Publicystyka filmowa
NAJZABAWNIEJSZE EKRANOWE SCENY ŚMIERCI
Śmierć w kinie bywa zaskakująco zabawna! Odkryj NAJZABAWNIEJSZE EKRANOWE SCENY ŚMIERCI, które rozbawią cię do łez absurdalnym humorem.
Śmierć bynajmniej nie kojarzy się jako wydarzenie zabawne i z reguły nie jest tak przedstawiane na ekranie. Przeciwnie – sceny umierania, naturalnego, na skutek wypadku lub z czyjejś ręki, mają nieraz potężną siłę oddziaływania, której efekt zostaje z nami jeszcze długo po seansie (zeszłoroczne Dziedzictwo. Hereditary solidnie potrafiło wstrząsnąć na tym polu).
Istnieją od tego wyjątki w postaci tych scen umierania, które zamiast szokować – bawią groteskowym sposobem pożegnania się ze światem, absurdem samego wydarzenia lub po prostu nieudolną realizacją. Poniżej kilka wybranych przykładów z bogatej galerii takich fragmentów.
Co oczywiste, w tekście pojawiają się SPOILERY.
Zombieland (2009)

Najsłynniejszym fragmentem filmu jest ten, w którym bohaterowie trafiają do posiadłości Billa Murraya w postapokaliptycznym Los Angeles. Aktor nieszczególnie przejmuje się faktem, że świat został opanowany przez zombie, wręcz przeciwnie – robi sobie z tego żarty, wliczając w to udawanie żywego trupa i straszenie w ten sposób innych.
To właśnie ten psikus doprowadza go ostatecznie do zguby, gdy zaskoczony bohater Jessego Eisenberga z rozpędu strzela, pewny, że nadciąga prawdziwe zagrożenie. Twórcy filmu nie robią ze śmieci uwielbianego aktora wielkiego dramatu, przeciwnie – wykorzystują fakt jego umierania, aby zaserwować dodatkowy gag (zapytany czego najbardziej w życiu żałuje, Murray odpowiada, że Garfielda – przypomnijmy, że aktor użyczył słynnemu kotu głosu w filmowej wersji jego przygód). Formuła filmu nie wyklucza pojawienia się Murraya w zapowiedzianym na październik sequelu – tym razem jako faktycznego zombie.
Pulp Fiction (1994)

Śmierć nagła i zupełnie przypadkowa, a przy tym zupełnie absurdalna i wywołująca lawinę konsekwencji. Mowa oczywiście o przypadkowym postrzeleniu Marvina, którego na inny świat wysyła Vincent.
Wszystko przez wybój, na który wjechał Jules! Tarantino nie skupia się na zgonie Marvina jako takim – nie jest to postać, którą zdążylibyśmy poznać lepiej na przestrzeni filmu, a tym bardziej się z nią związać. Po pierwszym szoku związanym z wyobrażeniem sobie eksplodującej głowy nieszczęśnika w następnych minutach bliżej nam do zaśmiewania się ze znakomitych, ciętych wymian zdań między bohaterami, którzy nerwowo (nie bez powodu – trudno zachować spokój, ociekając cudzą krwią) muszą postanowić, jakie działania powziąć, aby nie kursować po mieście w tak urządzonym samochodzie.
Django (2012)

Jeszcze jeden film Tarantino i kolejne absurdalne zabójstwo, którego ofiarą tym razem pada… sam reżyser, wcielający się w epizodyczną postać zabitą przez Django blisko końcówki filmu. Komizm wynika tu w znacznym stopniu z faktu, że to właśnie Tarantino wciela się w zabitą postać – jest to reżyser na tyle rozpoznawalny, że nikt nie powinien mieć większego trudu ze skojarzeniem, iż to właśnie on krząta się wcześniej na ekranie.
Ginie ponadto nagle, zupełnie tak jak jego towarzysze, którzy padają trupem w sekundzie, w której Django dostaje do ręki broń. Różnica jest taka, że Tarantino nie umiera ot tak, ale w eksplozji wywołanej wybuchem dynamitu w torbie na jego ramieniu, nim w ogóle zdąży się do końca zorientować, co tak naprawdę się dzieje.
To już jest koniec (2013)

Choć film Setha Rogena i Evana Goldberga jako całość traktuję w kategorii dobrej rozrywki (nawet jeśli czuję się nieco winny z zaśmiewania się z mało wyrafinowanych żartów rzucanych przez bohaterów), to największą atrakcją pozostaje w nim początkowa scena imprezy w domu Jamesa Franco. Fakt, że aktorzy i celebryci wcielają się w filmie w samych siebie, sprawia, że widz bardziej wsiąka w nastrój zabawy, wyobrażając sobie, że tak w istocie wyglądają hollywoodzkie domówki (w co oczywiście łatwo uwierzyć). Największą komediową atrakcją jest tu Michael Cera, aktor kojarzony z rolami niezręcznych, grzecznych chłopców, na imprezie całkowicie naćpany, szukający guza i zaciągający do łazienki kobiety, aby zaspokajały go oralnie.
Gdy światem zaczynają wstrząsać katastrofy, ginie wielu uczestników zabawy, ale nikt w taki sposób jak Cera, który niczym na publicznej egzekucji zostaje nabity na słup. Bawi puenta tej sceny – chwilę przed śmiercią aktor oskarżał innych o zabranie mu telefonu, ten z kolei zaczyna dzwonić, gdy Cera wisi już w powietrzu. „To zawstydzające”, podsumowuje aktor, czyniąc z tego faktu swoje największe wtedy zmartwienie. Priorytety!
Wielka draka w chińskiej dzielnicy (1986)
Słynny film Johna Carpentera z Kurtem Russellem w roli głównej obrazowo pokazuje zgubne skutki nadymania się z wściekłości. Dosłownie. Już podczas walki Jacka (w tej roli właśnie Russell) z Grzmotem dowiadujemy się, że ten drugi ma zdolność powiększania objętości swojego ciała, jednak to, co dzieje się bliżej końcówki filmu, sprawia, że pozostaje nam jedynie przetrzeć oczy ze zdumienia. Na widok swojego martwego przełożonego (zabitego złapanym w powietrzu nożem – to wszystko kwestia refleksu, jak podkreśla Jack), Grzmot wpada w taki gniew, że jego ciało pompuje się niczym balon, by wreszcie wybuchnąć i rozrzucić wokół siebie coś, co wygląda jak kawałki warzyw. Niech o wyjątkowości tego momentu świadczy fakt, że dzięki niemu mogłem w ogóle napisać takie zdanie, jak powyżej.
Poszukiwacze zaginionej Arki (1981)
Jedna z ikonicznych scen, być może nie tylko filmu, lecz także całej historii kina. Słynny moment, gdy Indiana Jones nonszalancko strzela do przeciwnika, który chwilę wcześniej obnosił się ze swoimi umiejętnościami operowania mieczem, wzbudza śmiech poprzez swoją nieprzewidywalność i kontrast między rywalami i ich podejściem do pojedynku. Pierwotnie scena ta miała jednak wyglądać inaczej. W scenariuszu Jones wyrywał przeciwnikowi miecz z ręki za pomocą swojego bicza, lecz sztuka ta była wyjątkowo trudna w praktyce, a to z powodu zatrucia pokarmowego, jakie dopadło część ekipy, w tym samego Harrisona Forda. Po kilku nieudanych próbach złapania miecza Ford zaproponował, by przeciwnika po prostu zastrzelić, na co od razu przystał Steven Spielberg. Bardzo słuszna decyzja!
Monty Python i Święty Graal (1975)

Film słynnej grupy kipi wręcz od absurdalnych, przezabawnych scen, do których zalicza się również sekwencja z mostem śmierci, przez który można przejść, jedynie udzielając wcześniej strażnikowi odpowiedzi na trzy pytania.
Ofiar pada w tej scenie kilka, ale z odejściem każdej wiąże się znakomity sytuacyjny gag związany z zadawanymi pytaniami – co najwspanialsze, nie ma tu mowy o powtarzalności, bo każdy żart różni się od siebie pomimo podobnego schematu. Bardziej niż sposób, w jaki umierają postaci (wyrzucenie w powietrze i upadek w przepaść), bawi tu element zaskoczenia i abstrakcyjne poczucie humoru charakterystyczne dla Monty Pythona, bo któż mógłby przypuszczać, że w momencie decydującym o życiu lub śmierci bohater zostanie zgładzony, gdyż zapomni, jaki jest jego ulubiony kolor?
Karate Girl (1973)
O ile poprzednie wymienione tu ekranowe śmierci były rzeczywiście zabawne, to ich walory komediowe wynikały głównie z umiejscowienia w fabule i groteskowej aranżacji. Powyższa scena jest z kolei tak uroczo nieudolna, że aż trudno uwierzyć w poważne zamiary jej twórców. Przez dosłownie minutę oglądamy, jak przeciwnik głównej bohaterki pada ofiarą jej strzałów, krzycząc przy tym wniebogłosy, a jakby tego było mało – wszystko oglądamy w zupełnie zbędnym slow motion. Nieporadność tej sceny jest znakomita na tyle, że pomimo jej fatalnego poziomu trudno nie docenić przypadkowych walorów humorystycznych. Chyba nie da się dobitniej pokazać, że ktoś umarł na ekranie. Trzeba zobaczyć.
Żywy cel (1987)
Popularny film ery VHS właściwie w całości opiera swój koncept na mordowaniu ludzi. Taki jest zresztą punkt wyjściowy – grupa najemników urządza sobie safari, na którym polują na ludzi porwanych z ulicy. Ku ich nieszczęściu jedną z ich potencjalnych ofiar staje się Mike Danton weteran wojny w Wietnamie, któremu nie po drodze stawać się zwierzyną, zatem aby uniknąć własnego niezadowolenia, postanawia rozprawić się z całą dżunglą przeciwników.
Idzie mu to bardzo dobrze. On biega, inni biegają, on przeżywa, inni nie. W międzyczasie sprawa robi się niezwykle osobista, a gniew Dantona wzrasta z każdą sekundą. Upust temu daje w scenie, w której atakuje jednego z przeciwników maczetą, odcinając mu ramię i wykorzystując je do zatłuczenia ofiary na śmierć. Absolutnie najjaśniejszy punkt filmu, który bawi i paradoksalnie robi wielkie wrażenie samym pomysłem, na nowo definiując powiedzenie „zginąć z własnej ręki”.
Wejście ninja (1981)
Film z Franco Nero, znanym między innymi ze spaghetti westernu Django z 1966, stanowiącego oczywistą inspirację dla Quentina Tarantino i jego wymienionego w tym tekście filmu. Wejście ninja doczekało się dwóch sequeli i traktowane jest jako film, który rozpoczął w latach osiemdziesiątych boom na filmy o tej tematyce. Wpasowująca się w temat śmierć z tego filmu jest kolejnym przykładem fatalnej realizacji, tutaj głównie pod kątem aktorskim. Po otrzymaniu ciosu shurikenem w pierś antagonista bohatera w ciągu kilku sekund przechodzi przez co najmniej kilka etapów radzenia sobie ze śmiercią, by od pierwszego szoku i bólu (oczywiście w slow motion) prędko dotrzeć niemalże do wzruszenia ramionami i gestu „zdarza się i tak”. Łatwo rozbawić się jego ostatnim wyrazem twarzy, który prędzej wyraża niemożność odpowiedzenia na pytanie zadane przez matematyczkę w liceum niż śmierć w bólu.
Jak wspomniane zostało we wstępie, powyższe dziesięć przykładów absolutnie nie wyczerpuje tematu, choć zbiera kilka odmian zabawnych filmowych śmierci – takich, które celowo zostały zaaranżowane jako humorystyczne i takich, w którym czynnikiem decydującym okazała się nędzna realizacja. Chętnie poczytam kolejne propozycje takich właśnie scen, zatem zachęcam do komentowania.
