search
REKLAMA
Zestawienie

Nie tylko „Artysta”. WSPÓŁCZESNE filmy NIEME

Jacek Lubiński

24 lutego 2020

REKLAMA

Sanguivorous aka Kyuketsu (2011)

Bliski pełnego metrażu, lecz nieprzekraczający godziny horror Naoki Yoshimoto. Rzecz o tyle ciekawa, że jego pokazom towarzyszył wykonywany na żywo podkład muzyczny w typowo japońskim stylu. Z oczywistych względów wydania DVD posiadają już bardziej klasyczny soundtrack, na którym sam reżyser przygrywa na pianinie – zachowuje więc tym samym do końca charakter dawnego kina niemego, które ilustrowali taperzy. Poza tym to film grozy, więc przyjęta przez reżysera forma wyrazu łatwo przywołuje na myśl klasyki pokroju Nosferatu, nawet jeśli przez cały czas pozostaje bliska innym straszakom z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Śnieżka (2012)

Pablo Berger proponuje nam niemą wariację klasycznej baśni braci Grimm. Przeniesiona do przedwojennej Hiszpanii, toczy się pośród karłów, korridy i cyrkowych elementów, choć pod względem intrygi pozostaje wierna oryginałowi. To połączenie owocuje piękną, łatwo dającą się lubić, niezwykle uroczą produkcją, która wyszła zaledwie w rok po Artyście i tym samym pozostała w jego cieniu. Pomysł Bergera, który zaczął swą pracę na długo przed oscarowym sukcesem filmu Michela Hazanaviciusa, sięga 2003 roku, zatem twórca przegrał tu przede wszystkim z czasem i w rezultacie konkurencja sprzątnęła mu sprzed nosa nie tylko wszystkie nagrody, ale też sam efekt zaskoczenia powrotem do korzeni opowiadania obrazem. Znamienne jednak, że żadna z tych produkcji nie przywróciła na salony niemego kina, pozostając skromną ciekawostką.

Return to Babylon (2013)

Alex Monty Canawati sięgnął po staroświecką formę i muzykę z lat 20. XX wieku, żeby dosłownie ożywić na dużym ekranie tamtą epokę. Jego film przygląda się jej największym gwiazdom – Rudolph Valentino, Gloria Swanson, Clara Bow, Lupe Vélez, Fatty Arbuckle i William Desmond Taylor grani są tu przez współczesną śmietankę aktorską w osobach: Jennifer Tilly, Marii Conchity Alonso, Tippi Hedren, Debi Mazar, Ione Skye czy Laury Harring. Całość została nakręcona za pomocą kamery na korbkę, na dziewiętnastu rolkach taśmy 16 mm, które reżyser ponoć znalazł pewnego dnia na słynnym Hollywood Boulevard. Żeby było śmiesznej, promocję kosztującego dwa miliony dolarów filmu oparto o doniesienia, jakoby od samego początku projekt ten był… nawiedzony przez duchy tych, o których opowiada. Aktorzy dali się przekonać, widzowie już mniej i Return to Babylon szybko popadło w zapomnienie.

Silent Life (2020)

Najświeższy przykład, z którym właściwie… nie wiadomo, co się dzieje. Stworzony przez debiutanta Vlada Kozlova niezależny film z udziałem m.in. Isabelli Rossellini oraz matki słynnej Milli, Galiny Jovovich, ma swoje początki w roku 2006, kiedy to powstawał jako krótkometrażówka o tytule DayDreams of Rudolph Valentino. Jak łatwo się domyślić, fabuła oscyluje właśnie wokół tej ikony kina niemego. Osadzona w 1926 roku akcja kręcona była w prawdziwych historycznych lokacjach Hollywood, a sprzedawana jest jako „współczesne spojrzenie na klasyczne nieme kino, z mrocznym twistem”. Trudno określić, ile w tym prawdy, bo prace nad filmem, zdaje się, nadal trwają (pierwotnie premierę zapowiadano na 2017 rok). Co ciekawe, Silent Life jest częściowo kolorowe, co ma za zadanie oddzielić filmową rzeczywistość od iluzji. Niema forma jest z kolei nie tylko hołdem dla początków kinematografii i sztuką dla sztuki, ale odzwierciedleniem codzienności reżysera – Kozlov przez dwadzieścia lat zmagał się bowiem z poważnymi zaburzeniami mowy.

Bonus:

Filmy Guya Maddina

Z pewnością prekursor w sięganiu po tę skostniałą formę wyrazu w nowym stuleciu. Począwszy od baletowej adaptacji klasyki horroru – Drakula: stronice z pamiętnika dziewicy (2002), przez podzielone na rozdziały minihistorie o wspólnej nazwie Tchórze przyklękają (2003), a na opus magnum w postaci Piętna na umyśle! (2006) skończywszy; filmy Maddina pozostają wierne opowiadaniu czarno-białym obrazem i gestykulacją. Specyficzny styl reżysera, który łatwo odnaleźć także w jego „zwykłych” produkcjach, połączony z prostotą kina niezależnego, czyni z nich jednak coś zdecydowanie więcej niż prosty hołd dla klasyki. Zdecydowanie warto!

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA