Publicystyka filmowa
Najbardziej MONUMENTALNE filmy WOJENNE. Strzelać i walczyć, byle z rozmachem
Odkryj MONUMENTALNE filmy WOJENNE, które ukazują chaos i zyski wojny, z przytupem i emocjami rodem z „WROGA U BRAM”.
Wojna jest jedną z tych ludzkich aktywności, które zawsze w historii przynosiły z jednej strony niewyobrażalną destrukcję, a z drugiej ogromne zyski, oczywiście nie w jednostkowej skali dotyczącej zwykłych ludzi. Bogacą się wojujące państwa, nawet finalnie te, które wojnę przegrały. Wszystko zależy od statusu, jaki posiadały przed rozpoczęciem wojen. Dzisiaj wojujące imperia już nie upadają jak kiedyś, natomiast zwykli ludzie wciąż giną w ich imieniu, naiwnie sądząc, że walczą o coś więcej niż władza i zysk zdobywane dla tak sztucznych i obcych ludziom bytów jak mocarstwa.
Dzisiaj mija 20 lat od premiery Wroga u bram, filmu, który sugestywnie zaprezentował, co szaleństwo wojny potrafi uczynić ze świadomością żołnierzy. Z tej okazji przyjrzyjmy się produkcjom tworzonym z podobnym rozmachem do tego, który cechuje wojny prowadzone od wieków przez te same wyspecjalizowane w tworzeniu filmów imperia. Ciekawy paradoks, a może właśnie nie?
Wróg u bram (2001), reż. Jean-Jacques Annaud
Nim się przystąpi do seansu, dobrze jest nie tylko znać historię XX wieku, ale i mieć świadomość przemian politycznych, które zachodziły w Europie od czasów Kongresu Wiedeńskiego. Taką nie faktualną, ale holistyczną świadomość. To ważne, żeby nie zagubić się w przekazie Wroga u bram, kinie, które z jednej strony nie usprawiedliwia wojny, lecz z drugiej może kreślić niebezpiecznie skrótowy wizerunek ZSRR jako jedynej ostoi wolności w czasie II wojny światowej. Czy więc powinno nas obchodzić, co ze sobą robili dwaj nasi główni wrogowie – III Rzesza i stalinowska Rosja? I tu widać tę niewygodą i trudną do rozsądzenia ambiwalencję problemu, którą film pokazał czasami niezbyt wyraźnie.
Gdyby hitlerowcy wygrali pod Stalingradem, mogłoby to wpłynąć na rozlanie się nazizmu na całą Europę, należało więc wspierać Stalina, a potem dać mu coś w nagrodę.
Bohaterowie w dziele Annauda walczą na wojnie bezrefleksyjnie. Są jej ofiarami, zarówno Zajcew (Jude Law), jak i König (Ed Harris), chociaż temu drugiemu przypisałbym nieco więcej cech świadczących o pogardzie dla wojny jako takiej, czego walki o Stalingrad stały się jednym z najbardziej znanych w historii popularnej przykładów.
Czas apokalipsy (1979), reż. Francis Ford Coppola
W historii kina nie ma drugiego tak dobrego przykładu bezsensowności wojny, który przełożyłby się z filmowej fikcji na to, co działo się na planie zdjęciowym.
Jakże znacząca jest ta komplementarność. Bezsens indochińskich konfliktów, wynikający nie tylko z natury wojny, ale i kłamliwej osnowy politycznej uzasadniania wietnamskich konfliktów okazał się pułapką dla USA, z której długo nie mogły się one wyzwolić. Realizacja Czasu apokalipsy podobnież okazała się matnią, z której ekipa i aktorzy nie mogli się uwolnić. Cierpieli w imię realizacji projektu. Na którymś etapie już nawet nie zdawali sobie sprawy, czy walczą o film, czy o własne przetrwanie.
