search
REKLAMA
Zestawienie

Najlepsze filmy MFF NOWE HORYZONTY 2021

Redakcja Film.org.pl wybiera najlepsze filmy tegorocznej edycji Nowych Horyzontów.

REDAKCJA

8 września 2021

REKLAMA

Po roku pandemicznej przerwy w końcu wrócił Międzynarodowy Festiwal Nowe Horyzonty – coroczna mekka każdego polskiego kinomana, gdzie w atmosferze wakacyjnego wrocławskiego rozprężenia cieszyć można się najwyższej jakości polskim, jak i zagranicznym kinem przywiezionym przez organizatorów z największych światowych festiwali. W tym roku Nowe Horyzonty odbywały się hybrydowo, 12–22 sierpnia we Wrocławiu, w Internecie z kolei tydzień dłużej, w datach 12–29 sierpnia. Jak co roku nie mogło tam zabraknąć także i naszych redaktorów; poniżej każdy z nich postanowił podzielić się wrażeniami z pięciu najciekawszych ich zdaniem filmów z festiwalowego programu.

Maja Budka 

W drogę! – na miejscu pierwszym nie mogło być innego filmu. Debiut Panaha Panahiego powoli odkrywa przed widzem kolejne karty, fenomenalnie dawkując napięcie. To wyjątkowy film drogi, historia o rodzinnej podróży, której cel pozostaje tajemnicą cierpliwie skrywaną przez reżysera. Bohaterowie wszechobecnym humorem, ironią, dystansem do siebie konsekwentnie tłumią podskórnie wyczuwalny strach, niepewność, widmo zbliżającego się pożegnania. Największą zaletą filmu są genialnie rozpisani bohaterowie. Sarkastyczny ojciec, którego milczenie i przeszywające spojrzenie wbite gdzieś w dal zdradzają więcej niż tysiąc słów. Matka taka jak każda – nadopiekuńcza i troskliwa, która ukradkiem ociera kolejne łzy, nie chcąc się dać pochłonąć nostalgii. Młodszy nadpobudliwy syn, dla którego podróż po dzikich zakątkach kraju jest przede wszystkim pretekstem do zabawy. Oraz starszy syn, który po prostu się boi. Fenomenalne role, zachwycająca wizja młodszego Panahiego – nietypowe ujęcia, metaforyczność i malownicze kadry oraz wzgórza przypominające pistacje przewijające się za oknem brudnego od przydrożnego pyłu samochodu. Przepiękne i głęboko emocjonalne kino.

Zola – soczysta historia gangsterska i czarna komedia, którą zrodziło samo życie, a właściwie Twitter. Film Janiczy Bravo zaś to adaptacja faktycznych 144 tweetów pewnej striptizerki, która z zacięciem opowiedziała światu historię o tym, jak pogryzła się z pewną suką. Zola to opowieść o trudnej przyjaźni między striptizerkami, które jadą na Florydę, żeby zarobić grubszą kasę na tańczeniu. Film pełen jest jednak niuansów, zwrotów akcji, pikantnego humoru i zabawy formą. A wszystko to skąpane w neonowo-brokatowo-błyszczącej stylistyce mieniącej się jak make-upy głównych bohaterek. Totalnie pokręcony film od wytwórni A24, który dał mi bardzo dużo satysfakcji i zabawy.

Drive My Car – reżyser Ryûsuke Hamaguchi z niespotykanym wyczuciem buduje poczucie intymności między bohaterami. Główni bohaterowie Yusuke i Misaki to jeden z najciekawszych ekranowych duetów, jaki ostatnio przyszło mi oglądać. W Drive my car Japończyk porusza całe spektrum różnych tematów, jednak najważniejszym z nich jest trwałość ludzkich relacji. Bohaterami filmu są postacie pogubione w labiryncie zwątpień, żalu, ale ich emocje potrafią świetnie wybrzmieć na ekranie. Więcej w recenzji.

Paryż, 13 dzielnica – film Jacques’a Audiarda to millenialskie love story, które świetnie osadza się we współczesnych realiach tinderowych relacji. Brutalistyczna architektura paryskich blokowisk, wokół których krążą ludzie łaknący bliskości i ciepła. To emocje, przeżycia, nadzieje i zwątpienia bardzo bliskie skórze. Nastrojowość, humor, piękno rzeczy zwykłych i prozaicznych przeplata się tu ze smutkiem i odpychającym realizmem. No i Paryż, 13 dzielnica to, nie zapomnijmy, pięknie nakręcone sceny seksu, pełne namiętności oraz ekscytacji. Czerń oraz biel świetnie tu pasują.

Śmierć niewinności i grzech nieistnienia – to tylko z pozoru film o inicjacji seksualnej grupki kumpli, którzy idą stracić dziewictwo u prostytutki. W rzeczywistości zaś to nastrojowa opowieść o stłamszonych w sobie obawach, niespełnionych pragnieniach. Śmierć niewinności i grzech nieistnienia to film, który ma dwie płaszczyzny – realistyczną i poetycką. Pierwsza to świat męskich pragnień, poczucia władzy oraz nietykalności. Druga dyktowana jest przez słowa, które nigdy nie wyszłyby z ust głównych bohaterów, choć płyną z ich wnętrza. Jednak te dwa światy w filmie Libańczyka pięknie się zazębiają. Po filmie nawiedziło mnie poczucie przygnębienia. Ale było to wartościowe przygnębienie.

Poza podium: La Verónica, Noc królów, Titane

Tomasz Raczkowski

Memoria –Tilda Swinton coś słyszy i przez dwie godziny filmu chodzi po południowoamerykańskim mieście, próbując się dowiedzieć co. Reżyseruje Apichatpong Weerasethakul (Wujek Bonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia), tajski specjalista od kontemplacyjnego, powolnego arthouse’u. What’s not to like? A tak na poważnie, Memoria to wspaniały, hipnotyzujący medytacyjnym tempem film, zachwycający bogactwem znaczeń. Metafizyka, poezja i przewrotna polityczność. Prawdziwy blockbuster dla miłośników slow cinema, a dla mnie nie tylko film festiwalu ale i, jak na razie, roku. Więcej zachwytów znajdziecie w recenzji.

Gorączka – do seansu Memorii sądziłem, że nic nie przebije w moim tegorocznym rankingu nowego filmu Kiriłła Sieriebriennikowa. I choć ostatecznie najbardziej rozłożył mnie Weerasethakul, to Gorączka pozostaje jednym z moich absolutnych faworytów tegorocznego Cannes-goes-Wrocław. Rosyjski film to również fascynująca podróż, ale w zupełnie innym stylu – intensywna, pogmatwana, groteskowa, jednym słowem (wybaczcie suchar): rozgorączkowana. Sieriebriennikow proponuje egzystencjalny dramat społeczny w wersji postpunkowej i rozkłada na łopatki łączeniem Tarkowskiego z Nickiem Cave’em i scenkami jakby wprost z rosyjskiego YouTube’a. Ponownie, więcej w osobnym tekście.

Początek – odważny debiut Dei Kulumbegashvili podejmuje temat alienacji i ograniczeń, które częściowo sami sobie wybieramy. Opowieść o żonie lidera społeczności świadków Jehowy staje się dla reżyserki punktem wyjścia do głębokich refleksji na temat ról społecznych i doświadczenia kobiecości w patriarchalnym świecie. A wszystko to oprawione jest wprost po mistrzowsku – rzeczy, jakie Kulumbegashvili robi z kadrem, zapierają dech w piersi. Młoda gruzińska reżyserka nie bawi się w półśrodki i nie idzie na kompromisy, a jej przenikliwy i wyrafinowany formalnie Początek można śmiało stawiać obok filmów najważniejszych twórców współczesnego kina – oby był to początek (znów, przepraszam za kiepski bon mot) znakomitej kariery.

Vortex – Gaspar Noe porzuca ekscesy i wraca z całą mocą do brutalnej surowości swojego debiutu, tworząc naturalistyczną i dojmującą opowieść o umieraniu starszego małżeństwa. Na podzielonym ekranie patrzymy równolegle na codzienne zmagania dwójki ludzi, których zdradzają ich ciała i coraz bardziej osuwają się w tytułową otchłań. To Miłość Michaela Hanekego, ale wyjęta z burżuazyjnego kokonu, pozbawiona poetyckości i symboli, a zostawiająca sam cielesny ciężar sytuacji. To film, który – parafrazując hasło Nowych Horyzontów sprzed paru lat – dotyka, niezależnie od tego, ile z doświadczeń dzielicie z parą bohaterów. A że chyba nikt tak jak Noe nie potrafi miksować w swoich filmów szlagierów, to po seansie Vorteksu „Mon amie la rose” Francoise Hardy już nigdy nie będzie dla was takie samo.

Bebia, moje jedyne pragnienie  drugi w mojej topce debiut gruzińskiej reżyserki. Tak jak Początek, Bebia Jui Dobrachkous zbudowane jest wokół tematu doświadczenia życia kobiety w tradycyjnej, patriarchalnej społeczności, przy czym tym razem akcent jest postawiony na dorastanie i próby wyjścia z życia, które nieustannie zdaje się główną bohaterkę łapać i ciągnąć z powrotem na gruzińską prowincję. Temat archaicznych zwyczajów, wtłaczania w role przypisywane dziewczynkom i rozdzierającego bólu towarzyszącego chęci ucieczki mieszającej się z tęsknotą za utraconą niewinnością i beztroską dzieciństwa… to wszystko zostaje tu oprawione w przepiękne i przytłaczająco smutne, ciemne, czarno-białe kadry przywodzące na myśl kino Béli Tarra, a także Miasteczko Nuriego Bilge Ceylana. Znakomite, mocne i wyraziście autorskie kino.

Krzysztof Nowak

Drive My Car – nie byłoby przesadą stwierdzenie, że Ryûsuke Hamaguchi to jeden z najciekawszych japońskich reżyserów swojego pokolenia. Choć interesują go historie z założenia przyziemne, głęboko osadzone w konwencji melodramatu, to poprzez subtelną, czułą reżyserię nadaje im trudny do opisania artyzm – tak jest i w tym przypadku. Hamaguchi sięgnął po tekst Harukiego Murakamiego, pisarza, którego twórczość jedni uważają za synonim słowa „piękno”, podczas gdy inni – za kicz ocierający się o grafomanię. Reżyser i scenarzysta postawił na wydestylowanie z niej motywów zaliczających się do pierwszej grupy, dzięki czemu otrzymaliśmy poruszającą opowieść o wpływie sztuki na nasze życie i przepracowywaniu żałoby. Niespieszną, momentami anegdotyczną, ale przede wszystkim mocno intymną. I myślę, że dla każdego seans Drive My Car będzie równie intymnym przeżyciem.

W pętli ryzyka i fantazji – ponownie Hamaguchi, ale tym razem w formie trzech powiązanych tematycznie nowelek, które razem składają się na pełny metraż. Znowu o związkach międzyludzkich – jednak z wyraźnym ukierunkowaniem na te o naturze romantycznej – i o roli przypadku w ich kreowaniu. Porównanie do Kieślowskiego nasuwa się samo, tylko że w tutejszym ujęciu rzadko kiedy dochodzi do równie dramatycznych wydarzeń co u polskiego reżysera. Zaprezentowane scenki są kameralne i skupione na emocjach, a jeśli już mają miejsce gwałtowne fabularne przesunięcia, to zawsze wynikają one z decyzji bohaterów, a nie niesprawiedliwości zastanego świata.

Niefortunny numerek lub szalone porno – nie będę pierwszym, który wyskoczy z taką tezą, ale trudno – mało kto kręci równie dobre filmy o Polsce co rumuńscy twórcy. A wśród nich Radu Jude, odpowiedzialny za znajdującą się na moim miejscu trzecim społeczną satyrę. Mimo że rozumiem zarzuty wobec struktury – wszak będącego w istocie pokazem slajdów drugiego aktu nie da się nazwać subtelnym – to nadal uważam przedstawiony przez niego obraz naszej rzeczywistości za wyjątkowy trafny, zwłaszcza pod względem sztucznej pruderii. Razem z bohaterką przechadzamy się po wypełnionych fallicznymi kształtami i reklamami o podtekście seksualnym ulicach miasta, by później słuchać z nią oskarżeń o nieczystość i prostytuowanie się. Jude to uważny obserwator, który nie boi się przelewać swoich spostrzeżeń na taśmę filmową – także tych związanych z noszeniem maseczek.

Żarliwość – niemal czterogodzinnego japońskiego romansu, na dodatek stanowiącego przemontowany sezon serialu, można się bać, jednak zapewniam – wchodzi zaskakująco gładko. Duża w tym zasługa dobrego tempa, cały czas bowiem przeskakujemy z jednego zwrotu akcji na drugi, dzięki czemu nigdy nie czujemy dłużyzn. Choć ostrzegam – fani klasycznych historii o miłości dwójki ludzi mogą się poczuć rozczarowani. Kôjiego Fukadę bardziej interesuje to, by poskromić toksyczne charaktery głównych bohaterów, niż zaprezentować ich czułości. W związku z tym wszystkie momenty, które zazwyczaj na ekranie się celebruje (seks, pocałunki, bliskość fizyczną), tutaj albo dzieją się poza kadrem, albo przedstawia się je niespodziewanie przyziemnie.

Titane mam z tym filmem sporo problemów i większość z nich tyczy się scenariusza, ale jednego mu nie odmówię – nigdy czegoś takiego nie widziałem i możliwe, że już nie zobaczę. Julia Ducournau napisała historię pełną tak absurdalnych motywów (z których każdy sam w sobie wystarczyłby na jeden film), że przez pierwszą godzinę chłonąłem ją z ogromnym zaciekawieniem. Zwłaszcza że pod względem wizualnych wodotrysków to jedna z najlepiej wyglądających produkcji w ciągu ostatnich kilku lat. Pozostaje tylko żałować, że natłok dziwactw szybko zaczął dawać się we znaki emocjonalnej stronie całości, przez co koniec końców okazała się ona po prostu wydmuszką. Co nie zmienia faktu, że już teraz gorąco czekam na inne szaleństwa kiełkujące w nieskrępowanym żadnymi ograniczeniami umyśle francuskiej twórczyni.

REKLAMA