search
REKLAMA
Fantastyczny cykl

ODLEGŁY LĄD, czyli co ma wspólnego SEAN CONNERY z pierwszym OBCYM

Remake W samo południe z akcją w kosmosie, stylistycznie nawiązujący do Obcego. Przed kamerą Sean Connery, za nią z kolei facet, który później rzucił się na kontynuację Odysei kosmicznej....

Jakub Piwoński

10 czerwca 2021

REKLAMA

Jeśli podczas oglądania Odległego lądu, fantastycznonaukowego filmu z 1981 roku, nachodzi cię myśl, że gdzieś już wcześniej przeżywałeś podobną historię, twoje spostrzeżenia są trafne. Nie dość, że film Petera Hyamsa to nic innego jak kosmiczna wersja klasycznego westernu W samo południe, to jeszcze czuć w filmie bardzo wyraźne wpływy Obcego – ósmego pasażera Nostromo. Po równo czterdziestu latach od premiery zachęcam do przypomnienia sobie tego nieco już zakurzonego klasyka SF, uświetnionego występem samego Seana Connery’ego.

Lubię filmy SF lat 70. i 80. między innymi ze względu na męskie postacie. Takich szorstkich i twardo stąpających po gruncie twardzieli po prostu już z nami nie ma. Dziś wszystko stanęło na głowie, bo paradoksalnie to kobiety tworzą bardziej testosteronowe postacie (patrz Furioza z Mad Max), to im lepiej wychodzi noszenie spodni. Kiedyś był Clint Eastwood, Sean Connery, Gene Hackman, którzy jednym spojrzeniem, jednym grymasem twarzy potrafili sprawić, że w dorastającym przed telewizorem młodzieńcowi zaczęły budzić się duchy męskości. Charyzmy było wówczas na ekranie tyle, że choćby gromy spaliły taśmę, mogliśmy być pewni, że ten bohater przetrwa z nami na wieki.

Nie inaczej jest w wypadku szeryfa O’Niela, granego przez Connery’ego, czyli już wówczas byłego agenta 007. Dał on stosunkowo przewidywalnemu filmowi niezwykle cenny błysk nietuzinkowości. Mam wrażenie, że to także, albo przede wszystkim, dzięki tej roli tak łatwo jest nam sobie przypomnieć Odległy ląd po latach i tak łatwo jest nam odróżnić ten film od zalewu innych, podobnych fabuł. Connery nie zaliczył wielu występów w produkcjach SF, a będąc jeszcze bardziej precyzyjnym, szeryf O’Neil to jego najlepsza gatunkowa prezentacja, bo na poczynania postaci z filmu Zardoz bez wypicia kilku głębszych patrzeć się po prostu nie da.

„Nie możesz robić westernu. To martwy gatunek”

Tym, co z pewnością przyciągnęło brytyjskiego aktora do współpracy z Peterem Hyamsem, był fakt, iż scenariusz Odległego lądu oparł na podstawie filmu, który niegdyś, w latach gdy Connery był młodzieńcem, podziwiali wszyscy. W samo południe to dziś jeden z najważniejszych przedstawicieli klasycznego westernu, wciąż skutecznie wywierający silny wpływ na twórców. Podziwiano przede wszystkim jego bezkompromisowość i nihilistyczny podtekst, dający do zrozumienia, że czasem bohaterskość nie wypływa z realnej postawy, ale z patowej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Te przesłania na nową modłę przeniesione zostały do nowej historii, zamieniającej zakurzony i krzykliwy Dziki Zachód na odległą i przerażająco cichą przestrzeń kosmiczną.

Peter Hyams chciał nakręcić western, ale dano mu do zrozumienia, że ten niegdyś święcący triumfy gatunek jest już martwy. Nie poddał się jednak, uznając, że wystarczy tylko nieco zmienić stylistykę. Po wybitnym Koziorożcu Jeden ponownie postanowił zatem wykorzystać sztafaż science fiction do tego, by formułować ponadczasowe przesłania. Za inspirację reżyserowi posłużył mający premierę kilka lat wcześniej Obcy – ósmy pasażer Nostromo. Podobieństwa między filmami widoczne są w warstwie wizualnej, w klaustrofobicznej atmosferze, ale także w muzyce. Do obydwu produkcji (jak i do wspominanego Koziorożca Jeden) muzykę komponował bowiem Jerry Goldsmith. Z tego też powodu do dziś nie milkną teorie fanów SF, wskazujące, jakoby Odległy ląd był tak naprawdę częścią uniwersum stworzonego przez Ridleya Scotta. Coś w tym jest. Gdy razem z Connerym zwiedzamy usytuowaną na księżycu Jowisza platformę wydobywczą, nie da się ukryć, że momentami czujemy się na niej jak na ciasnym i dusznym Nostromo.

Za oddanie tego klimatu w dużym stopniu odpowiadają scenografia i przede wszystkim zdjęcia filmu. To moment, w którym powinienem pochwalić operatora, ale tego nie zrobię, ponieważ okazuje się, że za zdjęcia do Odległego lądu w znacznie większym stopniu niż operator odpowiada sam reżyser. Ponoć Hyams zatrudnił Stephena Goldblatta tylko po to, by mógł on chwycić za kamerę wtedy, gdy reżyser nie będzie do tego zdolny. Z pewnością jednak Goldblatt miał co robić na planie, ponieważ Odległy ląd to pierwszy film w historii, który zastosował tzw. introwizję, rodzaj przedniej projekcji umożliwiającej twórcom bieżące śledzenie na ekranie kompozycji łączących np. zdjęcia miniatur i aktorskiej gry. Przyspieszało to znacznie proces tworzenia efektów specjalnych.

Pierwotny tytuł filmu brzmiał po prostu IO, co miało wskazywać na miejsce akcji, czyli księżyc Jowisza. Producenci jednak wybili Hyamsowi z głowy ten pomysł, z racji tego, że w materiałach promocyjnych tytuł filmu mógł prezentować się jak dziesiątka. Dźwięczny i chwytliwy Outland miał zapewnić filmowi sukces. Tak się jednak nie stało. Film zebrał mieszane recenzje, co przełożyło się na niską frekwencję w kinach. Przy 16 milionach dolarów budżetu film zdołał w bólach zarobić nieco ponad 17 milionów. Całe szczęście, że swój rozkwit przeżywał wówczas rynek VHS, dzięki któremu film z 1981 mógł zaistnieć na nowo za sprawą szeregu wznowień z ulepszonym dźwiękiem i obrazem.

Historia opowiadająca o szeryfie walczącym o sprawiedliwość i pozostawionym samemu sobie w obliczu nieprawości tylko pozornie powtarza linię fabularną W samo południe. Tak naprawdę dodaje do pierwotnego wydźwięku nową, bardzo ciekawą konkluzję, dającą do zrozumienia, że kapitalizm ma swoje mroczne strony, ponieważ nawet na odległym o lata świetlne lądzie jesteśmy w stanie tak samo zostać zdeprawowani przez pieniądze. Jeśli zaś chodzi o skojarzenia z pierwszym Obcym, to cóż, pod pewnym względem Odległy ląd okazuje się filmem znacznie bardziej przerażającym. Dowodzi przecież, że tak naprawdę największe potwory drzemią w nas samych.

Przeczytaj poprzednie odsłony Fantastycznego Cyklu

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA