Connect with us

Publicystyka filmowa

Najlepsze filmy MFF NOWE HORYZONTY 2021

Redakcja Film.org.pl wybiera najlepsze filmy tegorocznej edycji Nowych Horyzontów.

Published

on

Najlepsze filmy MFF NOWE HORYZONTY 2021

Po roku pandemicznej przerwy w końcu wrócił Międzynarodowy Festiwal Nowe Horyzonty – coroczna mekka każdego polskiego kinomana, gdzie w atmosferze wakacyjnego wrocławskiego rozprężenia cieszyć można się najwyższej jakości polskim, jak i zagranicznym kinem przywiezionym przez organizatorów z największych światowych festiwali. W tym roku Nowe Horyzonty odbywały się hybrydowo, 12–22 sierpnia we Wrocławiu, w Internecie z kolei tydzień dłużej, w datach 12–29 sierpnia. Jak co roku nie mogło tam zabraknąć także i naszych redaktorów; poniżej każdy z nich postanowił podzielić się wrażeniami z pięciu najciekawszych ich zdaniem filmów z festiwalowego programu.
Advertisement

Maja Budka 

W drogę! – na miejscu pierwszym nie mogło być innego filmu. Debiut Panaha Panahiego powoli odkrywa przed widzem kolejne karty, fenomenalnie dawkując napięcie. To wyjątkowy film drogi, historia o rodzinnej podróży, której cel pozostaje tajemnicą cierpliwie skrywaną przez reżysera. Bohaterowie wszechobecnym humorem, ironią, dystansem do siebie konsekwentnie tłumią podskórnie wyczuwalny strach, niepewność, widmo zbliżającego się pożegnania.

Największą zaletą filmu są genialnie rozpisani bohaterowie. Sarkastyczny ojciec, którego milczenie i przeszywające spojrzenie wbite gdzieś w dal zdradzają więcej niż tysiąc słów. Matka taka jak każda – nadopiekuńcza i troskliwa, która ukradkiem ociera kolejne łzy, nie chcąc się dać pochłonąć nostalgii. Młodszy nadpobudliwy syn, dla którego podróż po dzikich zakątkach kraju jest przede wszystkim pretekstem do zabawy. Oraz starszy syn, który po prostu się boi. Fenomenalne role, zachwycająca wizja młodszego Panahiego – nietypowe ujęcia, metaforyczność i malownicze kadry oraz wzgórza przypominające pistacje przewijające się za oknem brudnego od przydrożnego pyłu samochodu. Przepiękne i głęboko emocjonalne kino.

Advertisement

Zola – soczysta historia gangsterska i czarna komedia, którą zrodziło samo życie, a właściwie Twitter. Film Janiczy Bravo zaś to adaptacja faktycznych 144 tweetów pewnej striptizerki, która z zacięciem opowiedziała światu historię o tym, jak pogryzła się z pewną suką. Zola to opowieść o trudnej przyjaźni między striptizerkami, które jadą na Florydę, żeby zarobić grubszą kasę na tańczeniu. Film pełen jest jednak niuansów, zwrotów akcji, pikantnego humoru i zabawy formą. A wszystko to skąpane w neonowo-brokatowo-błyszczącej stylistyce mieniącej się jak make-upy głównych bohaterek. Totalnie pokręcony film od wytwórni A24, który dał mi bardzo dużo satysfakcji i zabawy.

Drive My Car – reżyser Ryûsuke Hamaguchi z niespotykanym wyczuciem buduje poczucie intymności między bohaterami. Główni bohaterowie Yusuke i Misaki to jeden z najciekawszych ekranowych duetów, jaki ostatnio przyszło mi oglądać. W Drive my car Japończyk porusza całe spektrum różnych tematów, jednak najważniejszym z nich jest trwałość ludzkich relacji. Bohaterami filmu są postacie pogubione w labiryncie zwątpień, żalu, ale ich emocje potrafią świetnie wybrzmieć na ekranie. Więcej w recenzji.

Advertisement

Paryż, 13 dzielnica – film Jacques’a Audiarda to millenialskie love story, które świetnie osadza się we współczesnych realiach tinderowych relacji. Brutalistyczna architektura paryskich blokowisk, wokół których krążą ludzie łaknący bliskości i ciepła. To emocje, przeżycia, nadzieje i zwątpienia bardzo bliskie skórze. Nastrojowość, humor, piękno rzeczy zwykłych i prozaicznych przeplata się tu ze smutkiem i odpychającym realizmem. No i Paryż, 13 dzielnica to, nie zapomnijmy, pięknie nakręcone sceny seksu, pełne namiętności oraz ekscytacji. Czerń oraz biel świetnie tu pasują.

