Publicystyka filmowa
NAJSTRASZNIEJSZE filmy o IZOLACJI
Odkryj NAJSTRASZNIEJSZE filmy o IZOLACJI, które wciągają w mroczny świat psychologicznych lęków i wykluczenia bez nadprzyrodzonych potworów.
Tak wyzyskana i wyeksploatowana w horrorze IZOLACJA już dzisiaj aż tak nie straszy, jak jeszcze 30 lat temu. Wciąż jednak można wymienić kilka sztandarowych pozycji filmowych, które oparte są na tematyce izolacji bohaterów, fizycznej rzecz jasna. W czasach pandemii głównie do takiej przywykliśmy. Zbyt rzadko wspominamy, co izolacja robi z naszą psychiką. Warto zatem przypomnieć sobie kilka filmów, które opowiadają straszne historie o tym, co się dzieje z ludzkim umysłem, gdy coś lub ktoś ograniczy mu kontakt ze społecznością innych ludzi, i to bez użycia duchów, obcych z kosmosu, demonów i wszelkich innych potworów.
Spójrzmy na problem izolacji szerzej i połączmy go z wykluczeniem. Wtedy może okaże się, że dzisiejszy świat zaczyna korzystać z takiej czy innej formy IZOLACJI, podobnie ją masowo wyzyskując, jak to robiły horrory i thrillery.
Azyl (2002), reż. David Fincher
Gdybym miał wielki dom, na pewno zbudowałbym takie pomieszczenie, tyle że nieco ulepszone, powiedzmy, że gwarantujące ucieczkę. Powinno ono mieć jednak wyjście awaryjne, i to inne niż wejście. Najlepiej, żeby prowadziło daleko poza dom podziemną trasą ucieczkową. Takie rozwiązanie jak w Azylu sprawdza się, gdy nikt nie wie, że takie pomieszczenie istnieje oraz ktoś w nim się ukrył. Inaczej tzw. AZYL staje się więzieniem i miejscem potencjalnej śmierci, o ile wcześniej wrogowie nie sforsują zabezpieczeń.
Dokładnie taka sytuacja zdarzyła się w filmie Davida Finchera. Izolacja w ukrytym pokoju stała się dla Meg (Jodie Foster) i Sarah (Kristen Stewart) śmiertelnym niebezpieczeństwem, z biegiem czasu podobnie niebezpiecznym, co włamywacze. Pojęcie IZOLACJI ma zatem dwa wymiary – jak to u Finchera, gdzie wszystko może być wszystkim innym. Z jednej strony izolacja chroni nas przed niebezpieczeństwami świata – koronawirus. Z drugiej izolacja niszczy izolowaną jednostkę i nie może trwać zbyt długo, bo poczyni co najmniej takie same szkody, co czynnik, przed którym w izolację uciekliśmy.
Pogrzebany (2010), reż. Rodrigo Cortés
Podczas seansu tego filmu wiele razy zrobi się wam duszno. Kadr jest wąski, a odległość twarzy głównego bohatera (Ryan Reynolds) od wieka trumny naprawdę niewielka.
Produkcja odpowiada na jeden z naszych największych lęków, o którym mówiło się częściej dawniej, gdy krążyło więcej legend o domniemanych przebudzaniach żywych ludzi w trumnach. Takie opowieści snuła też moja babcia. Opowiadała o obgryzionych paznokciach i strasznym doświadczeniu śmierci z braku powietrza pośród bezproduktywnych krzyków na cmentarzu, których nikt nie usłyszy. Szczerze wątpię, żeby takie domniemane umieranie trwało długo. Gdybym obudził się w trumnie, umarłbym ze strachu, najpewniej na zawał, dusząc się wcześniej tym wszystkim, co pod wpływem stresu ze mnie wypłynęło, oczywiście zanim skończyłoby się powietrze.
Główny bohater filmu miał więc nerwy ze stali, jak to w filmie bywa. Nie wpadł w panikę, a dokładniej to szybko ją opanował i desperacko walczył. To jedna z najstraszniejszych izolacji w tym zestawieniu, obudzić się w trumnie i dotknąć czołem sufitu swojego trumiennego domu. Taka forma izolacji ma wiele wspólnego z zabiegami deprywacji sensorycznej, z tym że ta odbywa się zwykle na życzenie osoby, która jej potrzebuje w sensie terapeutycznym lub np. seksualnym.
