Publicystyka filmowa
Najlepsze HORRORY science fiction, których akcja dzieje się w KOSMOSIE
Spodziewałem się, że wybór będzie większy, a tu widać spore niedopasowanie między horrorem a tematyką kosmiczną.
Tekst pierwotnie opublikowany 20.05.2023
Spodziewałem się, że wybór będzie większy, a tu widać spore niedopasowanie między horrorem a tematyką kosmiczną. Kosmos łączy się w kinie bardziej z zagadnieniami naukowymi, a horror wciąż tkwi korzeniami w zjawiskach nadprzyrodzonych. Trudno więc nakręcić dobry film grozy, odwołując się do tematyki związanej z science fiction. Czasem się to jednak udaje, co pokazuje poniższy wybór. Są tu filmy klasyczne dla gatunku SF, znane i uznane, ale i tytuły niedocenione i wraz z upływem lat coraz bardziej zapominane.
Temat horroru w kosmosie jest wciąż niewystarczająco eksploatowany, więc jest pole do popisu dla polskich twórców, którzy coraz śmielej sięgają w ostatnich latach ku gatunkowi science fiction.
„Obcy – 8. pasażer Nostromo”, 1979, reż. Ridley Scott
Arcydzieło horroru i fantastyki, wciąż broniące się przed upływającym czasem. Obcego i jego środowisko zaprojektował H.R. Giger na podstawie swoich tanatofilnych percepcji egzystencji. Na szczęście wtedy dla tej koncepcji Ridleyowi Scottowi – jeszcze na początku kariery – starczyło odwagi, żeby iść pod prąd horrorowym wątkom w kinematografii amerykańskiej i zaufać twórcy ksenomorfa właściwie co do stylu całego filmu. Dzięki tej nowatorskości i odwadze w kreacji zdjęć, muzyki, rozłożenia suspensu aż prawie do połowy filmu itp.
kinematograficzny obcy zyskał nową twarz, złą, lękogenną i erotyczną. Nie śmieszył jak dotychczasowe stwory z innych planet, wielkie postatomowe karaluchy i niemrawo poruszające się ożywione trupy. Pierwsza część Obcego genialnie odnowiła w widzach realny strach przed tym, co kryje się w ciemności, tuż za plecami człowieka zupełnie bezbronnego wobec kosmosu, który w Scottowskiej wizji urósł niemal do dantejskiej metafory piekła z niewielką modyfikacją, kto w nim jest diabłem, a kto Bogiem. W cieniu kryła się istota stworzona przez właśnie człowieka. Ten symetryzm etyczny jest najważniejszym przekazem sagi o obcym. Może i w kosmosie nikt nie usłyszy naszego krzyku, lecz ostatecznie naszymi rękami wykonamy na sobie wyrok śmierci, bo podobnie jak obcego, nasi kosmiczni stwórcy wymyślili nas, bo kapryśnie mogli.
„Duchy Marsa”, 2001, reż. John Carpenter
Obsada może się wydać nieco egzotyczna, bo są w niej Joanna Cassidy, Jason Statham, Ice Cube. W tym towarzystwie jedynie znana z Gatunku Natasha Henstridge wydaje się najsłabiej świecącą gwiazdą, ale mimo wszystko pasuje do roli mocnej, kobiecej postaci. Duchy Marsa Johna Carpentera są nietuzinkową wizją opowieści o zombie, chociaż wcale to nie jest zombie horror. Jak na Carpentera był to film drogi. Kosztował około 28 milionów dolarów, podczas gdy np.
Coś jedynie 15 milionów, a Wielka draka w chińskiej dzielnicy 25 milionów. Dziwne, bo właśnie w Duchach Marsa tych pieniędzy nie czuć, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych tytułów. Mimo klimatu klasy B Carpenter to na zawsze będzie jedyny i nieprzeciętnie wartościowy Carpenter.
„Pandorum”, 2009, reż. Christian Alvart
Gdzieś obił mi się „o oczy” komentarz do filmu, który można traktować nieco prześmiewczo. Ewolucja się dokonała i mimo trudnych warunków przetrwały tylko istoty heteroseksualne, silne, białe i wysportowane. W kontekście dzisiejszych problemów z walkami ideologicznymi toczonym przez widzów w odniesieniu do filmów jest to komentarz znaczący i pouczający, gdyby traktować go dosłownie. Pandorum to klasycznie zrealizowany horror z ponadczasowym przesłaniem na nasz temat.
Nie jesteśmy ssakami. Każdy ssak na tej planecie instynktownie zachowuje równowagę z otaczającym środowiskiem. Ale my nie. Przemieszczamy się tylko na jakiś obszar i rozmnażamy, rozmnażacie, aż wszystkie zasoby naturalne zostaną skonsumowane. Jedynym więc dla nas sposobem na dalsze przetrwanie jest zmiana obszaru. Są na tej planecie organizmy, które zachowują się podobnie – wirusy.
„Ukryty wymiar”, 1997, reż. Paul W.S. Anderson
To jest właśnie nieliczny przykład wykorzystania w filmie science fiction wszystkich tych elementów nadnaturalnych, które tworzą film grozy. Z pomysłem Paul W.S. Anderson wraz z Philipem Eisnerem złączyli te światy, żeby nadać tej relacji jeszcze bardziej złowrogą formę niemal gore, BDSM, dziwnej erotyki, wręcz pornografii oblanej bogato krwią. Wspaniale się ogląda ten horror. Niestety, w opinii wielu krytyków nie jest on produkcją godną wielkiego kina. Fakt: zawiera trochę błędów, lecz potrafi zawładnąć widzem za pomocą ciasnego klimatu, który powoduje, że w ciemnym pokoju, za fotelem, mamy wrażenie, że otworzyły się wrota pełne demonów chcących nas nabić na zaostrzone pale, żeby delektować się naszym cierpieniem.
Ukryty wymiar traktuje właśnie o tak egzystencjalnych doświadczeniach jak percepcja bólu i analizuje jego najgłębszy sens, chociaż wszystko rozgrywa się w kosmosie, w otoczeniu najnowocześniejszej techniki międzygwiezdnej.
„Galaktyka terroru”, 1981, reż. Bruce D. Clark
Miłośnicy kiczu będą się przy tym filmie bawić znakomicie. Widzowie, którzy oczekują wielkiego kina w stylu Obcego, znajdą jedynie popłuczyny po produkcji Ridleya Scotta, powielone, przemielone i przemalowane dwadzieścia razy, ale o dziwo idea materializacji lęków jednak działa intrygująco. Dlatego tego tytułu nie można pominąć w zestawieniu kosmicznych horrorów. Film ma swój niezaprzeczalny urok, chociaż ekspozycja postaci właściwie w nim nie występuje.
„Hellraiser IV: Dziedzictwo krwi”, 1996, reż. Kevin Yagher
Stacja kosmiczna Minos w roku 2127. Historia kostki i linii krwi zabawkarzy została przeniesiona w kosmos. Miłośnicy serii mogli czuć się zaskoczeni, a część pewnie niezadowolona z wprowadzenia elementów fantastyczno-naukowych. Z drugiej strony niektórzy mogą czuć niedosyt, że jest ich tak mało. Akcja filmu dzieje się w trzech miejscach – W XVIII wieku, XX wieku i XXII wieku. Widzowi dokładniej niż kiedykolwiek przedstawiona zostaje historia kostki, a kulminacja opowieści ma nastąpić na stacji kosmicznej. Ciekawa forma kultowego horroru, o której warto pamiętać, że w serii Hellraiser się pojawiła.
„Siła witalna”, 1985, reż. Tobe Hooper
Dzisiaj to produkcja wręcz rewolucyjna, bo rzadko się zdarza, żeby jakakolwiek aktorka bez pomocy dublerki paradowała po planie zdjęciowym zupełnie nago. No, ale to były lata 80. i nieco odważniej podchodzono do ciała. Jak to kuriozalnie dzisiaj brzmi. Kuriozalny jest także film wyreżyserowany przez Tobe Hoopera, prekursora takiego gatunku jak horror gore i slasher. Siła witalna to dziecko swoich czasów, które część widzów wspomina z rozrzewnieniem, nie tylko ze względu na nagą Mathildę May, ale i na specyficzne złączenie taniej wizji fantastyki naukowej z body horrorem.
Dla młodszego widza może to być jednak produkcja śmieszna i zbyt tania wizualnie, a naga May wcale już tak nie będzie podniecać w czasach Pornhuba, niemniej w ramach gatunku horroru SF Siła witalna jest warta przypomnienia.
„Life”, 2017, reż. Daniel Espinosa
Ciekawe, mocne kino, nie dla wrażliwych, zwłaszcza w ciemnym kinie. Byłoby wręcz genialne, gdyby w przeszłości nie pojawił się ksenomorf w serii filmów o obcym. Istota z Life nieco z nim konkurowała i niestety przegrała. Jest zbyt mało alegoryczna. Nie sposób powiązać z nią jakichś wyobrażeń, antropomorfizmów. Obcy był istotą bardzo straszną, ale i paradoksalnie zmysłową, dlatego wciąż jest źródłem mniej lub bardziej lękliwych marzeń, a potwór z Life jest tylko kolejnym potworem.
„W stronę słońca”, 2007, reż. Danny Boyle
To taki trochę slasher, tyle że mający pretensje do kina artystycznego poprzez liczne psychologizacje, niestety w większości udawane. Krytycy chyba dali się na to nabrać. A tak naprawdę to proste kino z final girl, a raczej man. Elementy horroru zostały zręcznie połączone z naukową koncepcją „gasnącego” słońca, które należy uratować. Na drodze staje jednak potworność ludzkiej natury. Film owszem ciekawy, lecz mocno odtwórczy. Danny Boyle do bólu eksploatuje motywy wypracowane w serii Obcy, a zapoczątkowane przez Ridleya Scotta. Zważywszy na brak dobrych horrorów SF generalnie, W stronę słońca znalazła się więc w tym zestawieniu. Obiektywnie jednak wcale genialnym kinem nie jest w żadnym gatunku.
„Ciemna strona Księżyca”, 1990, reż. D.J. Webster
Ciekawy jestem, czy przypadkiem Paul W.S. Anderson nie inspirował się tym filmem, kiedy kręcił Ukryty wymiar, to samo dotyczy scenarzysty. Z seansu Ciemnej strony Księżyca będzie zadowolony każdy, kto się lubi bać, oraz znane jest mu kino klasy B z lat 80. Fabuła produkcji wcale odkrywcza nie jest. Budżet niewysoki, co widać na każdym kroku, lecz twórcy podeszli to tematu z maksymalnym zaangażowaniem i mieli do tego talent. Ciemna strona Księżyca pobudza wyobraźnię lepiej niż niejeden współczesny horror. Dodatkowo umiejscowienie w kosmosie tworzy ciasny świat przedstawiony, z którego nie można uciec, a widz to czuje. Tę ciemność w kadrze, której się boimy, bo coś się tam kryje.