Śmierć niewinności i grzech nieistnienia – to tylko z pozoru film o inicjacji seksualnej grupki kumpli, którzy idą stracić dziewictwo u prostytutki. W rzeczywistości zaś to nastrojowa opowieść o stłamszonych w sobie obawach, niespełnionych pragnieniach. Śmierć niewinności i grzech nieistnienia to film, który ma dwie płaszczyzny – realistyczną i poetycką. Pierwsza to świat męskich pragnień, poczucia władzy oraz nietykalności. Druga dyktowana jest przez słowa, które nigdy nie wyszłyby z ust głównych bohaterów, choć płyną z ich wnętrza. Jednak te dwa światy w filmie Libańczyka pięknie się zazębiają. Po filmie nawiedziło mnie poczucie przygnębienia. Ale było to wartościowe przygnębienie.

Advertisement

Poza podium: La Verónica, Noc królów, Titane

Tomasz Raczkowski

CZAS WYRÓWNAĆ RACHUNKI! Europejskie filmy o zemście

Memoria –Tilda Swinton coś słyszy i przez dwie godziny filmu chodzi po południowoamerykańskim mieście, próbując się dowiedzieć co. Reżyseruje Apichatpong Weerasethakul (Wujek Bonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia), tajski specjalista od kontemplacyjnego, powolnego arthouse’u. What’s not to like? A tak na poważnie, Memoria to wspaniały, hipnotyzujący medytacyjnym tempem film, zachwycający bogactwem znaczeń. Metafizyka, poezja i przewrotna polityczność. Prawdziwy blockbuster dla miłośników slow cinema, a dla mnie nie tylko film festiwalu ale i, jak na razie, roku. Więcej zachwytów znajdziecie w recenzji.

Advertisement

Gorączka – do seansu Memorii sądziłem, że nic nie przebije w moim tegorocznym rankingu nowego filmu Kiriłła Sieriebriennikowa. I choć ostatecznie najbardziej rozłożył mnie Weerasethakul, to Gorączka pozostaje jednym z moich absolutnych faworytów tegorocznego Cannes-goes-Wrocław. Rosyjski film to również fascynująca podróż, ale w zupełnie innym stylu – intensywna, pogmatwana, groteskowa, jednym słowem (wybaczcie suchar): rozgorączkowana. Sieriebriennikow proponuje egzystencjalny dramat społeczny w wersji postpunkowej i rozkłada na łopatki łączeniem Tarkowskiego z Nickiem Cave’em i scenkami jakby wprost z rosyjskiego YouTube’a. Ponownie, więcej w osobnym tekście.

Początek – odważny debiut Dei Kulumbegashvili podejmuje temat alienacji i ograniczeń, które częściowo sami sobie wybieramy. Opowieść o żonie lidera społeczności świadków Jehowy staje się dla reżyserki punktem wyjścia do głębokich refleksji na temat ról społecznych i doświadczenia kobiecości w patriarchalnym świecie. A wszystko to oprawione jest wprost po mistrzowsku – rzeczy, jakie Kulumbegashvili robi z kadrem, zapierają dech w piersi. Młoda gruzińska reżyserka nie bawi się w półśrodki i nie idzie na kompromisy, a jej przenikliwy i wyrafinowany formalnie Początek można śmiało stawiać obok filmów najważniejszych twórców współczesnego kina – oby był to początek (znów, przepraszam za kiepski bon mot) znakomitej kariery.

Advertisement

Vortex – Gaspar Noe porzuca ekscesy i wraca z całą mocą do brutalnej surowości swojego debiutu, tworząc naturalistyczną i dojmującą opowieść o umieraniu starszego małżeństwa. Na podzielonym ekranie patrzymy równolegle na codzienne zmagania dwójki ludzi, których zdradzają ich ciała i coraz bardziej osuwają się w tytułową otchłań. To Miłość Michaela Hanekego, ale wyjęta z burżuazyjnego kokonu, pozbawiona poetyckości i symboli, a zostawiająca sam cielesny ciężar sytuacji. To film, który – parafrazując hasło Nowych Horyzontów sprzed paru lat – dotyka, niezależnie od tego, ile z doświadczeń dzielicie z parą bohaterów. A że chyba nikt tak jak Noe nie potrafi miksować w swoich filmów szlagierów, to po seansie Vorteksu „Mon amie la rose” Francoise Hardy już nigdy nie będzie dla was takie samo.

Bebia, moje jedyne pragnienie  drugi w mojej topce debiut gruzińskiej reżyserki. Tak jak Początek, Bebia Jui Dobrachkous zbudowane jest wokół tematu doświadczenia życia kobiety w tradycyjnej, patriarchalnej społeczności, przy czym tym razem akcent jest postawiony na dorastanie i próby wyjścia z życia, które nieustannie zdaje się główną bohaterkę łapać i ciągnąć z powrotem na gruzińską prowincję. Temat archaicznych zwyczajów, wtłaczania w role przypisywane dziewczynkom i rozdzierającego bólu towarzyszącego chęci ucieczki mieszającej się z tęsknotą za utraconą niewinnością i beztroską dzieciństwa… to wszystko zostaje tu oprawione w przepiękne i przytłaczająco smutne, ciemne, czarno-białe kadry przywodzące na myśl kino Béli Tarra, a także Miasteczko Nuriego Bilge Ceylana.

Advertisement

Znakomite, mocne i wyraziście autorskie kino.

Krzysztof Nowak

Drive My Car – nie byłoby przesadą stwierdzenie, że Ryûsuke Hamaguchi to jeden z najciekawszych japońskich reżyserów swojego pokolenia. Choć interesują go historie z założenia przyziemne, głęboko osadzone w konwencji melodramatu, to poprzez subtelną, czułą reżyserię nadaje im trudny do opisania artyzm – tak jest i w tym przypadku. Hamaguchi sięgnął po tekst Harukiego Murakamiego, pisarza, którego twórczość jedni uważają za synonim słowa „piękno”, podczas gdy inni – za kicz ocierający się o grafomanię. Reżyser i scenarzysta postawił na wydestylowanie z niej motywów zaliczających się do pierwszej grupy, dzięki czemu otrzymaliśmy poruszającą opowieść o wpływie sztuki na nasze życie i przepracowywaniu żałoby. Niespieszną, momentami anegdotyczną, ale przede wszystkim mocno intymną. I myślę, że dla każdego seans Drive My Car będzie równie intymnym przeżyciem.

Advertisement

W pętli ryzyka i fantazji – ponownie Hamaguchi, ale tym razem w formie trzech powiązanych tematycznie nowelek, które razem składają się na pełny metraż. Znowu o związkach międzyludzkich – jednak z wyraźnym ukierunkowaniem na te o naturze romantycznej – i o roli przypadku w ich kreowaniu. Porównanie do Kieślowskiego nasuwa się samo, tylko że w tutejszym ujęciu rzadko kiedy dochodzi do równie dramatycznych wydarzeń co u polskiego reżysera. Zaprezentowane scenki są kameralne i skupione na emocjach, a jeśli już mają miejsce gwałtowne fabularne przesunięcia, to zawsze wynikają one z decyzji bohaterów, a nie niesprawiedliwości zastanego świata.

Niefortunny numerek lub szalone porno – nie będę pierwszym, który wyskoczy z taką tezą, ale trudno – mało kto kręci równie dobre filmy o Polsce co rumuńscy twórcy. A wśród nich Radu Jude, odpowiedzialny za znajdującą się na moim miejscu trzecim społeczną satyrę. Mimo że rozumiem zarzuty wobec struktury – wszak będącego w istocie pokazem slajdów drugiego aktu nie da się nazwać subtelnym – to nadal uważam przedstawiony przez niego obraz naszej rzeczywistości za wyjątkowy trafny, zwłaszcza pod względem sztucznej pruderii. Razem z bohaterką przechadzamy się po wypełnionych fallicznymi kształtami i reklamami o podtekście seksualnym ulicach miasta, by później słuchać z nią oskarżeń o nieczystość i prostytuowanie się. Jude to uważny obserwator, który nie boi się przelewać swoich spostrzeżeń na taśmę filmową – także tych związanych z noszeniem maseczek.

Advertisement

Żarliwość – niemal czterogodzinnego japońskiego romansu, na dodatek stanowiącego przemontowany sezon serialu, można się bać, jednak zapewniam – wchodzi zaskakująco gładko. Duża w tym zasługa dobrego tempa, cały czas bowiem przeskakujemy z jednego zwrotu akcji na drugi, dzięki czemu nigdy nie czujemy dłużyzn. Choć ostrzegam – fani klasycznych historii o miłości dwójki ludzi mogą się poczuć rozczarowani. Kôjiego Fukadę bardziej interesuje to, by poskromić toksyczne charaktery głównych bohaterów, niż zaprezentować ich czułości. W związku z tym wszystkie momenty, które zazwyczaj na ekranie się celebruje (seks, pocałunki, bliskość fizyczną), tutaj albo dzieją się poza kadrem, albo przedstawia się je niespodziewanie przyziemnie.

Titane mam z tym filmem sporo problemów i większość z nich tyczy się scenariusza, ale jednego mu nie odmówię – nigdy czegoś takiego nie widziałem i możliwe, że już nie zobaczę. Julia Ducournau napisała historię pełną tak absurdalnych motywów (z których każdy sam w sobie wystarczyłby na jeden film), że przez pierwszą godzinę chłonąłem ją z ogromnym zaciekawieniem. Zwłaszcza że pod względem wizualnych wodotrysków to jedna z najlepiej wyglądających produkcji w ciągu ostatnich kilku lat. Pozostaje tylko żałować, że natłok dziwactw szybko zaczął dawać się we znaki emocjonalnej stronie całości, przez co koniec końców okazała się ona po prostu wydmuszką. Co nie zmienia faktu, że już teraz gorąco czekam na inne szaleństwa kiełkujące w nieskrępowanym żadnymi ograniczeniami umyśle francuskiej twórczyni.

Advertisement

Jan Brzozowski

Mandibules nowy projekt filmowy Quentina Dupieux, autora m.in. Deerskin i Morderczej opony. Mandibules to na pierwszy rzut oka nic więcej, jak tylko absurdalna, niesłychanie zabawna opowieść o dwójce półgłówków starających się wytresować znalezioną w bagażniku samochodowym muchę. Pod powierzchnią kryje się jednak znakomite buddy movie, dowartościowujące bezwarunkową, męską przyjaźń – w tym wypadku skupioną wokół gigantycznego, animatronicznego owada.

Niefortunny numerek lub szalone porno społeczna satyra autorstwa Radu Jude (Aferim!, Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy), nagrodzona Złotym Niedźwiedziem na tegorocznym festiwalu w Berlinie. Jej ostrze wycelowane jest przede wszystkim w purytańskie mieszczaństwo, skrywające hipokryzję i kompleksy pod maską moralnej wyższości. Niefortunny numerek… to jednak film nie tylko przenikliwy, ale również niesamowicie zabawny – tematyzujący pandemię i powiązane z nią absurdy. Polacy, niestety, mogą przeglądać się tu jak w lustrze.

Advertisement

Drive My Car  eleganckie, wysublimowane dzieło Ryûsuke Hamaguchiego, nagrodzone Złotą Palmą za scenariusz podczas festiwalu w Cannes. W swoim poprzednim filmie, W pętli ryzyka i fantazji, Japończyk wyraźnie inspirował się kinem Erica Rohmera – opartym przede wszystkim na dialogu, zgłębiającym kwestie moralne w relacjach miłosnych. Drive My Car zdecydowanie bliżej do filmów innego nowofalowego mistrza – Jacques’a Rivette’a. Tak jak w dziełach autora Out 1, tak i u Hamaguchiego życie i teatr splatają się w jedność, a role odgrywane na scenie znajdują swoje przedłużenie w rzeczywistości.

Pleasure  pełnometrażowy debiut szwedzkiej reżyserki Ninjy Thyberg, która na przykładzie dwudziestoletniej Belli przedstawia blaski i cienie amerykańskiego przemysłu pornograficznego. Pleasure to film niezwykle energiczny, tętniący nieskrępowaną, bezwstydną młodością i znakomitą, wpadającą w ucho muzyką (na ścieżce dźwiękowej znalazły się chociażby piosenki z nowego albumu Young Leana). Wyobraźcie sobie połączenie Neon Demon i Boogie Nights, a otrzymacie namiastkę tego, czym jest debiut Thyberg.

Advertisement

Mała mama  najnowszy film Céline Sciammy, którą publiczność na całym świecie poznała za sprawą Portretu kobiety w ogniu. Fanom poprzedniego dzieła Sciammy Mała mama może wydać się czymś co najmniej dziwnym – na poły baśniową przypowieścią, zbudowaną na dziecięcej wyobraźni i wrażliwości. Warto zwrócić jednak uwagę na to, że Francuzka już od dawna zainteresowana była podobnymi tematami, przewijającymi się przez takie filmy jak Girlhood czy Chłopczyca. W tym sensie Mała mama może być traktowana jako powrót do korzeni – powrót niesamowicie ciepły i uroczy, otulający emocje widza niczym najgrubszy, wełniany kocyk.

Maciej Satora

Co widzimy, patrząc w niebo? – tegoroczny zdobywca berlińskiej nagrody FIPRESCI, gruziński niezależny debiut Aleksandre’a Koberidze to bezsprzecznie największe odkrycie tegorocznej edycji Nowych Horyzontów, a być może i kina festiwalowego ostatnich lat w ogóle. Otulona magiczną aurą detalu miłosna historia dwójki przypadkowych przechodniów nie znajduje tu możliwości spełnienia. Zanim dotrą na swoje pierwsze umówione spotkanie, za sprawą niewyjaśnionej klątwy podczas snu bohaterowie zatracają swoje największe talenty, wiedzę niezbędną do realizacji w pracy, a przede wszystkim dotychczasową fizjonomię.

Advertisement

Na skutek rodzącego się uczucia wprost zmieniają się nie do poznania; dla widzów, dla otoczenia, a także dla siebie samych. Prostymi wizualnymi metaforami Koberidze stara się uchwycić sens międzyludzkich póz i masek, czułą narracją esencjonalizując całą słodycz miłosnego niewyjaśnienia, jednocześnie raz po raz zostawiając kochanków samym sobie, by z obiektywem uciec gdzieś indziej – a to w sportowe emocje oglądających mistrzostwa świata kibiców, a to w kameralne historie wałęsających się po gruzińskim miasteczku piesków. Co widzimy, patrząc w niebo? to film, który swoją bezpretensjonalną baśniowością obdziera z festiwalowego cynizmu nawet najbardziej zgorzkniałych kinomanów, ale i rzecz, w której nie zakochać mogą się tylko ludzie, którzy serio serca nie mają.

Pracodawca i pracownik – film dla tych wszystkich, którzy szczerze zmęczeni są już prostymi jednoznacznościami w opowieściach o klasowych antagonizmach. Obraz Manola Nieto nie aspiruje bowiem do żadnych społecznych diagnoz, nie rzuca oskarżeń i wystrzega się kategorii. To, co w Pracodawcy i pracowniku istotne, to ludzka emocjonalność, dla których klasowa łatka to tylko i wyłącznie wypełniana w zbiorowości rola, a nie, jak to często bywa, determinująca ich istnienie cecha. To film o najgłębszych marzeniach, o brzemieniu odpowiedzialności i konieczności podporządkowania, w końcu o znaczeniu czynnika ludzkiego, wyrywającego się uprzedmiotowieniu w pracowniczej rzeczywistości. I choć iskrzy tu często od klasowych napięć, są to iskry pełne współczucia i, mimo wszystko, człowieczej przychylności.

Advertisement

Śmierć niewinności i grzech nieistnienia – tegoroczna edycja festiwalu Nowe Horyzonty zdecydowanie przebiegła pod znakiem zaskakująco mocnych debiutów. George Peter Barbari dostarcza obraz w pełni podporządkowany prostym założeniom, ale otwierający się przez to na całą gamę interpretatorskich sensów – oto bowiem grupa przyjaciół w libańskim nadmorskim mieście postanawia stracić dziewictwo w zapyziałym hotelu cielesnych uciech. Ich wędrówka do celu obejmuje cały filmowy metraż; po drodze trochę rozmawiają, trochę się droczą, a trochę milczą, kontemplując siebie i swoje miejsce w świecie.

Pełne samczych napięć i przepychanek dialogi przerywają wyciszone monologi z offu, przywodzące na myśl narracyjne zabiegi Terrence’a Malicka, ale sprawniej niż on równoważące pretensję z codzienną zwykłością. Finalnie Śmierć niewinności i grzech nieistnienia staje się więc filmem w całości obejmującym życiowe spektrum, będąc rozciągniętym od sedna ludzkiej powierzchowności aż po gotujące się pod nią egzystencjalne dywagacje, lęki przed nachodzącą przyszłością, a i w końcu podsumowanie (także jeszcze niebyłego) życia. Rzecz wielka, ale szeptana malutkimi literami.