Tak jak na wojnie, wyobrażenia o sensie udziału w zbrojnym konflikcie szeregowych żołnierzy są tak różne od prawdziwych motywów twórców danej wojny, ale za to skrzętnie wykorzystywane przez nich dla podsycania zabijania. Kurtz z Jądra ciemności boleśnie obnażył te zepsute do cna zależności. Śmieszna to rzecz, życie [wojna] — owe tajemnicze kombinacje bezlitosnej logiki dla błahego celu.
Trzy królestwa (2008), reż. John Woo
To właśnie w tym filmie znajdziemy jedną z najciekawszych scen batalistycznych z użyciem łuczników, mało tego, rozgrywającą się w wodnej scenerii. Trzy królestwa nie do końca odpowiadają definicji kina wojennego, które starało się zawsze uchodzić za ten rodzaj wypowiedzi filmowej, który cechuje się wysoką dawką realizmu.
Kluczowe jest jednak stwierdzenie, że owe produkcje udają wojnę, w większości przypadków dowolnie interpretując historyczne wydarzenia, a nawet wprowadzając do nich fikcyjne postaci. Dlaczego więc nieco bardziej magiczne i mityczne przedstawienie konfliktu zbrojnego w chińskim stylu ma być gorsze? Trzy królestwa tak pomysłowo traktują wojskowe starcia, że przestają mieć one znamiona czegoś niemoralnego. Tak, wiem, że to jakieś kuriozum, zwłaszcza w wydaniu chińskiego militaryzmu, lecz takie odnosi się wrażenie i za to uwielbia się kino pochodzące z Państwa Środka.
Lawrence z Arabii (1962), reż. David Lean
Cóż byłaby warta wojna przedstawiona w filmie, gdyby David Lean wraz z Peterem O’Toolem nie zbudowali tak charakterystycznego wizerunku T.
E Lawrence’a?
Braveheart (1995), reż. Mel Gibson
Umierając w łóżkach, za wiele lat, na pewno będziecie gotowi oddać te wszystkie dni za jedną szansę, jedną szansę powrotu na to pole bitwy, by powiedzieć wrogom, że mogą odebrać nam życie, ale nigdy nie odbiorą nam wolności! – zastanówmy się nad tym cytatem z Wallace’a jeszcze raz, tym razem w kontekście wojny. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że wojna zaprezentowana w filmie Braveheart jest wizualnie olśniewająca, okraszona trafiająca do emocji muzyką i wzbogacona o wzniosłe ideały, lecz jakie w rzeczywistości mają one znaczenie, skoro od samej wojny nie ma ucieczki? Wallace ginie, nic się nie zmienia. Gibsonowski ideał walki o wolność jest wewnętrzne sprzeczny, gdyż zakłada wojnę jako drogę dojścia i wyzwolenia się od przemocy. Na tym polega szaleństwo wojny, że nikt nie rozumie, że wojując w obronie narodowych mitów, nigdy nie osiągniemy jednostkowego wyzwolenia. Z tej spirali przemocy, którą stworzyli ludzie, nie ma wyjścia. Jest ona paradoksalna sama w sobie. A więc siedząc w łóżkach, albo zostaniemy w nich zabici, albo weźmiemy udział w zabijaniu innych.
Rozmach, z jakim Mel Gibson potrafił ukazać bezsens przemocy, jest doprawdy wbijający w fotel. Pytanie tylko, czy wynika to z jej umiłowania czy znienawidzenia u reżysera?
1917 (2019), reż. Sam Mendes
Szczerze się zdziwiłem bogactwem tej produkcji nie ze względu na rzemieślniczą doskonałość realizacji, lecz na postaci, namacalne, unikalne, rzec można – z osobowością. Sądziłem, że obejrzę kolejną Dunkierkę, czyli beztreściową produkcję zrealizowaną jedynie po to, żeby się popisać. A tu wojna okazała się jedynie tłem dla pokazania historii szeregowców, starających się na przekór działaniom wojennym, ich nieuniknionej, destrukcyjnej logice, ocalić niewielki jak na sumę ofiar I wojny światowej oddział żołnierzy – 1600 osób. A gdyby tak chodziło o 160 albo 16? Reżyser zdaje się stawiać gdzieś skrycie to pytanie. W sumie nawet w przypadku owych 1600 osób, znając nieco historię I wojny światowej i konkretne decyzje podejmowane przez dowodzących, można się zdziwić zaangażowaniem filmowych strategów.
