PRAWO ULICY

Patrząc przez pryzmat czasu, trudno co prawda uniknąć wrażenia, że idąca wciąż do przodu technika kiedyś „oszpeci” ten serial. Z drugiej jednak strony przez te piętnaście lat od premiery niewiele się w Baltimore zmieniło w kontekście działań tych dobrych i tych złych. Jedni dalej ślęczą przed monitorami i mikrofonami, próbując dodać dwa do dwóch. Drudzy nadal wystają na rogach każdej ulicy, handlując coraz to nowszymi dragami. Co tylko potwierdza przynależność The Wire do tamtejszej natury rzeczy. Niby w Polsce dałoby się zrobić coś podobnego, zmieniając jedynie kulturowe drobnostki; niby niekończącą się grę o tron, władzę, wpływy i hajs mamy również w fantastycznym Westeros i innych sagach. A jednak Prawo ulicy, jakkolwiek uniwersalne w swym przekazie, bez Baltimore w tle właściwie nie istnieje. Ba! To na dobrą sprawę prawdziwy główny bohater całej historii.
I nie chodzi nawet o tamtejsze prawo, tamtejsze ulice oraz specyficzny slang, w którym to nie fucki, a zwykłe słowa ubarwiają wypowiedzi i ich sedno. Raczej o nieuchwytnego ducha, niepowtarzalną atmosferę biedy z nędzą, z pomiędzy której wypadają rulony nowiutkich studolarówek. Samoświadomości społeczeństwa, które nierzadko pod jednym dachem potrafi wychować dwie strony barykady. Szczerość tej projekcji rzeczywistości. Niejednoznaczność, którą wyraża między innymi właśnie fakt, że bohaterowie nie są tu tak pięknie filmowo „szarzy”, tylko po prostu są. Podział na złych i dobrych jest tu całkowicie klarowny, podobnie jak na wschód i zachód miasta. Ale co z tego, skoro wszyscy oni są sąsiadami, niejednokrotnie połączeni jakimś wspólnym interesem. Wystarczy jedynie w odpowiednim momencie złożyć tej drugiej stronie propozycję – jak słynąca z tego zagrania jedna z postaci serialu, Joe (nieżyjący już niestety Robert F. Chew).
Tu nikt niczego nie udaje, nikt tak naprawdę nie chce nic wygrać – bo też i nie ma czego, stawka jest iluzoryczna, poza zasięgiem lub w ogóle jej nie ma. Chodzi raczej o to, żeby postawić na swoim, naprawić odrobinę błędów przeszłości albo też zwyczajnie wyjść na prostą. Nie liczy się więc to, że coś jest dobre lub złe, tylko to, czy jest gorsze lub lepsze. I Baltimore jest tego milczącym świadkiem. Jest to szczególnie ciekawe z perspektywy widza, który mając do wyboru nie jednego czy dwóch, a przynajmniej dwa tuziny wiodących postaci, zwyczajnie nie może ulokować swych sympatii w sposób jednoznacznie moralnie wątpliwy.
Podobne wpisy
DZIECKO ROSEMARY. Czy miniserial Agnieszki Holland z Zoe Saldañą w roli głównej jest udany?
ZIELONA GRANICA. Rozmawiamy z MALWINĄ BUSS o najgłośniejszym polskim filmie roku
ZIELONA GRANICA. Wielkie kino, którego nie chcemy, ale którego bardzo potrzebujemy [RECENZJA]
FILMY, które pozwolą ci lepiej ZROZUMIEĆ wojnę w Ukrainie
Nawet te pozornie największe szuje, jak Stringer Bell (Idris Elba, który wybił się dzięki tej roli), Marlo Stanfield (Jamie Hector) czy para płatnych zabójców bez skrupułów, Chris Partlow (Gbenga Akinnagbe) i niepozorna z wyglądu Snoop, którą Stephen King nazwał swego czasu „najbardziej przerażającą kobietą małego ekranu”, mają w sobie jakiś ujmujący pierwiastek, drugą stronę medalu bądź własne racje. A każdy protagonista ma coś na sumieniu, niekiedy naprawdę sporo. Oczywiście zgodnie z ideą Williama Munny’ego zasługi nie mają tu nic do rzeczy i dosłownie każdy może tu paść ofiarą – chociażby zbłąkanej kuli, przeznaczonej pierwotnie dla kogoś zupełnie innego, bywa też, że wystrzelonej przez kumpla. Sentymenty pozostają zatem jedynie w sferze marzeń, a codzienność bywa przytłaczająca i rzadko kiedy wybacza błędy. Choć także i w tej kwestii życie potrafi niekiedy zaskoczyć, a scenarzyści faworyzować swych wybrańców. Szczęśliwie raczej z powodzeniem dla fabuły, bez urągania inteligencji widza.
Nie powinno to dziwić, skoro scenariusze większości odcinków wyszły spod ręki samych Simona i Burnsa, a wśród licznych reżyserów znajdziemy między innymi Agnieszkę Holland i Petera Medaka (jeden odcinek za kamerą spędził też Dominic West, a pilot i ostatni epizod to dzieło Clarka Johnsona, czyli ekranowego Gusa). W dodatku spora część ekipy pracowała już przy wcześniejszych produkcjach HBO – w tym więziennym Oz – a w wielu z pobocznych bohaterów wcielili się prawdziwi ekspolicjanci, politycy i kryminaliści, nierzadko znający się wzajemnie z przeszłości (casus chociażby Felicii Pearson, która działania ekranowej Snoop zna z autopsji). Bywa nawet, że niektórzy grają tu… samych siebie, jak na przykład William F. Zorzi – autentyczny reporter gazety „The Baltimore Sun”. Zresztą, jak nietrudno się domyśleć, gros bohaterów jest w taki czy inny sposób personifikacją rzeczywistych mieszkańców Baltimore.