Connect with us

Publicystyka filmowa

Przerażający ideał, czyli 10 HORRORÓW, które nie mają ŻADNYCH WAD

Odkryj najdoskonalsze dzieła, jakie oferuje gatunek, w artykule „Przerażający ideał, czyli 10 HORRORÓW, które nie mają ŻADNYCH WAD”.

Published

on

Przerażający ideał, czyli 10 HORRORÓW, które nie mają ŻADNYCH WAD

Horror jako gatunek pozwala na szereg nowatorskich pomysłów oraz rozwiązań, które zachwycą niejednego fana kinematografii. W jego długiej historii możliwe jest odnalezienie filmów, które w swojej konstrukcji nie mają żadnych wad. Poniżej wybrałam kilka ciekawszych przykładów horrorowych dzieł, które ocierają się o bycie prawdziwymi ideałami.

Advertisement

UWAGA! na możliwe spoilery

Gasnący płomień (1944)

Okazuje się, iż w niektórych przypadkach tytuł filmu staje się funkcjonującym w powszechnym obiegu czasownikiem. Na przykłada „gump” z produkcji Forrest Gump oznacza wstawienie fikcyjnej postaci do sytuacji historycznej.

Advertisement

Z kolei termin „gaslight” to termin oznaczający psychologiczną manipulację osobą w celu zakwestionowania jej własnego zdrowia psychicznego. Słowo to bezpośrednio odnosi się do tytułu filmu z 1944 roku (Gasnący płomień), który został wyreżyserowany przez George’a Cukora, a zaliczany jest do gatunku amerykańskiego horroru psychologicznego.

Film jest praktycznie pozbawiony wad, zarówno w odniesieniu do warstwy fabularnej, jak i aktorstwa. Fabuła skupia się na diabolicznym mężu, który planuje doprowadzić swoją żonę do szaleństwa poprzez kampanię fałszywych oskarżeń i sfabrykowanych wspomnień. Ale to nie wszystko, gdyż mamy wiktoriański Londyn, zabójcę, który nigdy nie został znaleziony, i tajemnicze morderstwo.

Advertisement

Produkcja stoi jednak genialnym popisem aktorskich umiejętności Ingrid Bergman, która dostała za niego pierwszego w swojej karierze Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Niezwykłe jest to, że tak silna osobowość w sposób niesamowicie przekonujący zagrała nieśmiałą ofiarę swojego męża. A trzeba pamiętać, że produkcja to coś więcej niż tylko horror. To przede wszystkim sardoniczny portret złego małżeństwa, które koniec końców wcale tym małżeństwem nie musi być.

Słodkich snów (2011)

Ten film znalazł się na mojej liście z kilku prostych powodów. Po pierwsze za to, że cała fabuła została oparta na prostym koncepcie zaczerpniętym z Psychozy Hitchcocka, gdzie w jednej scenie samochód, w którego bagażniku znajduje się ciało, tonie za wolno. Widz patrzy i czuje frustrację seryjnego mordercy, niemal współczując szaleńcowi.

Advertisement

Motyw ten został wykorzystany w produkcji z 2011 roku, kiedy to dostajemy pełnometrażową wersję powyższej sceny. Luis Tosar wciela się w rolę portiera w apartamentowcu, którego głównym życiowym celem jest sprawić, by mieszkańcy byli jak najbardziej nieszczęśliwi. Robi to jednak w niezwykle subtelny i niezwykle przerażający sposób. Przykładowo: podlewa rośliny o złej porze dnia, aby te szybko umarły, karmi psa starej kobiety niewłaściwym pożywieniem, przez co ten choruje, chowa zgniłe owoce w tylnej części lodówki. Jego najnowszym celem jest młoda i radosna Clara. Obserwujemy więc ciąg zdarzeń: od SMS-ów z groźbami po mieszanie kosmetyków z trucizną. Finalnie to jednak widz musi sam zdecydować, czy kibicuje naszemu antagoniście, czy też potępia jego czyny.

Produkcja jest ćwiczeniem filmowym, które ociera się o bycie obrazem idealnym. To odwrócenie klasycznego horrorowego założenia, bo obserwujemy całą sytuację z punktu widzenia prześladowcy, a nie osoby prześladowanej. Przez to widz musi mierzyć się z punktem widzenia osoby, która niejako dzierży władzę. Jaume Balagueró, szerszej publiczności znany z dwóch pierwszych części horroru [REC], w tym przypadku idealnie balansuje pomiędzy tempem opowiadanej historii a jej tonem. Przez to praktycznie do ostatniej chwili trzyma widza w napięciu. Było to niezwykle trudne zadanie, z którego twórcy wywiązali się znakomicie.

Advertisement

Noc żywych trupów (1968)

Nakręcony w czerni i bieli na przestrzeni siedmiu miesięcy, przy dość skromnym budżecie, film Romero zdefiniował współczesny horror i wywarł niepowtarzalny wpływ na wielu reżyserów, nie tylko tych zajmujących się gatunkiem. Jest to przykład filmu idealnego, który nawet dziś ogląda się z wypiekami na twarzy, mimo iż każdy z nas doskonale wie, jak to wszystko się skończy.

Fabuła filmu jest prosta: Barbara i jej brat Johnny zostają zaatakowani podczas wizyty na cmentarzu. Johnny zostaje zabity przez zombie, zaś Barbara spotyka Bena, który również ucieka przed niedawno obudzonym zmarłym. Udaje im się zabarykadować w pobliskim domu. Odkrywają, że nie są tam sami. W piwnicy ukryły się bowiem dwie pary, a córka jednej z nich zostaje ugryziona przez zombie. Ciągłe kłótnie i napięcie sprawiają, że grupa upada, a Ben zostaje zastrzelony, gdyż zostaje wzięty za zombie.

Advertisement

Reżyser jawi się jako głęboki krytyk społeczny, co niesie ze sobą ryzyko niezrozumienia jego przekazu. Nie umniejsza to jednak wielkości jego dzieła. Choć ton filmu jest dość ponury, to jednak udało się doń wprowadzić wiele elementów humorystycznych, które wynoszą dzieło na zupełnie nowy poziom. Możliwe jest tam chociażby odnalezienie nawiązania do grupy komediowej – The Three Stooges.

Produkcja nie tylko koncentruje się na wszelkiego rodzaju zapożyczeniach intertekstualnych, ale przede wszystkim proponuje widzom oryginalną atmosferę oraz satyrycznego ducha, który unosi się nad nią od początku do końca. Można argumentować, że chociaż wiele filmów zawiera ikonograficzne odniesienia do Nocy żywych trupów, społeczna i ironiczna siła oryginalnej wizji Romero jest rzadko osiągana w praktyce. To kolejne potwierdzenie, że to film bez wad.

Advertisement

Coś za mną chodzi (2014)

it follows

Drugi film fabularny w dorobku reżysera Davida Roberta Mitchella okazał się całkowitym zaskoczeniem. Fakt, iż widz od samego początku do końca trzymany jest przez twórców na dystans, dzięki czemu dużo łatwiej jest wciągnąć się w opowiadaną historię, sprawia, że jest to dzieło prawie idealne.

To z jednej strony ciekawa wariacja na temat historii o duchach, choć te niekonieczne straszą i nawiedzają naszych bohaterów. Z drugiej strony fabuła skupia się na nastolatkach uprawiających seks, przy czym nie mamy do czynienia ani z celebracją tego zdarzenia, ani też całkowitym potępieniem tego typu zachowań. Siłą produkcji jest to, iż nasze lęki z czasów młodości zostaną spotęgowane na ekranie, a następnie związane ze starożytnymi wierzeniami. Mamy tu do czynienia z przesłaniem, iż po osiągnięciu pełnoletności cały czas musimy zmagać się z niepokojem i lękiem, które nigdy do końca nie znikają.

Advertisement

O idealności dzieła świadczy również to, że jest to „piękny horror” za garść dolarów, który od początku do końca jest przemyślany przez twórców. Dlatego ogląda się go znakomicie. To bardziej niepokojący sen aniżeli konwencjonalny, przerażający horror. Siłą obrazu jest jego atmosfera, z niepokojącym pejzażem dźwiękowym i przemieszczającymi się panoramicznymi obrazami.

Film jest także odświeżającym powrotem do klasycznych opowieści grozy, gdzie wiktoriańska mizoginia została całkowicie wywrócona do góry nogami za sprawą kilku prowokacji. Mimo ekspozycji zło dalej pozostaje niewytłumaczone i tajemnicze. Film zwraca także uwagę na złożoność roli seksu, który z jednej strony wiąże się z początkiem dorosłości, a z drugiej stanowi źródło komfortu czy ucieczki.

Advertisement

Pozwól mi wejść (2008)

Jeden z moich ulubionych skandynawskich horrorów o wampirach także ociera się o bycie dziełem pozbawionym wad. Film jest ekranizacją powieści Wpuść mnie z 2004 roku. Jego niewątpliwą siłą jest odwołanie się do tradycji wampirycznej, która jest tu potraktowana śmiertelnie poważnie. To skoncentrowanie się na interpretacji przedstawionej chociażby przez Murnaua i Herzoga, co sprawia, że produkcja ta jest jeszcze bardziej oryginalna i idealna. Jest to również bolesny obraz nagłego związku między dwójką dwunastolatków u progu dojrzewania, który bez wątpienia nie jest przeznaczony dla dzieci.

Z jednej strony to idealnie połączenie życia i fantazji, gdzie prawdziwy horror przejawia się w ramach przyziemnych kontekstów, takich jak szkoła czy rodzina. To także zwrócenie uwagi, że wampirze życie Eli jest co prawda smutne, jednak relacja, jaką nawiązują dzieci, okazuje się równie delikatna, co niepokojąca.

Advertisement

Hedebrant i Leandersson są szczerzy w swoich kreacjach, gdzie przeplatają się między sobą niewinność, tajemniczość oraz zmysłowość. To kolejny z aspektów filmu sprawiający, że jest on pozbawiony wad. Do tego dodajmy kunszt techniczny oraz rewizjonistyczne podejście do gatunku, a otrzymamy film idealny. To wciąż horror i makabra, ale z delikatną stroną.

Maska Czerwonego Moru (1964)

Dla mnie to szczytowe osiągnięcie Rogera Cormana, gdy chodzi o jego „cykl” adaptacji Edgara Allana Poe. Wychodzę z założenia, że nie wszyscy są zaznajomieni z fabułą, dlatego warto zaznaczyć, iż głównym bohaterem jest nikczemny książę Prospero, w którego brawurowo wciela się legenda horroru, jaką bez wątpienia jest Vincent Price. To prawdopodobnie jego najbardziej teatralny występ, który jednocześnie mrozi krew w żyłach widza.

Advertisement

Epos Rogera Cormana z 1964 roku jest naprawdę imponujący w swojej nihilistycznej dekadencji. Prospero Price’a to odbicie markiza de Sade, który z jednej strony jest libertyński do cna, podczas gdy z drugiej strony w stylu – którego nie powstydziłby się sam Nietzsche – prezentuje swój nihilistyczny światopogląd. Price wypowiadający znamienne słowa o tym, że Bóg nie żyje, robi niesamowite wrażenie nawet 60 lat później.

Produkcja to przede wszystkim triumf horroru lat 60., gdzie klasyka miesza się z art house’em, a w niektórych momentach nawet z elementami psychodelicznymi. Zdjęcia Nicolasa Roega wprowadzają widza w świat halucynacji i surrealizmu, którym bliżej do majaków w czasie wysokiej gorączki aniżeli czegokolwiek innego. Na uwagę zasługuje również ścieżka dźwiękowa, która po brzegi wypełniona jest tamburynami czy piszczałkami, przez co widz od początku otoczony jest złowieszczymi dźwiękami. To także wystawne kostiumy Laury Nightingale. Każdy z tych elementów sprawia, że mamy do czynienia z ideałem oraz najważniejszym i najbardziej klasycznym z horrorów w całej historii gatunku.

Advertisement

Czarownica. Bajka ludowa z Nowej Anglii (2015)

Moja lista nie byłaby kompletna bez debiutu Roberta Eggersa, który na nowo dał życie gatunkowi, jakim jest folk horror. Jest to dzieło bez wątpienia ocierające się o ideał ze względu na fakt, iż fabuła, dialogi, warstwa scenograficzna oraz aktorstwo są bez zarzutu.