Posłali na ratunek dwóch szeregowców, jakby tylko formalnie chcieli coś zrobić i mieć czyste ręce. 1917 jest wspaniałym filmem zarówno pod względem pomysłu na rolę w ramach wojny zupełnie nieheroicznych osobowości bohaterów, jak i rozmachu, z jakim pracowała kamera pod wodzą Rogera Deakinsa.
Gettysburg (1993), reż. Ron Maxwell
Wielkie, monumentalne dzieło nakręcone w niezbyt szybkim tempie, zupełnie niepasującym do współczesnego kina. Może być doskonałym przykładem, jak zmieniła się wizja kina wojennego na przestrzeni ostatnich 30 lat. Gettysburg wymaga cierpliwości, namysłu, uwagi i jeszcze raz cierpliwości. Projekcja trwa cztery i pół godziny.
Zawiera mnóstwo scen batalistycznych, a dodatkowo serwuje odbiorcy skomplikowane relacje między dowódcami w ramach Unii i Konfederacji, podejmujących kluczowe dla wojny secesyjnej decyzje wojskowe. Brak efektów specjalnych i postawienie na statystów odbiło się jednak na monumentalności filmu. Starcia między żołnierzami może i są widowiskowe, lecz układy poszczególnych oddziałów na polu walki po jakimś czasie mogą nużyć, bo są podobne. Dodatkowo warto sobie zatrzymać niektóre ujęcia. Niekiedy aktorzy zbyt dobrze się bawią, udając pełną chwały śmierć.
Tora! Tora! Tora! (1970), reż. Toshio Masuda, Kinji Fukasaku, Richard Fleischer
Czy jeszcze ktokolwiek myśli o tym, co by się stało z Gwiezdnymi wojnami, gdyby nie Tora! Tora! Tora!? Jak wyglądałyby kosmiczne pojedynki między Tie fighterami i X-wingami? Minęło tyle lat od premiery międzynarodowej produkcji o ataku na Pearl Harbor.
Doczekaliśmy się nawet wątpliwej jakości produkcji Michaela Baya z 2001 roku, aspirującej do bycia wielką produkcją wojenną. Notabene ciekawe, czy Christopher Nolan brał z niej przykład, gdy wymyślał tzw. bohatera zbiorowego w Dunkierce? Obawiam się, że tak. Tora! Tora! Tora! wciąż się nie zestarzała. Nie ma w niej może jakiejś bardziej skomplikowanej wymowy antywojennej, za to twórcy dobrze pokazali sztukę filmowania powietrznych pojedynków. Dla poszukującego inspiracji George’a Lucasa taki film o wojnie był kopalnią inspiracji. Wystarczyło przenieść je niemal jeden do jednego i zmienić tło z nieba na kosmos.
Biały tygrys (2012), reż. Karen Szachnazarow
Rosjanie również próbują. Ubolewam nad tym, że kino zza Buga jest u nas tak mało znane. Chodzi głównie o to współczesne. Poświęciłem więc jedno miejsce, dając szansę mniej znanemu Białemu tygrysowi, zamiast pojawiającemu się we wszelkich zestawieniach polskich i zagranicznych, niewątpliwie monumentalnemu i ważnemu dla filmu wojennego i pacyfizmu Szeregowcowi Ryanowi. Co do kina rosyjskiego zaś, polityczne animozje między Europą Zachodnią a Federacją Rosyjską najwyraźniej zbyt wpłynęły na wymianę informacji na temat istnienia wielu wartościowych artystycznych dzieł w zakresie sztuki filmowej.