3096 dni (2013), reż. Sherry Hormann
Trudno sobie wyobrazić, jak długi to czas. Nie można dosłownie tego pojąć, że da się taką sytuację przeżyć. Nataschy Kampusch udało się przetrwać i to jest fakt. Był chyba na to tylko jeden sposób.
Najpierw pogodzić się z sytuacją, potem nawiązać porozumienie z porywaczem, którym był pedofil, Wolfgang Přiklopil, a następnie czekać, może nawet latami, na szansę ucieczki. Natascha była jednak dzieckiem, gdy zboczeniec ją porwał. Potrzebowała opieki i miłości, którą czasem ów dewiant ją obdarzał. Jak więc nie przywiązać się do porywacza będącego jedyną osobą, z którą ma się kontakt? Jest to niemożliwe. Jeśli Natascha chciała przeżyć, musiała zagrać w tę morderczą grę, co film dotkliwie dla emocji widza pokazał, zwłaszcza w późniejszym okresie życia kobiety. Zaczęła od pełnej strachu izolacji w piwnicy o powierzchni pięciu metrów kwadratowych.
Z czasem dostawała nagrody w postaci wyjścia na teren domu, a potem nawet wycieczek daleko od niego. Gwałt, nagroda, gwałt, znowu prezent. Piwnica wciąż jednak pozostała pewnym rodzajem kary, która w każdej chwili mogła powrócić. Ucieczka więc była koniecznością dla ocalenia życia. Izolacja zatem z początku miała wymiar czysto fizyczny, żeby potem nabrać znamion tresury, którą porywacz uskuteczniał na Nataschy, chcąc desperacko ulepić sobie idealną partnerkę życiową. Co ciekawe, Přiklopil był zarazem i twórcą, i ofiarą swojej wizji izolacji, którą wymyślił, żeby zaspokoić swoje chore żądze.
Pająk (2002), reż. David Cronenberg
Choroba psychiczna izoluje człowieka, zarówno z jego perspektywy, gdyż w jego pojęciu społeczeństwo nie jest w stanie zrozumieć ani zaakceptować jego sposobu myślenia i reagowania, jak i w perspektywie wszystkich tych, którzy mają kontakt z chorym.
Nie rozumieją go, a przez to nie wiedzą, jak mają się w stosunku do niego zachować, a z tego powodu z kolei się boją. Przedstawić ten system zależności w filmie nie jest łatwo i mało który z reżyserów potrafi oddać ten specyficzny klimat izolacji psychicznej, na dodatek skryty w świadomości chorego psychicznie. David Cronenberg nie zamienia schizofrenika ani w antagonistę, ani w potwora, ani tym bardziej w narzędzie rozrywki dla publiczności. Grany przez Ralpha Fiennesa Dennis Cleg (Pająk) nie „zachwyci” nas osobliwymi urojeniami, o których będziemy mogli opowiadać wszem wobec ku uciesze gawiedzi, żeby zabłysnąć elokwencją. To zwykły człowiek, a przy tym schizofrenik, któremu społeczeństwo po długim leczeniu potrafiło zaproponować jedynie obskurny przytułek.
Bohater Pająka nie posiada wybitnych zdolności ani zajmującej osobowości. Pod tym względem zrywa z utrwalonym w historii kina wizerunkiem geniusza cierpiącego na schizofrenię. Jeśli znaliście jakiegoś schizofrenika, to z pewnością docenicie detale w zachowaniu bohatera – ukrywanie swoich rzeczy, noszenie czterech koszul jednocześnie w obawie, że któraś zginie, maskowaty wyraz twarzy, sztuczny uśmiech, specyficzny styl mówienia czy niekomunikatywność przejawiająca się np. w postawie ciała, ruchach i mimice. Jednym słowem wewnętrzna izolacja emocjonalna, kompletna niemożność wypowiedzenia się na temat własnych emocji, a przez to psychiczna męka.