Advertisement

Ulbolsyn – Yerzhanow w swoim najnowszym filmie przygląda się kazachstańskiej prowincji – to właśnie tam tytułowa bohaterka, mieszczanka robiąca karierę w stolicy, przyjeżdża, by podobną drogę samorozwoju umożliwić swojej nastoletniej siostrze, Azhar. Ta jednak zostaje porwana, jak się później okazuje, przez zaaranżowanego przez matkę jej dużo starszego narzeczonego i lokalnego znachora w jednym. Policyjna biurokracja działa tu gorzej niż w niejednym filmie Barei, a miejscowa społeczność bez zawahania staje po stronie oprawcy. Tu właśnie Yerzhanow rozpoczyna budowę silnej opozycji – z jednej strony przekonani o swoim sukcesie lokalsi, z drugiej kolejni wpływowi przyjaciele z miasta, którzy mimo obiektywnej przewagi nie mają żadnej mocy sprawczej.

Paradoksalnie to nie dziwaczny miks społecznej satyry z eskalującą przemocą w Ulbolsyn jest najciekawszy. To, co świadczy o sukcesie Yerzhanowa, to chyba jednak siła antypatriarchalnej refleksji, dużo bardziej intelektualnie zniuansowanej niż amerykańskie narracje jednoznacznie niszczące uciążliwy system. Ulbolsyn wygrywa skalą złożoności problemu, ukazaniem systemu niemożliwego do likwidacji ani z pomocą stopniowej ewolucji, ani nawet finałowej desperackiej rewolucji; niemożliwy, bo zbyt mocno wpisany w kulturowy genotyp, za bardzo zabetonowany latami społecznej powtarzalności i budowania własnej tożsamości na zasadzie opozycji wobec znienawidzonych liberalnych „miastowych”.

Advertisement

Yerzhanowowi wyszedł więc wybuchowy koktajl rozrywki, pastiszu i realnie interesującej zadumy, a także, z uwagi na czerwoną gigapuchówkę i dudniące z samochodowych głośników techno, bezsprzecznie najbardziej stylowy film na tegorocznym festiwalu.

Crock of Gold: kilka kolejek z Shane’em MacGowanem – Julien Temple udowadnia, że prawdziwą siłą dokumentu muzycznego jest nie tylko relacjonowanie życiowej historii, ale i tematyczna eskalacja, czyniąca z ludzkiego życiorysu nie tylko symbol czasów (to już w końcu zasługa samych dokumentalizowanych postaci), ale i soczewkę, przez którą na te czasy można spoglądać. Tym razem padło na Shane’a MacGowana – lidera The Pouges, zespołu łączącego punkowy sprzeciw lat 80. z folklorystycznym rodowodem opluwanej i wyśmiewanej irlandzkiej diaspory w Londynie. Powiedzieć, że MacGowan jest postacią kontrowersyjną, to jak nic nie powiedzieć – wokalista nadużywający alkoholu od piątego roku życia i przemielony przez trybiki komercjalizacji brytyjskiego rynku muzycznego przed ekranem jest przede wszystkim odpychającym, depresyjnym wrakiem.

Advertisement

Wrakiem żyjącym jednocześnie wspomnieniami dawnej świetności i obiecującym nadejście kolejnej, w którą ani widz, ani jego rozmówcy, ani nawet on sam tak naprawdę nie wierzą. Temple odsłania nam MacGowana jako postać tak głęboko pogubioną w punkowej autokreacji, tak podporządkowaną uświęcającemu nałogowi, że smutno rozmieniającą swój niezaprzeczalny geniusz na drobne. Jednocześnie jednak nie jest to portret piętnujący jednostki, ale kulturę masową, gloryfikującą czy wręcz mitologizującą wszelkie odcienie patologii. Wokalista The Pouges jest więc u Temple’a katem i ofiarą, sprawcą i poszkodowanym we własnej sytuacji. A w obliczu luźnej, często radośnie chwytającej fenomen MacGowana narracji – także i człowiekiem, z którym nie sposób jest się nie napić.

Inne filmy warte uwagi: Fortuna – dziewczyna wśród olbrzymów, Oczy precz, Niefortunny numerek albo szalone porno

Advertisement

 

Advertisement

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *