kilkunastu lat. Całe zmęczenie, doświadczenia i ból. Rola, która w dużej mierze stanowi o wspaniałości zamknięcia trylogii o małpach. Nie sposób nie poczuć empatii i z przejęciem zatopić w historii. Niesamowite dokonanie.
Hugh Jackman – Logan (Logan: Wolverine, 2017)

Zaczęliśmy postacią z kart komiksu i tak też kończymy. Byłem i jestem pod ogromnym wrażeniem ostatniego występu Jackmana w roli Logana, stąd umieszczam go na liście. To piękne pożegnanie z postacią, w którą wcielał się siedemnaście lat i występ miejscami łamiący serce (szczególnie w scenach dzielonych z Patrickiem Stewartem, także fantastycznym). Sytuacja bardzo podobna jak w przypadku Serkisa i Caesara w Wojnie o planetę małp – w samych oczach i twarzy Jackmana doskonale odbijają się wszystkie lata, które doprowadziły go do obecnej sytuacji, przesyt wszystkim tym, z czym przychodzi mu się mierzyć i wielki smutek prześladujący go codziennie.
Jego rola dodatkowo wzmacnia już i tak wysoki poziom filmu i jest jednym z głównym powodów, dla których Logan to w swojej kategorii produkcja wyjątkowa. Gdyby to zależało ode mnie, doceniłbym ją nominacją.
Czy brak oscarowych nominacji dla tych ról umniejsza w jakikolwiek sposób ich wartości? Oczywiście nie, niemniej byłoby miło, gdyby wysiłek wymienionych aktorów i doskonały efekt ich pracy spotkał się z tego typu uznaniem. Nawet wśród zdobywców statuetki mógłbym wskazać występy słabsze niż wszystkie z powyżej przytoczonych.
Zatem jakie są wasze typy?
korekta: Kornelia Farynowska
