Publicystyka filmowa
6 HORRORÓW z NAJLEPSZYMI ZDJĘCIAMI. Groza tkwi w szczegółach
Światło, cień i mroczne kadry w „LŚNIENIU” i innych horrorach. Odkryj, jak szczegóły tworzą prawdziwą grozę w kinie!
Horror, odradzający się w ostatnich latach, ale często traktowany po macoszemu ze względu na powtarzalny repertuar i mnogość różnego rodzaju remake’ów i sequeli, stawia przed twórcami prawdziwe wyzwania, ale daje za to niesamowite pole do popisu operatorom filmowym. To gatunek pozwalający na grę światłem i cieniem, nietypowe kadrowanie, kąty i możliwość stosowania nieograniczonej palety barw. Oto sześć fantastycznych horrorów z niesamowitymi zdjęciami.
Lśnienie (1980)
Za zdjęcia do Lśnienia, horroru psychologicznego opartego na prozie Stephena Kinga, odpowiedzialny był John Alcott, brytyjski operator filmowy, któremu popularność przyniosła właśnie współpraca ze Stanleyem Kubrickiem. Wspólnie zrealizowali 2001: Odyseję kosmiczną (1968), Mechaniczną pomarańczę (1971) oraz Barry’ego Lyndona (1975). Praca na planie Lśnienia przedstawiała szczególne wyzwania dla Alcotta, zdecydowano bowiem, aby film kręcić wyłącznie w studio.
Operator musiał więc za pomocą światła sztucznego imitować światło dzienne wpadające przez wielkie hotelowe okna. Nieoceniony wkład Johna Alcotta w tę produkcję przejawia się przede wszystkim w genialnych długich ujęciach, które stały się niejako znakiem rozpoznawczym filmu – wymienić trzeba przede wszystkim zapadającą w pamięć scenę pedałującego na swoim rowerku przez hotelowe korytarze Danny’ego. To jedna z najbardziej kultowych scen w historii kina, kończąca się spotkaniem przez chłopca dwóch bliźniaczek. Niebagatelną rolę odgrywają tutaj oczywiście scenografia i kostiumy, czyniąc ten horror jednym z najlepiej zrealizowanych w swoim gatunku.
Lśnienie było jednym z pierwszych filmów nakręconych za pomocą Steadicama, a Kubrick i Alcott wykorzystywali technologię przez cały czas, tworząc wiele świetnych scen. Przede wszystkim jednak udało im się za pomocą odpowiedniej kompozycji i kadrowania stworzyć najbardziej przerażającego psychopatę w historii kina – Jacka Torrance’a.
Kwaidan, czyli opowieści niesamowite (1964)
Kwaidan, a raczej kaidan, to japońskie słowo określające opowieści o duchach i bytach nadprzyrodzonych. Masaki Kobayashi, reżyser parający się raczej politycznymi i społecznymi dramatami, a nie filmami grozy, w swojej horrorowej antologii zekranizował cztery opowieści o duchach z japońskiego folkloru, zebrane w książce Lafcadio Hearna – Czarne włosy, Kobietę śniegu, Hoichiego bez uszu oraz W filiżance herbaty. Narracyjnie są to oddzielne opowieści, łączą je jednak wspaniale zdjęcia Yoshio Miyajimy. Kwaidan został w całości nakręcony w studiu, dzięki czemu zyskuje nieco surrealistyczny, baśniowy charakter. Pozorna sztuczność planów zdjęciowych w ogóle nie przeszkadza, oferując widzowi przede wszystkim przepiękne wizualnie sceny pełne jaskrawych kolorów, dopracowanych szczegółów i mistrzowskiego operowania światłem.
Suspiria (1977)
Włoskie filmy giallo, w szczególności te w reżyserii Daria Argento i Maria Bavy, choć uważane za filmy klasy B, potrafią zaskakiwać dopracowaniem technicznym – doskonałymi zdjęciami i pracą kamery. Tak jest w filmie Sześć kobiet dla zabójcy (1964 – Sei donne per l’assassino) Maria Bavy czy znanego ze swojej bogatej palety kolorystycznej filmu Suspiria. W horrorze Daria Argento teatralne, ekspresjonistyczne kolory pulsują na ekranie, mieszając się ze sobą. Bogate użycie kolorów w Suspirii, głównie neonowych odcieni czerwieni, niebieskości, a także zieleni i żółci, miało na celu, w koncepcji operatora Luciano Tovolego, przeniesienie widza w surrealistyczny świat szkoły, zupełnie niepodobny do szarej codzienności.
