search
REKLAMA
Archiwum

MOON. Dobre science fiction w starym stylu

Przemysław Brożek

2 lutego 2021

REKLAMA

Moon – prosty tytuł i prosty zdawałoby się temat. Przyzwyczailiśmy się, że obiektem westchnień fantastycznonaukowych scenarzystów jest jakaś odległa galaktyka, najlepiej z egzotycznymi światami i formami życia, które przekraczają nasze ziemskie pojęcie. W ostateczności Mars lub bardziej odległe rejony Układu Słonecznego. A tu proszę – Księżyc. Po prostu. Kogo to dzisiaj obchodzi – nasuwa nam się na myśl. I to jest właśnie siłą tego filmu.

Już pierwsze kadry ukazują nam prawdziwą potęgę srebrnego globu. W Księżycu jest jakaś magia. Od wieków nas fascynował, od wieków spoglądamy w jego stronę z uczuciem zaciekawienia i podziwu. Wiemy, że chowa przed nami jakąś tajemnicę. Pozornie jest na wyciągnięcie ręki, przez co traktujemy go trochę z przymrużeniem oka. No bo kto by się tam przejmował jakimś banalnym księżycem? Obiekt na wskroś skatalogowany i oswojony, codziennie nam towarzyszy i właściwie wszystko na jego temat wiemy. A jednak Księżyc ma w sobie coś z majestatu niezbadanego ludzką stopą, arktycznego pustkowia. Jakąś mistyczną zagadkę. I widać, że reżyser to czuje. Widać to w każdym potraktowanym z pietyzmem kadrze ze srebrnym globem w tle. Już pierwsze sceny przykuwają uwagę. Otrzymujemy jasny komunikat – to będzie wyprawa na Księżyc, jakiego nie znacie. Poważna wycieczka w głąb ludzkich lęków i fascynacji, rozsiądźcie się zatem wygodnie i pozwólcie poprowadzić w nieznane.

Film zaczyna się od wprowadzenia (na tyle długiego, aby naświetlić kontekst i na tyle krótkiego, by nie znużyć), które wiąże ludzką obecność na Księżycu z kwestią pozyskania cennych surowców. Potem widzimy księżycową bazę i zapierające dech w piersiach lunarne krajobrazy. Wnętrze owej bazy jest raczej oldschoolowe. Właściwie z jednej strony jest nowoczesne i sterylne, z drugiej jakby lekko zużyte. Widać, że ktoś tu mieszka, korzysta z urządzeń, zostawia po sobie bałagan, itd. Brawo (nareszcie ktoś dostrzegł istotność takich banałów)! Ta sama uwaga dotyczy genialnej postaci inteligentnego, bazowego robota. Na dobrą sprawę mógł to być przecież jakiś androidalny, encyklopedyczny geniusz z ludzką powłoką. Zamiast tego mamy pociesznego GERTY (któremu głosu użycza sam Kevin Spacey). Kawał poczciwego, ale jednocześnie chłodnego żelastwa z “duszą”. Widać, że jest mocno wyeksploatowany, porysowany, przybrudzony, z fiszkami przyklejonymi tu i ówdzie. Z wyglądu przypomina coś na kształt pokładowego kombajnu, z panelem głosowym, mechanicznymi ramionami i małym, plazmowym ekranem z emotikonami w stylu popularnego internetowego komunikatora. Kupujemy tego robota bez dwóch zdań. Jest taki, jaki powinien być. Ani wydumany, ani przesadnie poczciwy. Jest po prostu wiarygodny (ta uwaga dotyczy zresztą większości filmowych dekoracji – pozornie niezbyt ważnych przedmiotów, zrobionych z ogromną pasją i pietyzmem). Głos GERTY’ego mocno kojarzył mi się z głosem z kultowej Sid Meier’s Alpha Centauri (miły, beznamiętny, metodyczny).

Twórcy ujawnili, że dla potrzeb filmu modele księżycowych pojazdów i urządzeń zostały odwzorowane w miniaturowej skali i kręcone jako pełnowymiarowe. Kto by pomyślał, że odkurzanie takich archaicznych technik w dobie wszechobecnych komputerowych efektów jest w ogóle możliwe? A jednak, i zaprocentowało to wyjątkowo wiarygodnym i klasycznym wręcz przedstawieniem ukazanych w filmie pojazdów, maszyn i urządzeń. Po prostu wygląda to nieco inaczej niż drażniące CGI, do jakiego kino sci-fi ostatnimi laty nas przyzwyczaiło. Inaczej w tym przypadku oznacza po prostu lepiej. Jakby reżyser nie bał się korzystać z genialnego dorobku swych wielkich poprzedników w tej materii. Podobno w dobie dwudziestowiecznego wyścigu kosmicznego rosyjscy naukowcy, pomimo dostępu do najnowocześniejszych urządzeń, większość obliczeń nadal wykonywali za pomocą ołówka i papieru. Reżyser Moon zdaje się być takim właśnie retro inżynierem. Jakby chciał nam powiedzieć – komputery komputerami, ale nie zapominajmy, jak trzyma się ołówek. Nie jest też tajemnicą, że film powstawał w okresie pamiętnego strajku scenarzystów. Spowodowało to wstrzymanie innych produkcji kręconych w studiach Shepperton. Jak stwierdził sam Duncan Jones, ów zbieg okoliczności pozwolił mu zatrudnić przy filmie najlepszych fachowców od efektów specjalnych (jako że w związku z ww. strajkiem nie mieli oni niczego ważniejszego do roboty).

Moon to także (a może nawet przede wszystkim) genialna kreacja Sama Rockwella. Właściwie od strony formalnej mamy tu do czynienia z monodramem, ale świadomość ta zupełnie nie naprzykrza nam się w trakcie seansu. Można spokojnie powiedzieć, że Rockwell wypełnia sobą większość fabuły, nie pozwalając nam przyłapać go na tym, że właściwie mamy już prawo mieć dosyć jego neurotycznego bohatera. Jego rola to coś zupełnie wyjątkowego. I trzeba przyznać, że genialnym wyczuciem i umiejętnością stosowania aktorskich środków wyrazu wniósł do filmu naprawdę wiele.

Na ekranie pojawiło się kilku innych aktorów. Są to jednak role na tyle epizodyczne, że nie warto poświęcać im większej uwagi. Mimo to nie pozostają one bez wpływu na rozwój fabuły i ewolucję głównego bohatera. Spory wkład wniósł wymieniony już wyżej Kevin Spacey. Jednak jego rola ogranicza się do podkładania głosu (który to zresztą jest głosem komputerowo przetworzonym). Dlatego też jak ktoś chce wybrać się na film, aby podziwiać kunszt tego aktora, może czuć się lekko rozczarowany. To raczej rola, o której dowiadujemy się z napisów końcowych. Na czas filmu zamienia się on po prostu w głos robota, z którego to zadania wywiązuje się znakomicie.

Sam Rockwell

W ogóle cały ten majestatyczny klimat Księżyca, widzianego z perspektywy lunarnej ciężarówki jadącej za potężnym górniczym kombajnem, potrafi pochłonąć widza zupełnie. Scena, w której Sam jedzie aż do granic czarnego horyzontu, by zbadać pewną tajemnicę, i patrzy w stronę nieba, jest po prostu magiczna. Co ważne, takich scen jest znacznie więcej. Film z biegiem czasu naprawdę wciąga, a momentami nawet wzrusza i powoduje ciary. Tych, którym wydaje się, że będę mieli do czynienia z sennym, kosmicznym monodramem, może zaskoczyć, że momentami dostają całkiem solidny fantastycznonaukowy thriller. Już dawno nie było czegoś takiego na kinowych ekranach. Jak się głębiej zastanowić, to bardzo, bardzo dawno. Po prostu moc w pięknym, oldschoolowym wydaniu. Jeżeli lubicie klimaty w stylu 2001: Odyseja kosmiczna, Łowca androidów, Odległy ląd , Otchłań, etc., jeżeli nie reagujecie alergicznie na takie nazwiska jak Kubrick, Tarkowski czy Szulkin, to mogę zaryzykować stwierdzenie, że jest to obraz, na jaki długo czekaliście. Trochę filozoficzny, mocno oldschoolowy, taka magiczna podróż w jakieś przykurzone, fantastycznonaukowe obszary. Mógłbym wygłosić znacznie więcej peanów pod adresem tego tytułu, ale nie chcę psuć zabawy tym, którzy jeszcze Moon nie widzieli. Film oczywiście (jak zdecydowana większość obrazów w ramach tego gatunku) ma pomniejsze wady, do których na siłę można by się nawet przyczepić, ale z powodzeniem możemy je wrzucić do szuflady pt. “detale zupełnie nie psujące całościowego odbioru”.

Brawa i jeszcze raz brawa. Mam szczerą nadzieję, że to nie jest ostatni obraz w ramach gatunku nakręcony przez Duncana Jonesa, bo widać, że reżyser ma ogromny potencjał na robienie porządnego kina rodem ze starej, Kubrickowskiej szkoły (w dobie blockbusterowego szaleństwa rzecz zupełnie wyjątkowa). Zapraszam wszystkich w podróż na ciemną stronę srebrnego globu. Trochę filozoficzną, trochę retrospektywną, z pewnością zaspokajającą głód wielu widzów na dobre sci-fi w starym stylu!

Tekst z archiwum film.org.pl.

Avatar

Przemysław Brożek

REKLAMA