Publicystyka filmowa
NAJLEPSZE ROLE aktorów z FILMÓW MARVELA
Odkryj NAJLEPSZE ROLE aktorów z FILMÓW MARVELA, które na zawsze odmieniły oblicze kina superbohaterskiego i ich bohaterów.
Zestawienie obejmuje również produkcje powstałe poza tzw. MCU (Marvel Cinematic Universe), ale wciąż związane ze światem Marvela, np. Spider-Mana (2002) Sama Raimiego. Z ciężkim sercem, ale z konieczności, gdyż lista musi by ograniczona, zdecydowałem się również pominąć role epizodyczne, które grali czasami aktorzy wręcz legendarni dla kina w ogóle, np. Robert Redford czy Michael Douglas. Po pierwsze trudno by było wskazać jednoznacznie ich najlepsze role w karierze, a po drugie ze względu na osiągnięcia należą im się osobne teksty.
Pozostało 16 bohaterów kluczowych dla MCU, ale i ogólnie dla dzisiejszej potęgi Marvela. Aktorzy, którzy się w nich wcielili, mieli lepsze lub gorsze role, zanim stali się herosami, a wielu z nich do dzisiaj nie zagrało bardziej znanych ról niż te superbohaterskie.
Robert Downey Jr. (Iron Man). Najlepsza rola – Charles Chaplin, Chaplin (1992), reż. Richard Attenborough
Patrząc na Downeya Jr. sprzed lat, zwłaszcza na rolę Charlesa Chaplina, trudno mi uwierzyć, że potrafił tak dobrze wcielić się w niewątpliwie legendarnego aktora dla kina w ogóle, nie tylko tego niemego. Kariera i życie osobiste niestety tak się u Downeya potoczyły, że oddał się czystej, kinowej rozrywce, z czasem zmniejszając coraz bardziej liczbę takich ról jak w Chaplinie. Osobiście uważam jednak, że kreacja postaci Iron Mana jest jedną z bardziej udanych w kinie superbohaterskim. Nie mogę jednak zapomnieć o wzruszającym poszukiwaniu swojej aktorskiej tożsamości jako Charlie Chaplin.
Chris Evans (Kapitan Ameryka). Najlepsza rola – Steve Rogers „Kapitan Ameryka”, np. w Avengers: Wojna bez granic (2018), reż. Anthony Russo, Joe Russo
Jak pewnie wiecie, nie jest to mój ulubiony bohater Marvela.
Trzeba jednak oddać mu sprawiedliwość, stwierdzając, że bez niego z Avengersami byłoby marnie. Niemałą w tym zasługę ma Chris Evans. Trudno w jego filmografii wskazać lepszą oraz bardziej znaną fanom Marvela rolę. Evans wybudował na niej jako aktor całą swoją karierę oraz wizerunek. Przez to stał się więźniem postaci Kapitana Ameryki. Tym bardziej z niemałą ciekawością czekam na kolejne jego aktorskie wyczyny, wciąż mając nadzieję, że oderwie się od kina superbohaterskiego, ale też twórcy Marvelowskiej franczyzy zaplanują dla niego film w stylu Logana, w którym Wolverine’a poznaliśmy nieco z innej strony.
Scarlett Johansson (Czarna Wdowa). Najlepsza rola – Griet, Dziewczyna z perłą (2013), reż. Peter Webber
Czarna Wdowa doczekała się nareszcie swojego filmu.
Cieszyłbym się, gdyby była to historia podobna np. do tej z Atomic blonde. Spodziewam się jednak, że dostanę nieco inne danie. Bo cóż jest w Czarnej Wdowie heroicznego, prócz jej woli, żeby dorastać do poziomu reszty Avengersów? W całym tym towarzystwie jest zbyt ludzka, ale czy właśnie przez to nie najbardziej realna i przemawiająca do wyobraźni? A co do Dziewczyny z perłą, odgrywająca ją Griet, więc tak naprawdę Scarlett, ma w sobie podobną determinację, lecz wyrażoną delikatniej, z większym dystansem i klasą, dlatego wygrała z Czarną Wdową. No i te pięknie dobrane do dzieła Vermeera usta.
Chris Pratt (Star-Lord). Najlepsza rola – Star-Lord, Strażnicy Galaktyki (2014), reż. James Gunn
Lekkość, bezkompromisowość, dowcipność, umiejętność zaskarbienia sobie sympatii widza – wszystko to zamknięte w formie komedii science fiction pod wodzą niesamowitego Star-Lorda.
