Publicystyka filmowa
Niedoceniane ARCYDZIEŁA z ostatniej DEKADY
Odkryj NIEDOCENIANE ARCYDZIEŁA z ostatniej DEKADY, które zaskoczą Cię świeżością i oryginalnością w kinematografii.
Niniejsze zestawienie dedykuję wszystkim marudzącym i zrzędzącym miłośnikom X muzy, których gorzki płacz i narzekania na obecny stan światowej kinematografii słyszalne są praktycznie wszędzie. „Dziś już nie robi się takich filmów, jak kiedyś” albo „nic ciekawego w tych kinach nie ma” – mawiają ci smutni ludzie. Sam jeszcze nie tak dawno przynależałem do tej grupy gderających miłośników filmu. Przygotowania do poniższego zestawienia niedocenianych arcydzieł z ostatniej dekady zmieniły jednak mój pogląd w tej kwestii. Jak do tego doszło? Otóż zacząłem wypisywać sobie tytuły nadające się do niniejszego spisu.
W pewnym momencie zauważyłem, że lista ta obejmowała pokaźną liczbę pozycji. Wnioski nasunęły się same. Na co tu narzekać skoro bez większych problemów jestem w stanie wymienić co najmniej dziesięć mniej znanych lub niesłusznie nisko ocenianych arcydzieł z ostatniej dekady? Czy – wobec powyższego – stan współczesnej kinematografii rzeczywiście jest tak fatalny, jak nam (mnie) się wydaje (wydawało)?
Zanim przejdę do właściwej części tekstu, czyli samych tytułów, pragnę wyjaśnić, czym jest według mnie filmowe arcydzieło oraz co rozumiem pod pojęciem „niedoceniane”. Zacznijmy od kwestii tzw. arcydzieła. Nie mam oczywiście zamiaru wchodzić tu i teraz w zagadnienia teoretyczne i zastanawiać się, czy film należy traktować jako dzieło sztuki oraz czy powinno się przyrównywać tę dziedzinę kultury do np. muzyki czy malarstwa, w których występowanie arcydzieł jest niekwestionowane.
Pragnę natomiast wyłącznie przedstawić mój tok rozumowania w tej materii. Arcydziełem kinematograficznym nazywam więc film, który wraz z pierwszym seansem pochłonął mnie, oczarował i przerósł oczekiwania. To produkcja, którą zapragnąłem racjonalizować, a więc badać od każdej możliwej strony. I chociaż w następstwie tych badań film taki uległ rozszyfrowaniu, to każdy kolejny seans utwierdzał mnie w przekonaniu, że za pierwszym razem obcowałem z czymś wyjątkowym. Niedocenieniem z kolei jest w moim mniemaniu doznanie przez tytuł, którym się zafascynowałem, klęski w box offisie, zebranie przez niego niesprawiedliwie negatywnych ocen u światowych krytyków lub wrażenie, że został on pominięty, zapomniany.
Mistrz (2012)
Przyznam od razu, że w przypadku dzieł Paula Thomasa Andersona nie potrafię być obiektywny nawet w najmniejszym stopniu.
Jestem wielkim fanem jego twórczości i właściwie każdy film tego reżysera uważam za arcydzieło. Chociaż Mistrz jest produkcją relatywnie świeżą względem tak uznanych dzieł, jak Boogie Nights (1997), Magnolia (1999) czy przede wszystkim Aż poleje się krew (2007), to nie zyskała – głównie wśród widzów – należnego uznania. Zachwyty krytyków mieszały się zatem z rozczarowaniem kinowych odbiorców.
Myślę, że głównym tego powodem był fakt, że blask poprzednich dzieł reżysera przyćmił jego film z 2012 roku. Tymczasem Mistrz to przecież produkcja, w której żadne ujęcie nie zostaje zmarnowane. Nakręcony na 65 mm taśmie idealnie oddaje ducha Ameryki po II wojnie światowej. Nie potrafię pojąć do dziś, dlaczego Mihaia Malaimare’a nawet nie nominowano do Oscara za najlepsze zdjęcia w tym filmie. Nominację do Oscara zdobyły natomiast aktorskie gwiazdy, którymi przepełniony jest Mistrz. Żadna z nich nie otrzymała jednak nagrody. A mamy tu przecież do czynienia między innymi z jedną z najlepszych, jeśli nie najdoskonalszą kreacją Joaquina Phoenixa w głównej roli i ostatnim wielkim występem Philipa Seymoura Hoffmana. Mistrz to dzieło wnikliwe, wciągające, mistyczne i piękne. Na uwagę zasługuje tu również niepokojąca muzyka Jonny’ego Greenwooda.
Wróg (2013)
Zdaję sobie sprawę, że Wróg może być jednym z najbardziej kontrowersyjnych tytułów na tej liście, ale naprawdę uważam ten film Denisa Villeneuve’a za arcydzieło. Głównie dlatego, że niewiele jest we współczesnej kinematografii tak frapujących zagadek i porywających łamigłówek. Kino enigmatyczne, filmy układanki pozostawiają w odbiorcy poczucie niepewności i chęci zgłębienia dzieła po seansie. Mogą okazać się niezwykle satysfakcjonujące podczas rozgryzania przedstawionej zagadki.
Wróg jest więc ze swoją enigmą i surrealizmem tworem podobnym do dzieł Lyncha, ale również unikatem, oryginałem. Film Villeneuve’a trudno przypisać jednoznacznie pod jeden gatunek. Otrzymamy tu bowiem egzystencjalny horror, dramat, thriller, a nawet sensację i romans. Ten eklektyzm powoduje wyłącznie jeszcze większy mętlik w naszych głowach. Chaos jest jednak tylko nierozszyfrowanym porządkiem.
Dodam tylko, że jeśli kanadyjski reżyser w podobny sposób – jak zaadaptował powieść Podwojenie Saramago na potrzeby omawianego filmu – przepisał na język kina Diunę Herberta, to jeszcze bardziej nie mogę się doczekać grudniowej premiery jego nowego dzieła.
Zwierzęta nocy (2016)
Zwierzęta nocy to film, któremu obrywa się chyba głównie dlatego, że jest zbyt ładny. Już wyjaśniam, o co chodzi. Otóż dla wielu osób wysoki poziom wizualny produkcji najpewniej odciągnął uwagę od narracji.
Wiem, brzmi co najmniej dziwnie. Jak jednak zrozumieć zarzuty o pustość przekazu i pretensjonalność Zwierząt nocy? Mamy tu przecież naprawdę zręcznie poprowadzone trzy wątki, których tematem przewodnim są nieodwracalne zmiany i cierpienie. Racja! Film Forda jest oszałamiający i przepiękny. Czy jednak wyrafinowany styl reżysera jest wadą? Dopóki wraz z nim podąża treść, to moim zdaniem nie jest. Zwłaszcza że w przypadku Zwierząt nocy wszystko jest na swoim miejscu: niesamowity klimat, świetny scenariusz, mądre dialogi, wybitna muzyka Korzeniowskiego oraz perfekcyjna gra aktorska. Tak się tworzy stylowe arcydzieła.
Co jest grane, Davis? (2013)
Bracia Coen to oczywiście twórcy, którzy przez lata swojej reżyserskiej działalności dostarczyli już widzom kilka filmowych arcydzieł. Wobec powyższego trudno mi zrozumieć, dlaczego Co jest grane, Davis? nie zyskał uznania towarzyszącego chociażby Poważnemu człowiekowi (2009), zwłaszcza że produkcja z 2013 roku stanowi poniekąd twór w rodzaju the best of Coen Brothers. Produkcja ponadto nie miała szczęścia do najważniejszych filmowych nagród i na pocieszenie odznaczono ją jedynie nagrodą Grand Prix Festiwalu w Cannes.
Co jest grane, Davis? to studium tytułowego bohatera – muzyka, który choć utalentowany, nie jest w stanie osiągnąć sukcesu i samorealizacji. Jest więc niczym idiotyczny brat króla Midasa albo Syzyf, albo Odyseusz, albo toczący się kamień ze słynnej piosenki Boba Dylana. Nazwisko laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury z 2016 roku nie zostało tu wspomniane przypadkowo. Inspiracją dla Davisa był folkowy pieśniarz Dave Van Ronk, który występował u boku Dylana, ale nie osiągnął jego sukcesu i pozostał w Greenwich Village aż do 2002 roku.
Co jest grane, Davis? jest niczym prosta, przepełniona romantyzmem, ironią i czarnym humorem folkowa piosenka, której można słuchać na okrągło (ostatnia scena!).
Jeździec (2017)
Jeździec Chloé Zhao to jeden z najbardziej docenionych wśród recenzentów filmów z tej listy. Jest jednak także – spośród wymienionych tu tytułów – produkcją powszechnie najmniej znaną. To bowiem kino w skali mikro.
Jeździec oparty jest na autentycznej historii głównego bohatera, którego karierę kowboja przerwał straszliwy wypadek. Mężczyzna musi odnaleźć siebie na nowo. Szczerość, autentyczność i uczciwość nieprofesjonalnych aktorów powoduje, że czujemy się trochę, jakbyśmy obcowali tu z dokumentem.
Zama (2017)
Tym razem coś dla wytrawnych kinomanów. Kino oniryczne oraz hipnotyczne do smakowania, przemyśliwania i przeżycia. Zama Martel to filmowa poezja. To również dzieło twórczyni zuchwałej i odważnej, która wykorzystuje cechy kina historycznego, aby w powolny, ale też niezwykle inteligentny sposób mówić o bezdusznej biurokracji, konfliktach klasowych, zderzeniach cywilizacji oraz o samotności, tęsknocie i pysze. Film Argentynki to zmysłowe doświadczenie. Przejawia się w mistycznych zdjęciach Rui Poçasa i doskonałej ścieżce dźwiękowej. Zama to arcydzieło dla wszystkich, którzy poszukują czasem w kinie piękna wysmakowanych, malarskich kadrów i inteligencji.
Relic (2020)
Relic to moje ostatnie odkrycie, jeśli w ogóle można tak napisać o kinie, które potrafi emocjonalnie zmiażdżyć odbiorcę. Chociaż w Polsce jak do tej pory mało znany, to chyba już niedługo pojawi się w rodzimej dystrybucji.
Reżyserski debiut Natalie James jest przerażający i jednocześnie niezwykle pomysłowy. Należy do serii tych horrorów, które mają tzw. drugie dno. Relic jest klaustrofobiczny, twórcy sprytnie grają cieniem, wyróżnia się dobrym aktorstwem, a muzyka dobrze dopełnia całość. Film opowiada historię trzech kobiet (babcia, matka i córka), z których ta najstarsza cierpi na demencję. Inteligentnie wykorzystując doskonale znaną konwencję nawiedzonego domu, Natalie James odwołuje się tu do choroby. Bada tym samym, w jaki sposób demencja nierzadko przemienia człowieka w przerażającą istotę.
Zauważa również genetyczne obciążenie dla kolejnych pokoleń. Jeżeli wymagacie od horroru zdecydowanie więcej aniżeli wyskakujących znienacka strachów, to koniecznie sprawdźcie Relic. Żaden inny film z tego roku nie zniszczył mnie psychicznie równie mocno, jak debiut Australijki.
Jakie filmy z ostatniej dekady są według was niedocenianymi arcydziełami? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!
