Publicystyka filmowa
GŁUPIE HORRORY, które gwarantują DOSKONAŁĄ rozrywkę
Niektórzy uważają, że wszystkie horrory są głupie.
Tekst pierwotnie opblikowany 18.06.2023
Niektórzy uważają, że wszystkie horrory są głupie, gdyż posługują się standardowym zestawem rozwiązań fabularnych niemal jak schematem. Wystarczy tylko pozmieniać bohaterów oraz ich gatunkowe pochodzenie. I tak wiadomo, jak się każdy horror skończy. Są jednak istotne różnice w rzemiośle realizacyjnym oraz sposobie narracji, które niektóre horrory plasują nieco wyżej od innych. Są też takie, które znalazły jakąś wręcz magicznie sentymentalną furtkę do umysłów widzów, że mimo taniości i absurdalności ciągle chce się do nich wracać, a każdy taki seans pozwala bawić się tak świetnie, jak na najlepszym dramatycznie, wielkim klasyku kina. Poniżej 10 moich guilty pleasures nie tylko z gatunku horrorów, chociaż w większości. Czekam na wasze.
„Martwica mózgu”, 1992, reż. Peter Jackson
Zacznijmy od klasyki reżysera już bardzo znanego i kultowego. Młodsze pokolenie pewnie jeszcze nie zdaje sobie sprawy, jakie filmy Peter Jackson kręcił przed Władcą Pierścieni. Lubował się bowiem w gore, podanym komediowo, żeby widza całkowicie nie zszokować. A w Martwicy mózgu znajdziemy wiele scen strasznych i śmiesznych jednocześnie np. polujące jelita, nieradzącego sobie ze swoją erekcją księdza-zombie czy mielenie ciał za pomocą kosiarki. Finał jest naprawdę mokry od krwi, niemal jak zabawa w kisielu.
„Potwór z bagien”, 1982, reż. Wes Craven
Kino Wesa Cravena ma swoje miejsce w historii i nie mam zamiaru mu go odbierać. Wiem, że nieraz punktuję słabości filmów reżysera, lecz doceniam spójność w zbudowaniu kultowego stylu za pomocą tanich, często niezbyt dobrych rzemieślniczo środków. W przypadku Potwora z bagien, czyli mniej znanej produkcji Cravena, jest zadziwiająco dobrze pod tym względem, a co najważniejsze: klimatycznie. Brak gore rekompensuje budowanie złowrogiego nastroju oraz skupienie się na osobowości potwora naszkicowanej dokładnie, jak w mało którym horrorze czy thrillerze. Warto zatem wracać do tego tytułu i porównać go z innymi wersjami tej historii, zwłaszcza tą nakręconą w 2019 roku.
„Przyjaźń na śmierć i życie”, 1986, reż. Wes Craven
Kolejny mniej znany film Wesa Cravena traktujący o osobowości robota. Z początku słaby z niego horror, niemniej rozwija się aż do pełnego akcji finału. To wszystko nie jest jednak podane bezrefleksyjnie, jak to w filmach w stylu gore oraz niektórych produkcjach Cravena. Tutaj reżyser dopracował postaci, nie spieszył się z rozwinięciem historii oraz zaproponował ciekawą wizję sztucznej inteligencji. Dzisiaj ten film zdaje się dużo bardziej aktualny niż w latach 80.
„Krwawy obiad”, 1987, reż. Jackie Kong
Jak jest napisane na początku, sceny ćwiartowania, rozczłonkowywania i patroszenia odegrali wytrawni profesjonaliści i nie należy ich naśladować w praktyce. Film rozpoczyna się od wdzięcznej sceny z bawiącymi się dziećmi, które żegna matka wychodząca do sklepu, a gdzieś w tle słychać ostrzeżenie, że po okolicy grasuje zboczeniec z tasakiem w jednej ręce i genitaliami w drugiej. Włamuje się do domu, gdzie siedzą przestraszone dzieci, wyciąga tasak, ale okazuje się, że to ich wujek. Charakterystyka emocjonalna sceny nagle się zmienia. Wujek chciał się tylko pożegnać ze swoimi siostrzeńcami.
Niestety chwilę później widzą oni przez okno, jak policja go zabija. To rzecz jasna retrospekcja, a dwójka dzieci dwadzieścia lat później zakłada osobliwą restaurację, gdzie podają zdrową żywność wzbogaconą o ludzkie mięso. Zbierają też części ciała swoich ofiar, żeby zbudować z nich inkarnację bogini Shitar. I jak tego filmu nie lubić. Czarna komedia i horror w jednym oraz mnóstwo sztucznej krwi i gumowych wnętrzności.
„Części ciała”, 1991, reż. Eric Red
Spieszcie się ten film oglądać, bo niedługo może zniknąć z sieci, a warto go znać. Starsi fani kina science fiction w klasie B, z pewnością ucieszą się, że zobaczą w produkcji Jeffa Faheya. Miłośnicy horroru docenią pomysł i klimat. Przywita ich piękna sekwencja wprowadzająca, sugerująca poważne kino grozy z elementami eksploatacji psychologicznej i fantastyki naukowej. W tym przypadku trudno mówić o „doskonałej zabawie” podczas seansu. Szczerze natomiast można być Częściami ciała poruszonym, bo jest to zaskakująco dobrze opowiedziana historia mordercy, jakiego świat jeszcze nie widział.
„ThanksKilling”, 2009, reż. Jordan Downey
Na polskie można przetłumaczyć tytuł jako Śmierćczynienie, co robimy zwierzętom na przeróżne sposoby. Film jest naprawdę odjechanym przewróceniem łańcucha pokarmowego. Po jego seansie z pewnością inaczej spojrzycie na indyki. Znajdziemy tu trochę gore, biegającą kobietę z wydatnymi piersiami, a co najważniejsze: szalonego indyka z siekierą, który dokonuje zemsty na ludziach za śmierć wszystkich swoich pobratymców. I to wszystko jest spójne. Tego oczekuje się od kina rozrywkowego, które demitologizuje przemoc. Śmiejmy się z niej i jedzmy bez strachu mięso z indyka, bo jest zdrowsze niż kurczaki.
„Tokijska Policja Gore”, 2008, reż. Yoshihiro Nishimura
Pomysł na prywatyzację policji chodzi mi po głowie już od dawna, zwłaszcza kiedy widzę, co nasi stróże prawa wyprawiają, żeby zadowolić aktualnie finansująca ich władzę. W filmie Nishimury policja jest czymś w rodzaju korporacji, która walczy z przestępczością w sposób dość niewysublimowany. Sami musicie zobaczyć jaki, a zwłaszcza docenić starania głównej bohaterki Raku likwidującej samurajskim mieczem ludzi-mutantów. A wszystko to pokazane jest w krwawy, dziwny, czasem nawet taneczny sposób, który charakteryzuje się estetyką niespotykaną w naszym zachodnim kinie. Warto ją poznać.
„Szczątki”, 1982, reż. Juan Piquer Simón
Początkowa sekwencja powinna być nauczką dla rodziców, żeby nie traktowali tak swoich dzieci, gdy zobaczą, że te interesują się nagością, bo to może wywołać wstrząs na całe życie. Nagość to całkiem naturalna sprawa, tylko jej wykorzystanie może być obsceniczne. Szczątki to kalka z bardzo znanych slasherów, lecz to nie odbiera im wartości. Slasher jest zawsze taki sam, a tu mamy na dodatek wnikliwie zaprezentowany motyw, którym będzie się kierował zabójca aż do finału historii.
„Dziewczyna z kawałków”, 1990, reż. Frank Henenlotter
Będzie seksistowsko, ale i bardzo romantycznie, aż po grób, aż po laboratorium i kostnicę. Otóż bohaterem filmu jest niezdarny student medycyny, który traci swoją dziewczynę w wypadku. Nie potrafi pogodzić się z tym, że ona nie żyje, więc postanawia przywrócić ją do życia jak niegdyś doktor Frankenstein, który skonstruował swoje monstrum. Problem w tym, że Jeffrey Franken ocalił tylko głowę swojej Shelley. Musi więc zorganizować resztę ciała. Niestety wybiera w tym celu dzielnice prostytutek, a jak się okaże, nie tylko głowa ma znaczenie w kreowaniu osobowości. Jego nowa-stara dziewczyna z kawałków może się więc osobliwie zachowywać. Niepowtarzalny, śmieszny, na luzie, chętnie się do niego wraca mimo okropnych efektów specjalnych.
„Cukierki diabła”, 2015, reż. Sean Byrne
Sekwencja wprowadzająca jest naprawdę mocna. Gitarowy riff i ujęcie krzyża z Jezusem. Generalnie w produkcji dużo jest metalu. Oby tylko co bardziej wrażliwi nie uznali ad hoc, że to muzyka satanistyczna, chociaż to i tak za późno. Metal ma już swoją renomę. Cukierki diabła to zadziwiająco nieznany film o opętaniu, ale i chorobie psychicznej. Nie mamy tu elementów gore, za to wnikliwy widz znajdzie mnóstwo refleksji na temat postrzegania elementów nadprzyrodzonych w rzeczywistości. Można tę produkcję uznać za rodzaj satyry na świat duchów, ale jest przez twórców zostawiona furtka dla wszystkiego tego, co niewytłumaczalne, a więc nadnaturalne.