Filmografia Chrisa Pratta nie jest wielka. Aktor z niego wciąż młody, poszukujący, ale wydaje się, że ta ścieżka w Strażnikach Galaktyki jest dla niego właściwa. Mógłby spróbować jeszcze pociągnąć wątek z Pasażerów, czyli kameralnego science fiction z mądrościowym zacięciem, co być może otworzyłoby mu szerzej drzwi do kina psychologicznego. Czekam niecierpliwie, a póki co przydałaby się trzecia część Strażników Galaktyki na już.
Josh Brolin (Thanos). Najlepsza rola – Joe Doucett, Oldboy. Zemsta jest cierpliwa (2013), reż. Spike Lee
Lubię stylistykę produkcji Spike’a Lee, niezależnie od tego, jak bardzo krytycy uważają, że współcześnie zrobił się odtwórczy.
On po prostu szuka tej idealnej narracji, a powtarzalność nie jest wadą, a jedynie szlifowaniem tematów aż do doskonałości. Mimo to w przypadku Josha Brolina bezapelacyjnie wybrałbym Thanosa, gdyż to jedna z moich ulubionych postaci w MCU. Musiałoby być jednak więcej Brolina w Brolinie, a nie CGI. Aktor gdzieś się w nim zgubił, zaś w Oldboyu pokazał siebie aż nazbyt dosadnie, samemu nie stając się przy tych potwornych czynach potworem. Ta równowaga przemówiła do mnie o wiele bardziej niż jej wersja spod ręki Park Chan-wooka.
Niemniej obydwa filmy należy zobaczyć. Jeden dopełnia drugi, a w portfolio Josha Brolina Joe Doucett jest postacią wybitną.
Chris Hemsworth (Thor). Najlepsza rola – Thor, np. w Thor: Ragnarok (2017), reż. Taika Waititi
Podobnie jak w przypadku Chrisa Evansa czy Chrisa Pratta, u Chrisa Hemswortha, poza zbieżnością imion, nastąpiło spore zaszufladkowanie przez MCU.
Bynajmniej nie mam zamiaru narzekać, gdyż doświadczenie rozrywkowe z Thorem mile wspominam, przyznaję, że znacznie milej niż z serią Avengers. Myślę jednak o przyszłości Hemswortha. Piękny jest z niego Thor. Odwołania do mitologii również mądrze zostały wplecione we wszystkie produkcje z serii, a wielki brzuch roztytego bożka dosłownie rozwala system. Ta idylla się mimo wszystko skończy, a wtedy Chris Hemsworth będzie musiał odnaleźć się w innych rolach albo zejść ze sceny.
Hugh Jackman (Logan/Wolverine). Najlepsza rola – Keller Dover, Labirynt (2013), reż. Denis Villeneuve
Brałem pod uwagę Australię, nie bójcie się. Nie można tej produkcji pominąć zarówno w portfolio Hugh Jackmana, jak i Nicole Kidman. To, co jednak bardziej ujęło mnie w Labiryncie, to bezradność, z jaką musiał zmagać się główny bohater, a zarazem i aktor – bezradność przekutą w końcu w niekontrolowaną agresję, sadyzm, na jaki mało kto mógłby się zdobyć. Tak przynajmniej nam się wydaje.
Sądzę, że Dovera trudniej odegrać niż silną, charyzmatyczną postać Drovera z Australii (cóż za zbieżność nazwisk). Podobną bezradność czy też kończące się superbohaterstwo Jackman perfekcyjnie oddał w Loganie. Postać Kellera Dovera wykazała jednak o wiele większą desperację i to bardzo dyskusyjną pod względem moralnym. Takich kontrowersji w Loganie niestety zabrakło.
Samuel L. Jackson (Nick Fury). Najlepsza rola – Jules Winnfield, Pulp Fiction (1994), reż. Quentin Tarantino
Postaci Julesa absolutnie nie należy naśladować. Quentin Tarantino w żadnym wypadku nas do tego nie namawia. Raczej snuje refleksję za pomocą postępowania Julesa o różnicy między prawem a sprawiedliwością. Otóż sprawiedliwie mogą postępować nawet najbardziej zatwardziali zwolennicy łamania prawa. Samuel L. Jackson zaś filuternie, a zarazem charyzmatycznie prezentuje widzowi przestępczą rzeczywistość, aby może ten zorientował się w końcu, że im więcej praw oraz powinności wobec nich, tym więcej znajdzie się złoczyńców, rzecz jasna pewnie nie tak dowcipnych jak Jules czy jego partner Vincent Vega. A co z Nickiem Furym? Jest sobie gdzieś w tle MCU. Trudno nawiązać z nim jakąś relację emocjonalną, bo go za mało w fabule. A może dobrym pomysłem byłoby oddać mu jeden film do dyspozycji?
Tobey Maguire (Spider-Man). Najlepsza rola – Kapitan Sam Cahill, Bracia (2009), reż. Jim Sheridan
Tobey to aktor o zimnym spojrzeniu, z charakterystycznym, nieco młodzieńczym głosem. Od czasu, gdy byłem w kinie na Spider-Manie, tak właśnie go określam, jedno zdanie i doskonale już wiem, o kogo chodzi.
Te dwie cechy idealnie wykorzystał w roli kapitana Cahilla. Doświadczenie wojny w oczach, młodość w głosie i w ogóle jakaś taka niespójność jestestwa, które dojrzewało przez cały film. Po roli Człowieka-Pająka, do której mam nieskrywany sentyment, jak i do wizji superbohaterstwa zaprezentowanej przez Sama Raimiego, a jeszcze przed znakomitą kreacją Nicka Carrawaya, pojawił się w portfolio Maguire’a kapitan Sam, żeby przygotować go do zimnej oceny rzeczywistości, którą gdyby posiadał Gatsby, przeżyłby w swoim wyimaginowanym świecie.
Mark Ruffalo (Hulk). Najlepsza rola – Chuck Aule, Wyspa tajemnic (2010), reż. Martin Scorsese
Hulka grało wielu aktorów.
Ruffalo okazał się jednak najmniej przerysowany. Było to dla mnie spore zdziwienie, gdyż nie sądziłem, że Mark tak dobrze osadzi się w kinie superbohaterskim. Nadawał się do romansów, melodramatów, a nawet filmów sensacyjnych, ale jako członek Avengersów? Należy więc tym bardziej docenić go za kreację Hulka. Nie powinno się jej jednak przeceniać. Dużo w niej zasłaniającego aktora CGI, dlatego nie jest to jego najlepsza rola. Od takowej minęło jakieś dziesięć lat. Narodziła się gdzieś w cieniu Leonarda DiCaprio, niemal na drugim planie. Pełna jest niepewności, wstrzemięźliwości, czasem skrywanego lęku, stąpania po kadrach filmu jak po trzęsawisku, aż wreszcie… następuje wybuch…
Jeremy Renner (Hawkeye). Najlepsza rola – Cory Lambert, Wind River. Na przeklętej ziemi (2017), reż. Taylor Scheridan
Z Sokolim Okiem jest trochę jak z Czarną Wdową – mało w nim nadnaturalnych zdolności, a więcej kunsztu tajnego agenta MI6.
Avengersi mogliby się bez niego obyć, przynajmniej do ostatniej części i walki o Kamień duszy. Byłby przystępniejszą postacią, gdyby wyposażono go w poczucie humoru, a tak jest nieco mroczny. Jeremy Renner z jego grubo ciosanymi rysami twarzy nadaje się za to na rolę zakapiora, trapera czy poszukiwacza przygód w jakiejś niegościnnej okolicy. I tak Cory Lambert z Wind River to postać rozdarta między naturą a cywilizacją, a z tego podziału rodzi się samotny człowiek, który nigdzie nie ma swojego miejsca.
Natura obarcza go obowiązkami, które neguje cywilizacja i odwrotnie. Gdyby Rennerowi dać jeszcze zawsze trafiający do celu łuk, zamieniłby się w Hawkeye’a, tyle że z większą egzystencjalną samodzielnością.
Paul Rudd (Ant-Man). Najlepsza rola – Ant-Man, Ant-Man (2015), reż. Peyton Reed
Stanie się miniaturowym na skalę atomową władcą mrówek, okazało się życiową szansą dla Paula Rudda. Nie można porównać jej z żadną inną w jego karierze, bo także pod względem warsztatu jest dobra. Gdyby jednak rozpatrywać jego kreacje tylko i wyłącznie artystycznie, nie biorąc pod uwagę np. zarobków czy przyszłego otwarcia na kolejne kontrakty, werdykt byłby zupełnie inny – Ben Benjamin w Opiekunie Roba Burnetta. To jednak doskonałe kino do obejrzenia raz, może dwa bez szans na kultowość.
Porusza, ale nie tworzy rozrywkowej odskoczni, do której mamy prawo, a Paul Rudd spisuje się w jej kreowaniu jako Ant-Man nadzwyczaj dobrze.
Benedict Cumberbatch (Doktor Strange). Najlepsza rola – Alan Turing, Gra tajemnic (2014), reż. Morten Tyldum
Coście zrobili temu geniuszowi i jak śmiecie teraz bez zająknięcia wykorzystywać jego osiągnięcia – czasem aż chce się tak krzyknąć, wczytując się w historię życia Alana Turinga.
I chociaż Doktor Strange to postać inspirująca dla MCU, jedna z tych przenoszących rzeczywistą mądrość, a nie tylko skłonność do masowego unicestwiania przeciwników, równocześnie popisując się niezabijalnością, to ten czynnik biograficzny zdecydował. Waga osiągnięć Alana Turinga wciąż jest niedoceniana, a jego walka o siebie, swoją tożsamość i wolność prawie już zapomniana. Podobnie jak Strange, Turing nie pasował ani do świata realnego, ani do superbohaterskiej fikcji, chociaż miał w sobie coś z herosa oraz futurystycznego geniusza.
Chadwick Boseman (Czarna Pantera). Najlepsza rola – Czarna Pantera, Czarna Pantera (2018), reż. Ryan Coogler
W jego przypadku brałem również pod uwagę ciekawą rolę afroamerykańskiego baseballisty, Jackiego Robinsona, u boku Harrisona Forda w 42 – Prawdziwa historia amerykańskiej legendy Briana Helgelanda.
Uznałem jednak, że to rola zbyt klasycznie i w przewidywalny sposób wykorzystująca kolor skóry aktora, żeby uznać ją za najlepszą w jego karierze. Postać Czarnej Pantery jest nie mniej odważna pod względem wolnościowej i antyrasistowskiej metaforyki, ale nie przekazuje jej nachalnie. Raczej uczy, że w świecie czarnoskórzy żyją na równi z nami (powinni), a także mogą być superbohaterami wartościowymi dla całej populacji, również tej białej.
Brie Larson (Kapitan Marvel). Najlepsza rola – Ma, Pokój (2015), reż. Lenny Abrahamson
Problem z postacią Kapitan Marvel jest taki, że za bardzo chce udawać zbuntowanego Supermana ze stajni DC, a przez to ma się wrażenie, że jest doklejona do całego MCU jakby na siłę, żeby tylko Thanos nie wygrał.
Poza tym Brie Larson wyraźnie kostium nadkobiety nie pasuje. Mimikę ograniczyła do kilku wyrazów twarzy, podczas gdy doskonale wiadomo, na co ją stać. Swój talent pokazała w roli oddanej dziecku matki, uwięzionej w malutkim pokoju przez zwyrodnialca, a także w przedstawieniu relacji ze światem, który nie jest chętny do okazywania litości, także wtedy, gdy już wyjdzie się z „więzienia” i zacznie na nowo żyć.
Michael Fassbender (Magneto). Najlepsza rola – David/Walter, Obcy: Przymierze (2017), reż. Ridley Scott
Rola, która powinna być nagrodzona Oscarem, a jeśli brać pod uwagę gatunek science fiction, jedna z lepiej napisanych i odegranych w całej jego historii.
Widać w niej było pasję do transhumanizmu. Michael Fassbender rzecz jasna ma na koncie równie wielkie role, np. u Steve’a McQueena w Głodzie i Wstydzie. W nich jednak nie musiał się mierzyć z czymś wyjątkowo nieludzkim, o czym, tworząc kino i będąc jego odbiorcami, mniej lub bardziej skrycie marzymy – amoralna doskonałość. Po raz już kolejny zachęcam do przeczytania świetnego pod względem filozoficznym artykułu mojego redakcyjnego kolegi, Mikołaja Lewalskiego, o postaci Davida. Czytam go czasem, żeby przypomnieć sobie, dlaczego David jest jedną z najbardziej poruszającym mnie postaci w kinie science fiction.