Coś (1982), reż. John Carpenter
O tym rodzaju izolacji wspominałem na początku. Horrory wyzyskały go maksymalnie. Polega on na osadzeniu akcji w jakimś niedostępnym geograficznie miejscu. Następnie odizolowuje się obecnych w nim ludzi za pomocą jakiegoś zewnętrznego czynnika, np. burzy śnieżnej, od reszty świata i pod osłoną tego, co się dzieje, wprowadza do grupy wroga. Względnie ona sama go ściąga do siebie jeszcze przed izolacją, jak zrobiła to grupa naukowców z filmu Coś. Ważne, żeby nikt z nich już nie uciekł z miejsca, gdzie będzie rozgrywała się akcja, nawet jeśli na końcu zostanie jeden lub dwóch, którym w zasadzie udało się przetrwać.
Wróg w tego typu narracjach filmowych jest zwykle niepokonany. Pamiętacie ostatnią scenę? R.J. MacReady (Kurt Russell) siedzi przy ognisku z Childs (Keith David). Dookoła płoną resztki zdemolowanej stacji badawczej. Nie wiadomo, kto jest wrogiem, a kto człowiekiem. Historia ma się rozstrzygnąć już poza kadrem. Widz może jedynie poczuć na koniec tę mrożącą atmosferę izolacji i braku nadziei.
Oldboy (2003), reż. Chan-wook Park
Izolacja równa się w tym przypadku z uwięzieniem. Porwany z ulicy Dae-su Oh zostaje osadzony w pomieszczeniu do złudzenia przypominającym pokój w jakimś obskurnym motelu. Ma do dyspozycji telewizor jako jedyne okno na świat. Ten czas, który spędza w izolacji, ma posłużyć mu do uświadomienia sobie, kim naprawdę jest i kto mógłby chcieć się na nim tak zemścić.
Z lat spędzonych w odosobnieniu robi użytek, chociaż nie brak momentów kompletnego załamania. W koreańskiej wersji z dużo mniejszym zaangażowaniem i dokładnością został zaprezentowany ten okres uwięzienia bohatera niż u Spike’a Lee. Amerykańska wersja pozwala widzowi związać się z Dae-su (u Lee Joe Doucett) dużo bardziej, można powiedzieć przystępniej. Upatruję tu wyjścia naprzeciw jankeskiemu widzowi, a nie zmuszanie go za wszelką cenę do intelektualnych analiz, co jednak nie przeszkadza w dobrej ocenie postawionej całości. W obydwu wersjach natomiast izolacja jest doprowadzaniem człowieka do szaleństwa, z którego mało kto potrafiłby się podnieść, dlatego w naszej pandemicznej sytuacji czasem trzeba wyjść gdzieś dalej niż do spożywczaka na osiedlu.
Przebudzenia (1990), reż. Penny Marshall
Taki lekarz jak Malcolm Sayer istniał naprawdę, chociaż jego filmowa postać wydaje się czasami wręcz nierealna ze względu na nieco cukierkowo zaprezentowaną dobroć. Jego pierwowzorem był zmarły w 2015 roku neurolog Oliver Sachs pracujący przez jakiś okres swojej kariery naukowej z pacjentami postencefalicznymi, czyli tymi, których choroba (np.
zapalenie opon mózgowych) na jakimś etapie życia odcięła od zewnętrznego świata, uszkadzając ich system nerwowy. Zostali więc odizolowani. Doktor Malcolm Sayer na chwilę wyrwał ich z tego snu, odrętwienia czy też śpiączki. Dosłownie wyglądali po kuracji Lewodopą, jakby się obudzili. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że stało się tak na chwilę, za krótką, żeby mogli nacieszyć się życiem po tak długim „śnie”. To odchodzenie w ponownie narastającą izolację sensoryczną jest najstraszniejsze, bo pacjenci Sayera nie tracili świadomości nagle. Byli świadomi, że coś z nimi zaczyna się dziać, że zaczynają zapominać, oddalać się od świata, tracić kontrolę nad ciałem. Bali się, bo wiedzieli, że za tydzień lub dwa znów przestaną istnieć dla swoich bliskich jako rozumni ludzie, a może w ogóle ludzie.
Okno na podwórze (1954), reż. Alfred Hitchcock
Klasyka kina dla izolowanych, gdyż mogą utożsamić się z głównym bohaterem. Jak pamiętamy, L.B. Jefferies (James Stewart) był fotoreporterem, którego uwięziła w domu złamana noga. Jego jedyną rozrywką pozostało podglądanie sąsiadów przez teleobiektyw. Niezależnie od tego, co zobaczył L.B., Alfred Hitchcock chciał za pomocą jego sytuacji uświadomić nam, że uwielbiamy podglądać, a wojeryzm nie jest aż taką wadą, jak się niektórym wydaje. Patrzenie na kogoś z ukrycia pozwala niekiedy lepiej go poznać. Jest w sumie podobne do oglądania filmów. Patrząc na nie, również podglądamy innych, tyle że obserwujemy sytuacje fikcyjne, a aktorzy zgodzili się za pieniądze je przed naszymi oczami zaprezentować.
Dzisiaj na wielkich osiedlach architekci stawiają bloki bardzo blisko siebie, jakby wychodzili naprzeciw naszym wojerystycznym potrzebom. Trwająca zaś prawie cały rok, z niewielkimi przerwami, pandemiczna izolacja uświadomiła nam, że w domowym zaciszu patrzenie na to, co robią inni w swoich mieszkaniach, pozwala nam łatwiej przetrwać odosobnienie, a czasem, jak w przypadku Jefferiesa, zobaczyć coś złego, co nigdy nie zostałoby zauważone, gdyby nie lockdownowe podglądactwo.
Babycall (2011), reż. Pål Sletaune
Mrożące krew w żyłach historie zdarzają się tuż obok nas, za ścianami w wielkich blokowiskach. Pogrążającym się w szaleństwie ludziom nikt nie potrafi pomóc, gdyż żyjemy obok siebie niejednokrotnie jak obcy, czasem tylko zdawkowo wymieniając kurtuazyjne ukłony np.
w windzie. Nikt już nie chodzi do sąsiada po cukier czy brakujące do ciasta jajko. Siedząc w tych czterech ścianach, wyobrażamy sobie inną rzeczywistość niż ta, która naprawdę jest. Stykamy się z nią zbyt rzadko, żeby jej uwierzyć. Szybkie wyjście na zakupy. Nieufność wobec ludzi, którzy chcieliby nas zaczepić, niekoniecznie, żeby zrobić nam krzywdę. Coraz cięższa do zniesienia izolacja, a przy tym uznawana za jedyną szansę na bezpieczne życie. W takim świecie żyje główna bohaterka Anna (Noomi Rapace).
Strach o dziecko, strach o siebie, strach o mieszkanie, dosłownie o wszystko. A jednak jest w tym odizolowanym świecie szansa na wyjście z niego i zrozumienie, na czym źródło strachu polega. Problem w tym jednak, że jego uświadomienie może skończyć się jakimś radykalnym czynem, a izolacyjne zapomnienie jest chwilową przed nim obroną siebie. Najstraszniejsza jest izolacja we własnej głowie.
Ludzka stonoga 2 (2011), reż. Tom Six
U Toma Sixa izolacja ma dwa wymiary. Jest przeżywana na poziomie głównego bohatera, Martina Lomaxa, który był wykorzystywany seksualnie w dzieciństwie przez ojca i za swoje cierpienie w pewnym sensie mści się na innych, oraz na poziomie jego ofiar, biorących udział w szalonym eksperymencie tworzenia ludzkiej stonogi.
Z kolei ich izolacja ma również dwie formy. Pierwsza to ograniczenie wolności, a druga to doprowadzenie do bycia częścią stonogi, a więc naruszenie intymności oralnej i analnej. Ta ostatnia izolacja jest najstraszniejsza i o to cierpienie Lomaxowi chodzi. Jego bólu nikt nie zrozumiał. Matka obwiniała go o to, że straciła męża, gdy okazało się, że jest zboczeńcem i został za to osadzony w więzieniu. To jednak Lomax był winien. Schemat myślenia podobny do tego panującego w środowisku kleru – to dzieci wchodzą księżom do łóżka i co oni biedni mogą zrobić prócz odbycia z nimi stosunku. Przecież się nie powstrzymają.
Przy całej ohydzie Ludzkiej stonogi 2 Tom Six celnie przedstawił nie tylko przerażającą sytuację izolacji, ale i modele wyparcia zbrodni stosowane przez ofiary i sprawców.