Biały tygrys jest jednym z nich. Od razu zaznaczę, że nie jest to film, który mógłby być wzorcem dla miłośników wiernego oddawania historycznych działań wojennych ani nawet fanów militarystyki. Jak na produkcję, w której jedną z głównych ról odgrywają czołgi, niekiedy wydaje się, że jest ich zbyt mało. Ujęcia są statyczne, a efekty specjalne czasami sprawiają wrażenie tworzonych w poprzedniej epoce, gdy CGI dopiero raczkowało. Niemniej film Szachnazarowa potrafi sprawiać wrażenie szerokiej, nieco pompatycznej, zachodniej produkcji, a to się liczy w tym zestawieniu. Szlachtujących wystrzałów jest w Białym tygrysie wystarczająco, żeby uznać ją za posiadającą rozmach.
Dunkierka (2017), reż. Christopher Nolan
Christopher Nolan jest mistrzem rozmachu.
Sprawnie dobiera środki, za pomocą których na ekranie odwzorowuje realizm wojny. Patetyczna muzyka, efekty specjalne, statyści, dynamicznie prowadzona kamera, wiele jednocześnie rozgrywających się wątków, a w przypadku Dunkierki tzw. bohater zbiorowy – główna zmora tego filmu. Nie sposób się przez nią przebić, a więc związać emocjonalnie z wydarzeniami, tak przecież dramatycznymi jak ewakuacja angielskich żołnierzy spod Dunkierki w 1940 roku. Pod tym względem produkcja Nolana jest dziełem awangardowym, lecz wyjątkowo niestrawnym.
Co ciekawe, kiedy spojrzy się na filmografię reżysera, z łatwością można się przekonać, że pisząc swoje scenariusze, najsłabiej wychodzi mu budowanie charakterów postaci. Postać Nolanowska to taka psychologiczna wydmuszka, dlatego lepiej by było, gdyby pomysły Nolana na filmy rozpisywał na scenariusz ktoś, kto rozumie ludzkie emocje.
Bonus
Królestwo niebieskie (2005), reż. Ridley Scott
Jedno z najbardziej zapomnianych dzieł Scotta jest również jedną z najbardziej monumentalnych opowieści, niespiesznie prowadzących widza przez meandry ludzkiego postępowania aż do wybuchu niemal boskiego heroizmu.
Wojna w Królestwie niebieskim dzieje się jakby na dwóch frontach – tym materialnym, gdzie ludzie faktycznie zabijają się w imię religii, oraz tym nadprzyrodzonym, na którym walczą ze złymi duchami, a nagrodą za ich eksterminacje jest odpuszczenie grzechów oraz życie wieczne w upragnionym raju. Ridley Scott postarał się o to, żeby widz mocno odczuł tę moralną i patetyczną ciężkość Królestwa niebieskiego, co niestety zniechęciło niektórych widzów.
Szerokie plany, mnóstwo statystów, rozmach w pokazywaniu zwykłego życia w Jerozolimie, jeszcze większy rozmach w kręceniu bitew między wiernymi i niewiernymi zdecydowały o wojennej monumentalności produkcji Scotta. Reżyser jasno wypowiedział się co do bezsensu wojny i szkodliwości nawracania na katolicyzm ogniem i mieczem. Z drugiej strony rozmach, z jakim ukazał średniowieczny typ konfliktu zbrojnego, ociera się o pewien rodzaj piękna, przez co pomaga nam, współczesnym widzom, zrozumieć, dlaczego na krucjaty ciągnęli wszyscy ci, którzy nie dostali szansy lepszego życia w Europie.
Potop (1974), reż. Jerzy Hoffman
W zestawieniu najlepszych epopei wojennych nie mogło zabraknąć Potopu. Wzorcowego filmu historyczno-wojennego, który wciąż pozostaje niedoścignionym dla współczesnych twórców osiągnięciem w ramach gatunku.
Nie będę się rozpisywał na temat formalnej doskonałości dzieła Hoffmana. Przytoczę tylko jeden fragment. Przejście szwedzkiego wojska obserwowane m.in. przez kanclerza Oxenstriernę. Kamera nie bała się robić zbliżeń na szwedzkich żołnierzy. Maszerowali spokojnie, prezentując swój rynsztunek, ale i twarze. Nawet jeśli były jakieś niedopracowania, ogólne wrażenie jest właśnie z tych epickich, monumentalnych.