Produkcja przybrała feministyczną narrację opowiadająca o amerykańskich purytanach, którzy osiedlają się w lesie. Rodzina musi mierzyć się z tym, co wiele osób uzna za klątwę. Dla niektórych to próba, test niczym w Starym Testamencie. Dla innych to historia odhaczająca kolejne punkty, zmierzająca do wielkiego finału. Reżyser skupia się na alegoriach i symbolach, by zachęcić nas do tego, aby na nowo przemyśleć swoje życie. Z drugiej jednak strony to historia o samozniszczeniu i patriarchacie, ograniczającym wolność kobiet.

Advertisement

Jest to horror idealny w swojej autentyczności. Dodatkowo jest bardzo artystyczny wizualnie. Reżyser inspirował się malarstwem europejskim, w tym obrazami Vermeera czy Andrew Wyetha. Niektórzy dopatrują się nawet inspiracji w twórczości Goi. To także inspiracja drzeworytami angielskimi, baśniami dla dzieci, literaturą i kluczowymi źródłami historycznymi. Nawet napis stanowiący podtytuł wzorowany był na pierwszych drukowanych publikacjach angielskiego poety Johna Miltona. Mimo iż jest to reżyserski debiut Eggersa, widać, że nastrój, dźwięk i obraz prowadzone są wręcz idealnie, jakby za kamerą stał wytrawny twórca.

Produkcja jest idealna pod każdym względem i wciąga na tyle, że widz, zanim się obejrzy, znajdzie się w samym środku przerażających wydarzeń.

Advertisement

Nawiedzony dom (1963)

Na liście musiał znaleźć się film, który widziałam za dzieciaka, a który zrobił i dalej robi na mnie ogromne wrażenie. Osoby, którym podobał się remake z 1999 roku, konieczne powinny zobaczyć oryginał, a jeszcze lepiej przeczytać książkę Shirley Jackson, na podstawie której powstała adaptacja.

Z perspektywy czasu film dalej jawi się jako klasyk, który jest przerażający oraz nienaganny pod każdym względem. Nawet wiele lat później niektóre sceny są w stanie wywołać u mnie gęsią skórkę. To wyjątkowy przykład współczesnego dramatu gotyckiego, który niewiele ma wspólnego ze współczesnymi wariacjami, gdzie „straszenie” widza jest na porządku dziennym. Nie widzimy scen morderstw czy gnijących zwłok, a mimo to widz doświadcza maksimum przerażenia oraz napięcia praktycznie do samego końca.

Advertisement

Sam prolog nawiązuje do Psa Baskerville’ów z 1959 roku, który zrealizowany został przez Hammer Films. To jedna z bardziej perfekcyjnych sherlockowych adaptacji z Peterem Cushingiem na czele. Nic więc dziwnego, że już od samego początku poprzeczka została wysoko zawieszona. Produkcja skupia się bowiem na złowrogiej rezydencji osadzonej w Nowej Anglii, która na przestrzeni lat była świadkiem wielu tragedii.

Obecnie antropolog i parapsycholog dr Markway rekrutuje osoby do uczestnictwa w jego projekcie badawczym na temat zjawisk nadprzyrodzonych. Główna bohaterka, Eleanor, podobnie jak Jack Torrance z Lśnienia Kubricka, jest terroryzowana przez dom, by finalnie stać się jego rezydentką. A trzeba pamiętać, że podobnie jak Carrie dysponuje telekinezą, co sprawia, że historia nawiedzonego (?) domu okazuje się jeszcze bardziej intrygująca.

Advertisement

To kolejny przykład klasycznego filmu, które pokazuje, że można stworzyć przerażające dzieło, zostawiając duchy całkowicie poza ekranem. To jeden z elementów, który sprawia, że jest to produkcja prawie idealna po względem fabularnym. Należy dodać do tego także świetne aktorstwo i atmosferę. Jako przykład można podać scenę, w której główna bohaterka trzyma za rękę swoją współlokatorkę, a gdy zapalają się światła, zdaje sobie sprawę, że ta była po drugiej stronie pokoju.

Sierociniec (2007)

Film ociera się nie tylko o bycie idealnym horrorem, ale również dobitnie pokazuje, że bardziej przerażające jest czekanie na to, co się wydarzy aniżeli samo zdarzenie. Produkcja sygnowana nazwiskiem Guillermo del Toro jako producenta ma widzowi wiele do zaoferowania.

Advertisement

Twórcy całkowicie odeszli od klasycznego szokowania i slasherowych zagrywek na rzecz przerażenia oraz strachu. Prawdziwy wstrząs pojawia się dopiero w połowie seansu, jednak już do tego momentu widzimy, do czego cała produkcja jest zdolna, i tylko utwierdza to widza w poczuciu niepokoju do samego końca.

W tym przypadku warto przywołać Hitchcockowską różnicę pomiędzy zaskoczeniem i napięciem, gdyż są one kluczowe dla tejże produkcji. Jeśli ludzie siedzą przy stole i bomba wybucha, jest to niespodzianka. Jeśli siedzą przy stole i wiedzą, że pod stołem jest bomba przymocowana do tykającego zegara, ale nadal grają w karty – to jest napięcie. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że Sierociniec budowany jest napięciem, które dawkowane jest przy pomocy każdego kolejnego aktu.

Advertisement

To sprawia, że ​​film jest doskonałą historią o duchach. Tylko czy faktycznie są w niej duchy? Czy może od samego początku mamy do czynienia ze złudzeniem powstałym w umyśle bohaterki? A może patrząc jej oczami na całą sytuację, widzimy znacznie więcej? Kiedy schodzi ona po ciemnych schodach, do nieoświetlonego korytarza lub do ponurego pokoju, jesteśmy spięci i przerażeni, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z nawiedzonym domem, czy nawiedzonym umysłem. To bez wątpienia zabieg, który sprawia, że ten film ogląda się znakomicie.

Atmosfera, miejsce, bohaterowie, zdjęcia – to wszystko sprawia, że produkcja praktycznie pozbawiona jest jakichkolwiek wad.

Advertisement

To przychodzi po zmroku (2017)

Film wzbudził mój zachwyt już na samym początku, kiedy to zostajemy wrzuceni w sam środek akcji: widzimy starszego pana, który jest wyraźnie chory. Żegna się z rodziną, a następnie zostaje postrzelony w głowę, zanim jego ciało zostanie spalone przez zięcia i wnuka, a wszyscy członkowie rodziny noszą maski przeciwgazowe. Czyż to nie ciekawy i intrygujący koncept? Reżyser stara się go egzekwować, ale w formie surowej, gdzie niepewność oraz emocjonalność są na pierwszym miejscu.

Dlaczego ta produkcja moim zdaniem jest pozbawiona wad? Jest to bowiem idealny przykład klimatycznego horroru, który jest bez wątpienia ucztą wizualną oraz fabularną. Gra światła to coś, co zachwyca mnie za każdym razem, zaś to, że na akranie możemy praktycznie poczuć zapachy czy brud, kupiła mniej już przy pierwszym oglądaniu filmu. Nawet gdy akcja dzieje się na zewnątrz, twórcy znajdują sposób na to, by uchwycić naturalne światło padające na obiekty w sposób, który nie jest pretensjonalny, a zwiększa napięcie u widza. To idealny przykład pokazujący, że możliwa jest zabawa dźwiękiem, kształtem, perspektywą itd.

Advertisement

Jednak tym, co sprawia, że to produkcja bez wad, jest fakt, iż prawdziwe elementy strachu pochodzą z wnętrza, a nie z zewnątrz. Nie jest to nowa koncepcja, bo wielokrotnie widzieliśmy ją u takich reżyserów jak Romero, Carpenter czy Kubrick.

Tym, co jednak tu zachwyca, jest samoświadomość oraz hołd składany powyższym dziełom. Reżyser wprowadza bowiem koncepcję odwróconego horroru, gdzie nie ma podziału na tradycyjnych złoczyńców oraz bohaterów. Twórcy wskazują, że nieufność oraz paranoja mogą zgubić każdego z nas.

Advertisement

A Waszym zdaniem jakie horrory są pozbawione wad?

Advertisement

Chociaż docenia żelazny kanon kina, bardziej interesuje ją poszukiwanie takich filmów, które są już niepopularne i zapomniane. Wielka fanka kina klasy Z oraz Sherlocka Holmesa. Na co dzień uczestniczka seminarium doktoranckiego (Kulturoznawstwo), która marzy by zostać żoną Davida Lyncha.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *