PRAWO ULICY

I tak Bunk istnieje naprawdę – detektyw Oscar Requer również pali cygara – tak, jak i sierżant Jay Landsman, którego na ekranie możemy zobaczyć w epizodycznej roli porucznika Mello. W serialu jako diakon pojawia się także Melvin Williams, który stanowi z kolei pierwowzór dla Avona Barksdale’a, a którego Burns ostatecznie aresztował. Postać Marlo Stanfielda oparto natomiast na Timmirrorze Stanfieldzie, a wtyka i narkoman Bubbles – bodaj najsympatyczniejsza postać serialu, w czym duża zasługa znakomicie odnajdującego się w tej roli Andrego Royo – w realu nosił ksywkę Opos (zmarł na AIDS). Oschły Rawls to odpowiednik Joego Cooke’a, również pełniącego rolę dowódcy w policji, a Wee-Bey Brice to inkarnacja faktycznego hitmana, Vernona Collinsa aka Bey-Brothera. Podobnie sytuacja ma się z większością pracowników The Baltimore Sun, gdzie w niektórych przypadkach nie pokuszono się nawet – zapewne z czysto przyjacielskich pobudek – o zmianę personaliów. Wyjątkiem od tej reguły pozostaje D’Angelo Barksdale, którego imię i nazwisko to nietypowy hołd dla Donalda Angelo Barksdale’a – pierwszego czarnoskórego koszykarza drużyny Baltimore Bullets.
Kilku kluczowych bohaterów zostało z kolei poskładanych z różnych charakterów – tak, jak Stringer Bell, który jest połączeniem dwóch baronów narkotykowych, Stringera Reeda i Rolanda Bella; czy senator Clay Davis, którego sklecono z trzech polityków stanu Maryland, nie uwzględniając przy tym w scenariuszu nieśmiertelnego „Sheeeeee-it!”, będącego już znakiem rozpoznawczym aktora Isiaha Whitlocka Juniora. Również Omar jest swoistym monstrum Frankensteina, na którego biografię uprzykrzającego życie kryminalistom złodzieja składają się wycinki z życiorysów Shorty’ego Boyda, Ferdinanda Harvina, Billy’ego Outlawa, Anthony’ego Hollie i, przede wszystkim, Donniego Andrewsa (też aresztowanego przez Burnsa, a zmarłego w 2012 roku), którzy działali na terenie Baltimore w latach 1980–2000. Być może dlatego postać ta przytłoczyła nieco wchodzącego w ich buty Michaela Kennetha Williamsa, który w trakcie zdjęć zmagał się z narkotykowym uzależnieniem, a po zakończeniu emisji z kryzysem tożsamości, bezustannie wzmaganym rosnącą popularnością Omara wśród fanów.
Podobne wpisy
Ta wyliczanka udowadnia, jak wiele faktów przekuto w fikcję, a szarą rzeczywistość widzianą zza brudnych okien przemieniono w równie obskurny, ale za to niezwykle barwny, fascynujący i wypełniony niebanalnymi osobowościami dramat telewizyjny. Ta granica wyraźnie się tu zresztą zaciera, przez co The Wire nie tylko poraża autentyzmem, ale też zmusza do refleksji, wręcz podjudzając do buntu wobec tego, jak się sprawy mają, sprzeciwu dla zastanego porządku otoczenia. Już choćby ten fakt sprawia, że jest to produkcja bezprecedensowa, seanse której nie są jedynie niedzielną rozrywką, ale de facto wartościowym doświadczeniem, którym można się także samoistnie dowartościować. Ale nie tylko wymienione wyżej rzeczy wyróżniają Prawo ulicy z telewizyjnego tłumu tasiemców.
Już w trakcie zdjęć wyjątkowym zabiegiem była mocno dominująca obecność czarnoskórych postaci w, bądź co bądź, serialu białasów tworzonym dla mainstreamowej stacji. I choć przez te piętnaście lat wiele się zmieniło w kwestii mniejszości rasowych, The Wire nadal pozostaje jednym z najlepszych przykładów, w których Afroamerykanie autentycznie mają co grać, co spotkało się z mocno pochlebnym odzewem ze strony zainteresowanych. Pozostaje tylko żałować, że ostatecznie nie wypalił pomysł jeszcze jednego sezonu, który skupiałby się z kolei na wpływie społeczności latynoskiej w Baltimore, co w głównym czasie antenowym jest widokiem jeszcze rzadszym.
Znamiennym jest również, że nie znajdziemy tu ani wielkich gwiazd, których nazwiska przyciągałyby do ekranu, ani przewodniej postaci, która skupiałaby na sobie całą uwagę publiczności. Takim pupilkiem z początku miał być „diabełek” Jimmy McNulty (oryginalnie ochrzczony McArdle), ale i on z czasem ustępuje pola wielu innym, którzy niekiedy ewoluują z krótkich epizodów do jednych z ważniejszych graczy – jak ma to miejsce w przypadku Omara (notabene to jedyna osoba w tym świecie, która… nie przeklina).
To dwie z jednych z najbardziej rozpoznawalnych twarzy serii – Michael Kenneth Williams i Dominic West stali się wespół z Idrisem Elbą kultowymi reprezentantami tej ulicznej sagi, która wydatnie pomogła ich aktorskim karierom. Choć poniekąd także zaszufladkowała ich wizerunek, z którym dalej z różnym skutkiem i bez długotrwałego powodzenia walczą. Popularność i sława nie przełożyła się także na prawdziwe gwiazdorstwo dla widzianych na drugim planie Aidana Gillena (radny Thomas Carcetti), który obecnie kojarzony jest bardziej z roli „dobrego” wujka Baelisha z Gry o tron, oraz przyszłej zdobywczyni Oscara za Gdzie jesteś, Amando?, Amy Ryan (funkcjonariuszka portowa Beadie Russell). Wprawne oko wypatrzy także Michaela B. Jordana (Creed) w jednej z pierwszych ról i muzyka Method Mana jako nieprzyjemnego Cheese’a.
To jednak wszystkie sławy w obsadzie, która swą siłę i wiarygodność zbudowała głównie na charakterystycznych twarzach drugiego planu, nadal przewijających się na małym i dużym ekranie gdzieś tam w tle – niekiedy w innych hitach od HBO, jak w przypadku grającego tu Bodiego J.D. Williamsa, którego mogliśmy niedawno oglądać w miniserii Długa noc. Brak prawdziwie wielkich nazwisk służy jednak historii, jeszcze bardziej podkreślając jej życiowość. Nikt tutaj nie wybija się z tłumu, zatem nikt nie jest wyjątkowy, święty, nietykalny, najważniejszy (nawet jeśli sam tak uważa). Żaden z bohaterów nie pojawia się zresztą we wszystkich odcinkach – najbliżej tego jest porucznik Daniels (Lance Reddick, czyli portier z obu części Johna Wicka), którego widać w 58 z 60 rozdziałów.