Aby osiągnąć pożądany efekt, Tovoli używał luster, które odbijały światło, oraz kręcił, ustawiając przed lampami i blisko twarzy aktorów, ramki z kolorowym welurem lub bibułkami, aby w ten sposób oświetlać twarze. W efekcie Tovoli i Argento uzyskali psychodeliczny i przerażający obraz tajemniczej, klaustrofobicznej szkoły czarownic.
Psychoza (1960)
Alfred Hitchcock, król filmowego suspensu, w mistrzowski sposób wykorzystywał do budowania napięcia pracę kamery, za którą w tym filmie odpowiadał operator John L. Russell. 78 ujęć i 52 cięcia – tyle pojawia się w trwającej ponad 3 minuty najsłynniejszej scenie w historii kina, scenie morderstwa Marion Crane pod prysznicem. W tej genialnej scenie ani przez chwilę nie widać momentu zadanego nożem ciosu, natomiast osiągnięta dzięki dezorientującemu montażowi i wyjątkowym ujęciom dynamika trzyma widza w napięciu i nieustającym przerażeniu. Szoku wywołanego nagłym uśmierceniem głównej bohaterki przed połową filmu dopełnia zbliżenie nieruchomego, otwartego oka leżącej na podłodze łazienki martwej Marion. Kamera powoli, wirując, oddala się od twarzy bohaterki. Niewiele jest tak intensywnych scen w historii kina.
Woźnica śmierci (1920; znany także pod nazwą Furman śmierci lub Wózek śmierci)
Spośród horrorów z ery kina niemego jako tych ze świetnymi zdjęciami można by wymienić większość wybitnych dzieł niemieckiego ekspresjonizmu – Gabinet doktora Caligariego (1920) czy Wampira (1932), jednak zamiast nich warto wspomnieć o pewnym szwedzkim filmie uznanym za punkt zwrotny w kinematografii szwedzkiej, a współcześnie trochę zapomnianym. Chodzi o Woźnicę śmierci, film Victora Sjöstroma oparty na opowiadaniu szwedzkiej noblistki (notabene pierwszej kobiety, która zdobyła Nobla w dziedzinie literatury) Selmy Lagerlöf, historii pijaka, który po śmierci przez rok musi pokutować za grzechy dokonane za życia i wędrować po ziemi jako woźnica karawanu śmierci.
Fabuła filmu postawiła szczególne wyzwania przed operatorem Juliusem Jaenzonem, który musiał na ekranie połączyć dwa światy – żywych i umarłych – w jeden, w którym dusze współegzystują na równych prawach z tymi z krwi i kości. Jaenzon wykonywał skomplikowane procedury zdjęciowe, w tym kilkakrotne ekspozycje (podwójne, a nawet poczwórne), aby ożywić na ekranie duchy. Efekt jest wspaniały, a Woźnica śmierci nawet dzisiaj, po prawie 100 latach, zaskakuje świetną historią i złożonością narracji (wyjątkowo postępową jak na tamte czasy).
Coś za mną chodzi (2015)
Film Davida Roberta Mitchella to jeden ze współczesnych horrorów nowego nurtu, który odczytywać można na kilku płaszczyznach. Podobnie jak późniejszy film Mitchella, Tajemnice Silver Lake, także Coś za mną chodzi naszpikowane jest nawiązaniami filmowymi – głównie do klasycznych horrorów. Coś za mną chodzi opowiada historię przekazywanej drogą płciową „choroby” – po stosunku jeden z kochanków odkrywa, że coś za nim chodzi, i to z morderczym zamiarem. Niebagatelne znaczenie mają w tym filmie zdjęcia Mike’a Gioulakisa opierające się na szerokich ujęciach panoramicznych podążających śladami bohaterów. To tempo kamery bezpośrednio imituje sposób, w jaki chodzi tytułowe „coś” – w ten sposób każdy ruch kamery wzbudza w widzu dodatkowe napięcie.
