Connect with us

Publicystyka filmowa

PRAWO ULICY

„PRAWO ULICY” to przełomowy serial, który zrewolucjonizował telewizję, ukazując brutalną rzeczywistość Baltimore przez pryzmat policji i przestępczości.

Published

on

PRAWO ULICY

Dokładnie piętnaście lat temu – drugiego czerwca 2002 roku – na antenie stacji HBO, jeszcze w formacie 4:3, zadebiutował pierwszy odcinek serii, która wkrótce zyskała rozgłos jako najlepszy twór małego ekranu, wraz z innymi produkcjami ze stajni Home Box Office wydatnie przyczyniając się do zmiany wizerunku współczesnej telewizji. Godzinny odcinek nazywał się Cel i początkowo nie wydawał się niczym więcej niż tylko kolejnym proceduralem, w którym dzielni stróże prawa uganiać się będą za bandziorami z dzielni wedle konkretnego schematu. Szybko stało się jednak jasne, że The Wire – bo tak brzmi oryginalny tytuł, który oznacza po prostu policyjny podsłuch – jest czymś znacznie, znacznie ambitniejszym. ..

Advertisement

Nie zapowiadała tego co prawda fabuła rzeczonego pilota – jakże… zwyczajna, banalna i jednocześnie tak mocno pretekstowa, bynajmniej nie zostawiająca widza z rozdziawioną paszczą gotową na więcej. W dużym skrócie cała sprawa rozbija się o to, że jeden z najbardziej niesubordynowanych detektywów – niekwestionowana „gwiazda” wydziału zabójstw, James McNulty (Dominic West w roli życia) – podczas przypadkowej wizyty w sądzie jest świadkiem zgrabnego storpedowania jednego z procesów. Wdając się potem w przyjacielską pogadankę ze swoim kumplem, sędzią, mówi o dwa zdania za dużo.

Następnego dnia dostaje burę od przełożonych, zmuszonych odgórnie do stworzenia specjalnej jednostki, która wzięłaby pod lupę dotychczas zbywaną statystykami i brakiem personelu sprawę oraz stojące za nią osoby, które do tego momentu swobodnie żyły sobie w cieniu. Brzmi zatem mało atrakcyjnie – zwłaszcza jak na mające zachęcić do dalszej podróży otwarcie.

Advertisement

Ta błahostka pociąga jednakże za sobą nieliche i niełatwe śledztwo. Pierwsze z wielu, które w taki czy inny sposób odbije się głośnym echem nie tylko na życiu kilku niesfornych, wrzuconych do jednego wora w ramach swoistej kary gliniarzy, ale też całej społeczności, z której równie dużo uwagi i miejsca poświęcone zostaje przestępcom, walczącym z nimi samotnym jednostkom, broniącym ich prawnikom, ćpunom i bezdomnym, politykom bijącym się o głosy czy dziennikarzom próbującym to wszystko ogarnąć. Są też stoczniowcy – Polacy, którzy wplątują się w intrygę z grecką mafią.

Jeden z sezonów skupia się nawet na… dzieciakach. Nie mają nic innego do roboty, zostają zwerbowane do roli ulicznych żołnierzy i łatwo ulegają szybkim zarobkom oraz półautomatycznym argumentom kalibru 9mm.

Advertisement

Co ciekawe, tylko część z przewijających się przez ekran postaci zostaje niejako postawiona pod murem. Zdecydowana większość ma, mimo wszystko, jakiś wybór. A ten u każdego podyktowany jest innymi, rzecz jasna osobistymi pragnieniami, często przy tym mocno samolubnymi (na przykład wspomniany McNulty chce dopaść złoczyńców dla samej satysfakcji). Te i inne paradoksy oraz kryjące się w prostocie detale to jedna z głównych sił serii, którą wśród ulubionych jednym tchem wymieniają zarówno były prezydent USA Barack Obama, jak i raper Eminem, co pokazuje, jak duży rozstrzał kulturowy drzemie w tym serialu.

Oczywiście pewna repetycja fabularna jest w tym temacie nieunikniona, wszak światem gliniarzy rządzi swoista rutyna i niezmienne od dziesięcioleci regułki. Podobnie zresztą w przestępczych kręgach trzeba się trzymać odgórnie narzuconych zasad oraz dyscypliny. Parę razy zataczamy więc w The Wire koło, niejako dopełniając tym samym charakterystycznego dla amerykańskich przedmieść kręgu życia. A przynajmniej charakterystycznego dla miasta Baltimore w stanie Maryland, gdzie rozgrywa się cała akcja. I toczy się tam nie bez kozery, gdyż to właśnie z tym miejscem związani są, na dobre i na złe, twórcy serii – David Simon i Ed Burns.

Advertisement

Ten pierwszy – pomysłodawca całego projektu – był przez dwanaście lat dziennikarzem śledczym tamtejszej gazety. To, czego przez ten czas doświadczył, co widział, pchnęło go do napisania książki o działalności lokalnej policji, którą następnie zaadaptował dla telewizji jako serial Wydział zabójstw Baltimore, który wyświetlany był w okresie 1993–1999. W międzyczasie napisał także miniserię The Corner, która skupiała się na tej drugiej stronie, czyli codzienności handlarzy narkotyków. Obie te rzeczy Simon współtworzył razem z Burnsem, który był z kolei detektywem, a po przejściu na emeryturę (i przed zostaniem pisarzem) parał się także nauczaniem w publicznej szkole.

Wszystkie te rzeczy skumulowały się najlepiej właśnie w Prawie ulicy, gdzie policjant o swojskim nazwisku Pryzbylewski (znany wcześniej z Samotników Jim True-Frost) stanowi niejako alter ego Burnsa, a redaktor Gus Haynes – Simona. Choć uznanie krytyki panowie zyskali już w przytoczonych wyżej wcześniejszych seriach, które razem otrzymały aż siedem statuetek Emmy. Ironią losu pozostaje zatem fakt, iż The Wire nie zdobyło żadnej, na przestrzeni pięciu sezonów zgarniając zaledwie dwie poboczne nominacje do tej nagrody (i jedną do brytyjskiej BAFT-y).

Advertisement

Ani ten brak laurów, ani też niezbyt duża oglądalność w trakcie początkowej emisji bynajmniej nie umniejszyły jakości całego dzieła, które można porównać do współczesnej sagi historycznej, gdzie równie duże znaczenie, co bohaterowie, jak i zawiłe relacje między nimi, mają miejsce oraz czas akcji.

Patrząc przez pryzmat czasu, trudno co prawda uniknąć wrażenia, że idąca wciąż do przodu technika kiedyś „oszpeci” ten serial. Z drugiej jednak strony przez te piętnaście lat od premiery niewiele się w Baltimore zmieniło w kontekście działań tych dobrych i tych złych. Jedni dalej ślęczą przed monitorami i mikrofonami, próbując dodać dwa do dwóch. Drudzy nadal wystają na rogach każdej ulicy, handlując coraz to nowszymi dragami. Co tylko potwierdza przynależność The Wire do tamtejszej natury rzeczy. Niby w Polsce dałoby się zrobić coś podobnego, zmieniając jedynie kulturowe drobnostki; niby niekończącą się grę o tron, władzę, wpływy i hajs mamy również w fantastycznym Westeros i innych sagach. A jednak Prawo ulicy, jakkolwiek uniwersalne w swym przekazie, bez Baltimore w tle właściwie nie istnieje. Ba! To na dobrą sprawę prawdziwy główny bohater całej historii.

Advertisement

I nie chodzi nawet o tamtejsze prawo, tamtejsze ulice oraz specyficzny slang, w którym to nie fucki, a zwykłe słowa ubarwiają wypowiedzi i ich sedno. Raczej o nieuchwytnego ducha, niepowtarzalną atmosferę biedy z nędzą, z pomiędzy której wypadają rulony nowiutkich studolarówek. Samoświadomości społeczeństwa, które nierzadko pod jednym dachem potrafi wychować dwie strony barykady. Szczerość tej projekcji rzeczywistości. Niejednoznaczność, którą wyraża między innymi właśnie fakt, że bohaterowie nie są tu tak pięknie filmowo „szarzy”, tylko po prostu są. Podział na złych i dobrych jest tu całkowicie klarowny, podobnie jak na wschód i zachód miasta.

Ale co z tego, skoro wszyscy oni są sąsiadami, niejednokrotnie połączeni jakimś wspólnym interesem. Wystarczy jedynie w odpowiednim momencie złożyć tej drugiej stronie propozycję – jak słynąca z tego zagrania jedna z postaci serialu, Joe (nieżyjący już niestety Robert F. Chew).

Advertisement

Tu nikt niczego nie udaje, nikt tak naprawdę nie chce nic wygrać – bo też i nie ma czego, stawka jest iluzoryczna, poza zasięgiem lub w ogóle jej nie ma. Chodzi raczej o to, żeby postawić na swoim, naprawić odrobinę błędów przeszłości albo też zwyczajnie wyjść na prostą. Nie liczy się więc to, że coś jest dobre lub złe, tylko to, czy jest gorsze lub lepsze. I Baltimore jest tego milczącym świadkiem. Jest to szczególnie ciekawe z perspektywy widza, który mając do wyboru nie jednego czy dwóch, a przynajmniej dwa tuziny wiodących postaci, zwyczajnie nie może ulokować swych sympatii w sposób jednoznacznie moralnie wątpliwy.

Nawet te pozornie największe szuje, jak Stringer Bell (Idris Elba, który wybił się dzięki tej roli), Marlo Stanfield (Jamie Hector) czy para płatnych zabójców bez skrupułów, Chris Partlow (Gbenga Akinnagbe) i niepozorna z wyglądu Snoop, którą Stephen King nazwał swego czasu „najbardziej przerażającą kobietą małego ekranu”, mają w sobie jakiś ujmujący pierwiastek, drugą stronę medalu bądź własne racje. A każdy protagonista ma coś na sumieniu, niekiedy naprawdę sporo. Oczywiście zgodnie z ideą Williama Munny’ego zasługi nie mają tu nic do rzeczy i dosłownie każdy może tu paść ofiarą – chociażby zbłąkanej kuli, przeznaczonej pierwotnie dla kogoś zupełnie innego, bywa też, że wystrzelonej przez kumpla.

Advertisement

Sentymenty pozostają zatem jedynie w sferze marzeń, a codzienność bywa przytłaczająca i rzadko kiedy wybacza błędy. Choć także i w tej kwestii życie potrafi niekiedy zaskoczyć, a scenarzyści faworyzować swych wybrańców. Szczęśliwie raczej z powodzeniem dla fabuły, bez urągania inteligencji widza.

Nie powinno to dziwić, skoro scenariusze większości odcinków wyszły spod ręki samych Simona i Burnsa, a wśród licznych reżyserów znajdziemy między innymi Agnieszkę Holland i Petera Medaka (jeden odcinek za kamerą spędził też Dominic West, a pilot i ostatni epizod to dzieło Clarka Johnsona, czyli ekranowego Gusa). W dodatku spora część ekipy pracowała już przy wcześniejszych produkcjach HBO – w tym więziennym Oz – a w wielu z pobocznych bohaterów wcielili się prawdziwi ekspolicjanci, politycy i kryminaliści, nierzadko znający się wzajemnie z przeszłości (casus chociażby Felicii Pearson, która działania ekranowej Snoop zna z autopsji).

Advertisement

Bywa nawet, że niektórzy grają tu… samych siebie, jak na przykład William F. Zorzi – autentyczny reporter gazety „The Baltimore Sun”. Zresztą, jak nietrudno się domyśleć, gros bohaterów jest w taki czy inny sposób personifikacją rzeczywistych mieszkańców Baltimore.

I tak Bunk istnieje naprawdę – detektyw Oscar Requer również pali cygara – tak, jak i sierżant Jay Landsman, którego na ekranie możemy zobaczyć w epizodycznej roli porucznika Mello. W serialu jako diakon pojawia się także Melvin Williams, który stanowi z kolei pierwowzór dla Avona Barksdale’a, a którego Burns ostatecznie aresztował. Postać Marlo Stanfielda oparto natomiast na Timmirrorze Stanfieldzie, a wtyka i narkoman Bubbles – bodaj najsympatyczniejsza postać serialu, w czym duża zasługa znakomicie odnajdującego się w tej roli Andrego Royo – w realu nosił ksywkę Opos (zmarł na AIDS).

Advertisement

Oschły Rawls to odpowiednik Joego Cooke’a, również pełniącego rolę dowódcy w policji, a Wee-Bey Brice to inkarnacja faktycznego hitmana, Vernona Collinsa aka Bey-Brothera. Podobnie sytuacja ma się z większością pracowników The Baltimore Sun, gdzie w niektórych przypadkach nie pokuszono się nawet – zapewne z czysto przyjacielskich pobudek – o zmianę personaliów. Wyjątkiem od tej reguły pozostaje D’Angelo Barksdale, którego imię i nazwisko to nietypowy hołd dla Donalda Angelo Barksdale’a – pierwszego czarnoskórego koszykarza drużyny Baltimore Bullets.

Kilku kluczowych bohaterów zostało z kolei poskładanych z różnych charakterów – tak, jak Stringer Bell, który jest połączeniem dwóch baronów narkotykowych, Stringera Reeda i Rolanda Bella; czy senator Clay Davis, którego sklecono z trzech polityków stanu Maryland, nie uwzględniając przy tym w scenariuszu nieśmiertelnego „Sheeeeee-it!”, będącego już znakiem rozpoznawczym aktora Isiaha Whitlocka Juniora. Również Omar jest swoistym monstrum Frankensteina, na którego biografię uprzykrzającego życie kryminalistom złodzieja składają się wycinki z życiorysów Shorty’ego Boyda, Ferdinanda Harvina, Billy’ego Outlawa, Anthony’ego Hollie i, przede wszystkim, Donniego Andrewsa (też aresztowanego przez Burnsa, a zmarłego w 2012 roku), którzy działali na terenie Baltimore w latach 1980–2000.

Advertisement

Być może dlatego postać ta przytłoczyła nieco wchodzącego w ich buty Michaela Kennetha Williamsa, który w trakcie zdjęć zmagał się z narkotykowym uzależnieniem, a po zakończeniu emisji z kryzysem tożsamości, bezustannie wzmaganym rosnącą popularnością Omara wśród fanów.

Ta wyliczanka udowadnia, jak wiele faktów przekuto w fikcję, a szarą rzeczywistość widzianą zza brudnych okien przemieniono w równie obskurny, ale za to niezwykle barwny, fascynujący i wypełniony niebanalnymi osobowościami dramat telewizyjny. Ta granica wyraźnie się tu zresztą zaciera, przez co The Wire nie tylko poraża autentyzmem, ale też zmusza do refleksji, wręcz podjudzając do buntu wobec tego, jak się sprawy mają, sprzeciwu dla zastanego porządku otoczenia. Już choćby ten fakt sprawia, że jest to produkcja bezprecedensowa, seanse której nie są jedynie niedzielną rozrywką, ale de facto wartościowym doświadczeniem, którym można się także samoistnie dowartościować. Ale nie tylko wymienione wyżej rzeczy wyróżniają Prawo ulicy z telewizyjnego tłumu tasiemców.

Advertisement

Już w trakcie zdjęć wyjątkowym zabiegiem była mocno dominująca obecność czarnoskórych postaci w, bądź co bądź, serialu białasów tworzonym dla mainstreamowej stacji. I choć przez te piętnaście lat wiele się zmieniło w kwestii mniejszości rasowych, The Wire nadal pozostaje jednym z najlepszych przykładów, w których Afroamerykanie autentycznie mają co grać, co spotkało się z mocno pochlebnym odzewem ze strony zainteresowanych. Pozostaje tylko żałować, że ostatecznie nie wypalił pomysł jeszcze jednego sezonu, który skupiałby się z kolei na wpływie społeczności latynoskiej w Baltimore, co w głównym czasie antenowym jest widokiem jeszcze rzadszym.

Znamiennym jest również, że nie znajdziemy tu ani wielkich gwiazd, których nazwiska przyciągałyby do ekranu, ani przewodniej postaci, która skupiałaby na sobie całą uwagę publiczności. Takim pupilkiem z początku miał być „diabełek” Jimmy McNulty (oryginalnie ochrzczony McArdle), ale i on z czasem ustępuje pola wielu innym, którzy niekiedy ewoluują z krótkich epizodów do jednych z ważniejszych graczy – jak ma to miejsce w przypadku Omara (notabene to jedyna osoba w tym świecie, która… nie przeklina).

Advertisement

To dwie z jednych z najbardziej rozpoznawalnych twarzy serii – Michael Kenneth Williams i Dominic West stali się wespół z Idrisem Elbą kultowymi reprezentantami tej ulicznej sagi, która wydatnie pomogła ich aktorskim karierom. Choć poniekąd także zaszufladkowała ich wizerunek, z którym dalej z różnym skutkiem i bez długotrwałego powodzenia walczą. Popularność i sława nie przełożyła się także na prawdziwe gwiazdorstwo dla widzianych na drugim planie Aidana Gillena (radny Thomas Carcetti), który obecnie kojarzony jest bardziej z roli „dobrego” wujka Baelisha z Gry o tron, oraz przyszłej zdobywczyni Oscara za Gdzie jesteś, Amando?, Amy Ryan (funkcjonariuszka portowa Beadie Russell). Wprawne oko wypatrzy także Michaela B. Jordana (Creed) w jednej z pierwszych ról i muzyka Method Mana jako nieprzyjemnego Cheese’a.

To jednak wszystkie sławy w obsadzie, która swą siłę i wiarygodność zbudowała głównie na charakterystycznych twarzach drugiego planu, nadal przewijających się na małym i dużym ekranie gdzieś tam w tle – niekiedy w innych hitach od HBO, jak w przypadku grającego tu Bodiego J.D. Williamsa, którego mogliśmy niedawno oglądać w miniserii Długa noc. Brak prawdziwie wielkich nazwisk służy jednak historii, jeszcze bardziej podkreślając jej życiowość. Nikt tutaj nie wybija się z tłumu, zatem nikt nie jest wyjątkowy, święty, nietykalny, najważniejszy (nawet jeśli sam tak uważa).

Advertisement

Żaden z bohaterów nie pojawia się zresztą we wszystkich odcinkach – najbliżej tego jest porucznik Daniels (Lance Reddick, czyli portier z obu części Johna Wicka), którego widać w 58 z 60 rozdziałów.

Tę swoistą losowość czy też raczej epizodyczność można zaobserwować w dodatku już w pozbawionych konkretnych twarzy (a zatem i przynależności) napisach początkowych, które wieńczy wybrana kwestia mająca pojawić się w konkretnym odcinku. Zbudowane w większości ze zbliżeń elektronicznych urządzeń oraz klipów akcji z danego sezonu i dotychczasowych wydarzeń (czołówka z ostatniego jest więc kolażem wszystkich poprzednich) są równie zimne i początkowo podobnie nieangażujące jak fabuła. To rodzaj przestrogi przed wkroczeniem na ścieżkę prowadzącą do tego nieprzyjaznego świata.

Advertisement

Doskonale podkreśla to płynące z głośników Way Down in the Hole Toma Waitsa, także zmieniające się w zależności od sezonu. W pierwszym wykonuje je bluesowy zespół The Blind Boys of Alabama, w trzecim rhythmandbluesowi The Neville Brothers, czwartemu towarzyszy żeński wokal DoMaJe, a w piątym przebojowy rytm Steve’a Earle’a. Sam Waits swym chropowatym głosem ubarwia natomiast drugą odsłonę, a zgodził się w ogóle swój hit udostępnić twórcom dopiero po obejrzeniu całego serialu. Tym samym, na przekór aż dwóm wydanym soundtrackom i wraz z kończącym każdy odcinek skromnym utworem The Fall Blake’a Leyha, jest to jedyny w całej serii podkład muzyczny z prawdziwego zdarzenia (nie licząc Omara gwiżdżącego melodię A Hunting We Will Go, w rzeczywistości wykonaną przez.

.. Susan Allenback). Również dość nietypowe to rozwiązanie we współczesnej telewizji, także przynoszące same korzyści. Co jak co, ale trudno wyobrazić sobie w tym wypadku pełnoprawną ilustrację, jakiej przecież w prawdziwym życiu też nie usłyszymy.

Advertisement

Prawdziwą wisienką na torcie oryginalności The Wire pozostaje natomiast podejście do tematu mocno w Ameryce drażniącego, czyli broni. Choć trudno w to uwierzyć i przyswoić, u Simona smerfy właściwie nie sięgają po spluwy, aby za moment opróżnić cały magazynek. Przez bite pięć sezonów tylko jeden funkcjonariusz – a jest nim, co na dłuższą metę nie powinno dziwić, poczciwy Pryzbylewski – brudzi sobie parę razy ręce prochem. I to brudzi dosłownie, bo zawsze kończy się to dla niego fatalnie. Na całe szczęście twórcy nie serwują nam jednocześnie propagandowego moralizatorstwa o szkodliwości broni palnej. Po prostu pokazują, jak to naprawdę jest w szeregach służb mundurowych. Ni mniej, ni więcej.

I chyba tak należy odbierać cały serial – jako wnikliwy obraz świata, który jest jednocześnie tak bliski, jak i niezwykle daleki. Na wyciągnięcie ręki, lecz jakby poza zasięgiem wzroku. Prawo ulicy zakłada na nos okulary, które nie są ani przeciwsłoneczne, ani też nie ukazują rzeczywistości w różowych barwach. To trochę takie fabularyzowane wiadomości – bez kolorowego znaczka w rogu, tandetnego studia oraz prowadzących za rękę prezenterów o sztucznych uśmiechach – za to z nieustannym podglądem za kulisy. Takie, których ekipa nie boi się wychylić z kamerą za róg, pogrzebać w śmietniku i rozpiąć worek na zwłoki. I zarazem nie stara się nabić wyników oglądalności poprzez epatowanie szokującymi hasełkami lub kontrowersyjnym materiałem „dla osób o mocnych nerwach”.

Advertisement

Część obsady podczas specjalnego spotkania w 2014 roku

Zresztą w przeciwieństwie do piejących z zachwytu od samego początku krytyków, widownia temu serialowi niezbyt dopisywała. Było tak źle, że HBO o mało nie skasowało produkcji w trakcie trzeciego i czwartego sezonu, dając twórcom jednoznaczne sygnały, że pora powoli zbierać manatki, dopinać wątki, zabijać kolejnych bohaterów.

Jak na ironię, popularność przybrała na sile wraz z wejściem ekipy na plan ostatniego, piątego sezonu, na którego przygotowanie szczęśliwie znalazł się czas, a na wykończenie środki. W odróżnieniu od wielu innych kultowych serii The Wire udało się więc odpowiednio wybrzmieć, a cała historia – trzeba przyznać, że w swych ostatnich odcinkach wyjątkowo nieprawdopodobna, a jednak nadal prawdziwa – zdołała zatoczyć koło, dopełnić się, zamknąć w być może daleki od spełnienia (bo o to w Baltimore przecież niezwykle trudno), ale jedyny słuszny sposób.

Niemniej spaliły na panewce dalsze plany uwzględniające na przykład jeszcze spin-offy i obecnie jedyną spuścizną serialu pozostają trzy skromne krótkometrażówki pod hasłem The Wire: The Chronicles. Ukazują one wybranych bohaterów w okresie dojrzewania i nadają się tak naprawdę dla najwierniejszych fanów, których – co interesujące – cały czas przybywa. Ani jedno, ani drugie nie dziwi, gdyż The Wire swój status uzyskało dopiero z czasem, kiedy wizja Davida Simona i Eda Burnsa mogła zostać doceniona jako spójna, wielka całość. I tak właśnie robi największe wrażenie, tak należy ją oglądać, wręcz smakować kawałek po kawałku, nie spiesząc się nigdzie.

Advertisement

Jest to bowiem dzieło niespecjalnie imponujące poszczególnymi odcinkami, nie robiące wrażenia konkretnymi scenami, nie porywające przepychem realizacyjnym, wymyślnymi ujęciami czy też rozbuchaną akcją.

Wręcz przeciwnie – to show niełatwy, w który wchodzimy bez większych emocji i oczekiwań. Z początku niezbyt angażujący, wręcz nudnawy, o powolnym rytmie, pozbawiony twistów i nagłych zawieszeń akcji, rezultatów których można wyczekiwać potem z wypiekami na twarzy. Z postaciami, w których nie od razu się zakochamy, być może do samego końca nie reagując ekscytacją na widok niektórych, niepewnie im kibicując – nawet aktorzy swego czasu się na tym przejechali, przyjmując swoje role bez przekonania. A mimo to The Wire podskórnie fascynuje, z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej wciąga, jest coraz ciekawsze, coraz głębsze i wypełnia się całą galerią pamiętnych, charakterystycznych postaci, na których autentycznie nam zależy; dialogami i scenami, do których będziemy wracać nieraz – czy to samoistnie, czy też w parze z innymi, w szerszym kontekście.

Advertisement

Tym właśnie serial zdaje się wygrywać uwagę i serce najbardziej – odsłaniając nam wpierw zaledwie ścianę budynku, który potem okazuje się sporym blokiem, a ostatecznie częścią całego, gęsto zaludnionego osiedla. To minimalizm w maksymalnym ujęciu. Życie w pigułce. A pigułki opyla nam nieletni diler na rogu jednej z wielu przecznic. All in the game yo, all in the game

Czy zatem rzeczywiście jest to najlepszy serial w historii telewizji?
A jeśli, jak twierdzi slogan, to nie telewizja, tylko HBO, to czy jest to najlepszy produkt tej marki?

Advertisement

Warto przekonać się o tym samemu.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *