Recenzje
HOKUM. Jeden z najlepszych HORRORÓW ostatnich lat
Hokum Damiana McCarthy’ego nie odkrywa nowych lądów na mapie filmów grozy, ale sprawia, że wycieczka w znane już rejony staje się ekscytującą ekspedycją.
Hokum Damiana McCarthy’ego nie odkrywa nowych lądów na mapie filmów grozy, ale sprawia, że wycieczka w znane już rejony staje się ekscytującą ekspedycją.
Ohm Bauman jest znanym amerykańskim pisarzem, ale jego życie prywatne nie układa się najlepiej. Bauman nigdy nie przepracował trudnego dzieciństwa: tragicznej śmierci matki i alkoholizmu ojca. Pewnego dnia literat wybiera się na irlandzką prowincję, żeby rozsypać prochy rodziców opodal hotelu, w którym spędzali oni swój miesiąc miodowy. Na miejscu zastaje kilku pracowników pensjonatu (w okolicy kręci się też dziwny bezdomny), od których dowiaduje się, że apartament dla nowożeńców jest nawiedzony. Gdy hotelowa barmanka znika bez śladu, Bauman, który ma wobec niej dług, postanawia ją odnaleźć.

Damian McCarthy zafascynował się horrorami dzięki ojcu, który w latach 80. i 90. prowadził wypożyczalnię kaset wideo w irlandzkim miasteczku Bantry. Zawsze byłem wielkim fanem kina grozy i filmów w ogóle – wyznał scenarzysta i reżyser, który rzemiosła uczył się w St. John’s Central College. Przełomem w karierze McCarthy’ego stał się jego pełnometrażowy, bardzo dobrze przyjęty debiut Wyspa mroku (2020), dzięki któremu mógł on kontynuować działalność filmową. Jeszcze lepszy Dom osobliwości (2024) potwierdził renomę Irlandczyka jako jednego z najbardziej obiecujących twórców horrorów średniego pokolenia.
Wielu kolegów po fachu McCarthy’ego ma tendencję do obniżania lotów po kilku dobrych filmach, jak na przykład Osgood Perkins, który po znakomitym Kodzie zła zrobił lichą Małpę. Inni – mówię o tobie, Ari Asterze – od lat są kompletnie przeceniani zarówno przez krytyków, jak i sugerujących się ich ocenami snobistycznych widzów. Irlandzkiego filmowca ten syndrom nie dotyczy. Oba jego dotychczasowe filmy wykazują nie tylko pasję do horrorów, ale też głębokie zrozumienie prawideł, jakimi rządzi się ten gatunek, co pozwala mu na swobodną żonglerkę jego elementami – dowodem Hokum, najlepsze dzieło reżysera.

McCarthy nie pisze na nowo historii horroru, nie jest rewolucjonistą ani innowatorem, a jednak Hokum sprawia wrażenie powiewu świeżości w zatęchłym gabinecie grozy, który od dawna ponad potrzebę mnoży kolejne, podobne do siebie jak dwie krople krwi i niezbyt przerażające byty. Tymczasem w swoim trzecim filmie Irlandczyk osiąga mistrzostwo w kreowaniu mrocznej i niepokojącej atmosfery oraz w budowaniu napięcia precyzyjnie odmierzanego tempem niespiesznym, lecz nie ślamazarnym. Podobnie jak poprzednie jego utwory, Hokum to dzieło skierowane do do widzów cierpliwych i wrażliwych na detal.
A takowych tutaj nie brakuje: od pieczołowicie wykonanej scenografii i rytmu montażu, poprzez skąpane w półmroku zdjęcia i sugestywną muzykę, aż po konstrukcję scenariusza i aktorstwo (Adam Scott w swojej życiowej roli). Całość jest powściągliwa, ale nie asekurancka; efektywna, ale nie efekciarska; chłodna, ale nie wyprana z emocji – i to wszystko samo w sobie stoi już w opozycji do większości współczesnych horrorów zbudowanych w dużej mierze na kliszach, powtórzeniach i jump scare’ach. Jeśli zaś idzie o tę ostatnią taktykę, McCarthy’emu też zdarza się ją stosować, robi to jednak z godnym podziwu umiarem i klasą.

Imponuje sposób, w jaki twórca prowadzi narrację: prosto i do celu, bez zbędnych uwikłań i udziwnień, bez zmierzających donikąd wątków pobocznych, za to konsekwentnie i z chirurgiczną dokładnością. Być może najlepsze w Hokum jest to, co tak bardzo podobało się też w Domu osobliwości: to, jak nierozliczone traumy z przeszłości wpływają na teraźniejszość, a także to, jak nadprzyrodzone zjawiska gładko splatają się z realną przemocą stosowaną przez „zwykłych” ludzi. Te dwa wątki zazębiają się tak dobrze, jakby należały do tego samego porządku. Najlepszy horror od lat, może od czasu… Domu osobliwości.

