Connect with us

Publicystyka filmowa

Najbardziej frapujące PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI w znanych filmach

Odkryj tajemnice filmów w NAJBARDZIEJ FRAPUJĄCYCH PYTANIACH BEZ ODPOWIEDZI! Zaskakujące zagadki, które intrygują każdego widza.

Published

on

Najbardziej frapujące PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI w znanych filmach

Różne naciągane, niedorzeczne i nierealistyczne rzeczy widziałem w filmach, ale zawsze można było je jakoś przełknąć, zawieszając niewiarę na najwyższym kołku lub przymykając oko tak, że już prawie nic nie było widać. Istnieje jednak pewna grupa faktów filmowych naciągniętych bardziej niż osoby inwestujące w bitcoina. Faktów niewyjaśnionych, przemilczanych, zatuszowanych cięciem montażowym, pozostawiających widza z irytującym znakiem zapytania malującym się na czole. Faktów, dla których twórcy nie znaleźli żadnego logicznego wytłumaczenia, a które w fabule znaleźć się musiały, by popchnąć akcję do przodu, nie rezygnując z obranego w scenariuszu kierunku rozwoju wydarzeń. Scenarzyści i reżyserzy woleli udawać, że nie było sprawy, oglądajcie dalej film i nie drążcie tematu. Po prostu to i to się zdarzyło, może za sprawą cudu, a może deus ex machiny…

Advertisement

Mission: Impossible (1996), reż. Brian De Palma

Zastanawialiście się kiedyś, co też działo się w tunelu z helikopterem pilotowanym przez Jeana Reno w momencie, gdy mijały się dwa pociągi TGV i nie zostawało tam już miejsca nawet na miętowy opłatek? Pokazano jedynie, jak Jeanem Reno miota po kabinie i tyle. Na czas mijanki dwóch TGV wirniki helikoptera po prostu się zatrzymały lub przestały istnieć, a Jean Reno leciał chyba w samej kabinie, tak jak to właśnie pokazano, bo innego logicznego tłumaczenia (jakby to było logiczne) nie znajduję.

Złodziej (1981), reż. Michael Mann

W filmie Michaela Manna znajduje się sekwencja włamania przez dach, a następnie przez szyb windy do pomieszczenia, gdzie znajduje się wielki sejf. Reżyser w żaden sposób nie wyjaśnia, w jaki sposób na dachu znalazł się ciężki sprzęt potrzebny do wykonania zadania. Jak i kiedy, nie wzbudzając zainteresowania personelu budynku czy ochrony, wniesiono na dach butle z gazem, palniki do cięcia, szlifierki i długi na kilka metrów pręt? Montażowym cięciem pomija się też sposób dostarczenia sprzętu z dachu do miejsca docelowego (czyli kilka pięter w dół szybem windy) przez prowizoryczną dziurę w dachu. A tak w ogóle to jak w środku nocy na dachu strzeżonego budynku znaleźli się trzej złodzieje wykonujący ten cały włam?

Advertisement

Poszukiwacze zaginionej Arki (1981), reż. Steven Spielberg

Indiana Jones wspina się na pokład okrętu podwodnego, rozgląda się nerwowo po mostku i… Tu następuje cięcie montażowe i przebitka na załogę okrętu sprowadzającą okręt pod wodę. Milczeniem pomija się kwestię, czy Jones dostał się jakoś do środka okrętu (jeśli tak, nie miałby się gdzie ukryć w tak ciasnej przestrzeni), czy pokonał trasę uczepiony w jakiś sposób okrętu. Spielberg pokazał zatem kłopotliwą podróż Jonesa jako czerwoną kreskę płynącą po mapie. Cóż, albo Jones nabrał przed zanurzeniem dużo powietrza do płuc, albo faktycznie zmienił się na czas podróży w tę kreskę na mapie.

Rzeczywistość okazuje się jednak bardziej prozaiczna: otóż w oryginalnym scenariuszu znajdują się sceny, w których Indiana przywiązuje się batem do peryskopu i tak (ledwie ciepły, za to bardzo mokry) dociera do celu, przy założeniu oczywiście, że okręt podwodny ma przepłynąć całą trasę na głębokości peryskopowej, woda ma temperaturę pokojową i w ogóle okoliczności są sprzyjające, jak na wczasach all-inclusive. Co więcej, scena ta została nawet sfilmowana na bliskich planach (patrz zdjęcie powyżej), ale ostatecznie do filmu nie trafiła, albowiem Spielberg i Lucas sami uznali, że to byłoby lekkie przegięcie.

Advertisement

Aczkolwiek podczas pracy nad niniejszym tekstem odpaliłem Poszukiwaczy i przez ułamek sekundy, gdy na tle mapy okręt wchodzi do portu, bez trudu dostrzec można… sylwetkę człowieka uczepioną peryskopu! A więc jednak, Indiana pokonał trasę przynajmniej kilkuset mil (sądząc po długości czerwonej kreski na mapie) uczepiony peryskopu, zanurzony w wodzie! A cały Internet kręcił bekę z ucieczki Indy’ego w lodówce przed bombą atomową…

No dobra, Indiana Indianą, ale powiedzcie mi, którędy do wnętrza okrętu podwodnego wepchnięto Arkę? Okręty podwodne mają jakąś załadunkową klapę bagażnika, jak kombi?

Advertisement

Prawdziwe kłamstwa (1994), reż. James Cameron

Pamiętacie, jak Harry Tasker uwolnił się z kajdanek z rękoma za plecami, rzucając do przesłuchującego go Samira tekstem: „Pamiętasz moje kajdanki? Otworzyłem je!” No, scena kozak, ale film nie wyjaśniał (poza tym, że Tasker to superagent), w jaki sposób Arnold uwolnił się z kajdanek. I w tym przypadku akurat wyjaśnienie istnieje, a dokładniej rzecz biorąc, znajduje się w napisanej na podstawie scenariusza książce wydanej w Polsce w roku premiery Prawdziwych kłamstw (naprawdę taka książka istniała, choć w Internecie nie ma dziś po niej nawet śladu).

Harry Tasker miał po prostu kluczyk do kajdanek ukryty w zegarku (widocznym w filmie na jego lewym nadgarstku). Co więcej, książka wyjaśniała też genezę nietypowego granatu z zawleczką w postaci pierścionka, który zdobi oficjalny plakat filmu Camerona. Juno Skinner, zostawiając małżeństwo Taskerów na pewną śmierć, wkładała między nogi Jamie Lee Curtis odbezpieczony granat, który Harry po uwolnieniu się z kajdanek zabezpieczał właśnie pierścionkiem małżonki. Jamie Lee Curtis z granatem między nogami widniała nawet na jednym ze zdjęć umieszczonych na polskim wydaniu VHS Prawdziwych kłamstw.

Advertisement

Scena nie trafiła do finalnej wersji filmu, gdyż pozostawiony w charakterze zawleczki pierścionek nie mógłby tym samym wziąć udziału w późniejszej scenie, gdy Helen Tasker policzkowała Juno Skinner, rozcinając jej twarz brylantem z tegoż właśnie pierścionka.

RoboCop (1987), reż. Paul Verhoeven

Do stworzenia hybrydy człowieka z maszyną potrzebny był mózg policjanta zabitego na służbie, prawda? Dlaczego zatem, skoro potrzebowano mózgu jako głównego i najważniejszego (inne części ciała zastępowano stalowymi częściami zamiennymi) ludzkiego wkładu, jako IDEALNEGO kandydata wybrano akurat Alexa Murphy’ego, któremu zabójczy strzał wyrwał właśnie… kawał mózgu, a śmierć nastąpiła po strzale w głowę (ustaniu pracy mózgu), a nie na przykład przez zatrzymanie akcji serca? I dlaczego RoboCop/Alex Murphy nie miał w dalszej części filmu żadnych problemów z logicznym myśleniem, a nawet z pamięcią, która powoli mu wróciła, nie mówiąc już o braku choćby bólu głowy.

Advertisement

.. Przypominam, że akcja filmu miała miejsce w opanowanym przez przemoc mieście Detroit, gdzie policjanci padali jak muchy, i kwestią może kilku godzin, a najwyżej dni było odnalezienie znacznie lepszego kandydata, zabitego bez naruszania najważniejszej części, czyli głowy. Okej, nie znam się na ludzkim organizmie i nie wiem, jaki wpływ na pracę mózgu ma postrzał z pistoletu (choć idę o zakład, że raczej mało pozytywny), niech się więc wypowie ktoś mądrzejszy i ewentualnie spacyfikuje moje gdybania. Czy jest może na sali jakiś lekarz?

Nienawistna ósemka (2015), reż. Quentin Tarantino

Uwielbiam kryminalną intrygę wymyśloną przez Tarantino, kapitalne aktorstwo w wykonaniu praktycznie całej obsady i tę klaustrofobiczną, ale i na swój sposób przytulną i sprawiającą wrażenie bezpiecznej atmosferę wnętrza chaty z darmową gorącą kawą, podczas gdy na zewnątrz szaleje burza śnieżna. To właśnie do Nienawistnej ósemki wracam najczęściej i jest to zdecydowanie mój ulubiony film Tarantino. Ale za każdym seansem niczym kamyczek w bucie uwiera mnie pytanie: skąd Oswaldo Mobray wiedział o liście od Lincolna, będącym własnością majora Marquisa Warrena, skoro żaden z pasażerów dyliżansu po przyjeździe do chaty nic na temat listu nie mówił? Czy to niedopatrzenie, czy może jakaś scena dialogowa to wyjaśniająca wyleciała w montażu? Może miniserial Nienawistnej ósemki stworzony dla amerykańskiego Netflixa łata tę logiczną dziurę? Widział może ktoś z was rozszerzoną wersję Nienawistnej ósemki?

Advertisement

Superman (każdy)

Nie wiem, jak wyjaśnia to komiks (z tego co wiem, chyba nie wyjaśnia), ale w filmach Clark Kent, zarówno jako Clark Kent, jak i Superman, ma twarz Clarka Kenta (tylko bez okularów), więc Lois Lane, kochająca się w obydwu panach, musi mieć problemy ze wzrokiem i logicznym łączeniem faktów (zawsze jeden znika, gdy drugi się zjawia), żeby nie widzieć, że jeden i drugi to jeden i ten sam, tylko raz w okularach, a raz bez.

Podobno amerykańscy naukowcy zrobili jakiś eksperyment, pokazując grupie ludzi zdjęcia innych ludzi w okularach i bez, i ponoć badani mieli problem ze stwierdzeniem, czy to wciąż ta sama osoba. Okej, Clark Kent lekko przygarbiony, wycofany, kreujący się raczej na fajtłapę (w filmie Richarda Donnera chyba najbardziej) z fryzurą na nudnego urzędnika i wielkimi okularami, znacznie odróżnia się od swojej superwersji. I może faktycznie dla potencjalnego przechodnia będzie nie do poznania, ale nie dla współpracowników z redakcji Daily Planet (dziennikarze to raczej ta bardziej spostrzegawcza grupa zawodowa) czy wspomnianej już ukochanej Lois Lane.

Advertisement

Podobny problem dotyczy też częściowo, czy wręcz symbolicznie zamaskowanych bohaterów (jak Zorro czy Batman), których po kawałku twarzy (nos, usta) i głosie także nie jest w stanie rozpoznać ich ukochana ani najbliższa (ty nie, Batmanie) rodzina. Motyw ten całkiem zgrabnie wytknięto czy wręcz zdemitologizowano w niesławnej Zielonej latarni, gdzie Ryan Reynolds z zieloną opaską na oczach myślał, że ukochana go nie pozna. A ona go poznała i jeszcze wyśmiała tandetną próbę zakamuflowania tożsamości. Generalnie w całym zatrzęsieniu bohaterów o podwójnej tożsamości najbardziej wiarygodnie (w sensie nie do poznania) wypadł.

.. Jerry Lewis w filmie Zwariowany profesor (1963) jako Julius Kelp – nudny, ciamajdowaty, przygarbiony naukowiec z wystającymi zębami, oraz jego alter-ego – wygadany, pewny siebie, przystojny i rozrywkowy Buddy Love.

Advertisement

Taksówkarz (1976), reż. Martin Scorsese

W dużym skrócie – Travis Bickle to rozchwiany emocjonalnie frustrat, który nie może się zdecydować, czy stanąć po stronie dobra (strzela do bandyty w sklepie), czy po stronie zła, gdy ostrzyżony na irokeza jest o krok od dokonania zamachu na senatora Palantine’a, by – w jego mniemaniu – w ten sposób zaimponować (?) kobiecie, która go odtrąciła.

Travis Bickle ostatecznie kończy jako bohater, gdy w krwawej strzelaninie bezlitośnie rozprawia się z sutenerami małoletniej Iris. Bohater trochę z przypadku, bo przecież zdecyduje się na tę straceńczą misję dopiero po tym, jak ochroniarze Palantine’a spłoszą go z miejsca planowanego przez niego zamachu. I tu właśnie jest – jak dla mnie – pewne przemilczenie logicznego rozwoju wypadków. Zdjęcia Travisa, po tym jak ratuje Iris z rąk oprawców, obiegają lokalną prasę. Travis zostaje bohaterem i jest o nim głośno w mediach. Aż trudno uwierzyć, że policja i prasa (która przecież zawsze szuka sensacji) nie zająknęły się choćby słowem o niecodziennym wyglądzie bohatera, czyli jego charakterystycznej fryzurze i arsenale broni, w jaki był wyposażony.

Advertisement

 Okej, załóżmy, że media przemilczały te fakty. Ale ochrona Palantine’a i sam Palantine powinni skojarzyć Travisa ze zdjęć w prasie, bo w normalnej fryzurze (tak, jak na zdjęciu w gazetach) rozmawiał on przecież z jednym z ochroniarzy Palantine’a, któremu wydał się podejrzany (próbowano nawet uzyskać dane i adres Travisa oraz zrobić mu zdjęcie, czyli działanie służb na wysokim poziomie).

Co więcej, zarówno podczas rozmowy z ochroniarzem, jak i podczas próby zamachu, Travis miał na sobie tę samą charakterystyczną kurtkę. Co jeszcze więcej, sam Palantine (i dwóch jego ochroniarzy) siedział nawet w taksówce Travisa, który prowadził z politykiem konwersację, wyraźnie pokazując swoją twarz. Zatem Travis dał się doskonale poznać ochronie Palantine’a jeszcze w normalnej fryzurze, jako podejrzany typek zadający dziwne pytania, na przykład na temat używanej przez ochronę broni. Ochroniarze Palantine’a, w tym jeden, z którym rozmawiał wcześniej Travis (jeszcze bez irokeza, ale już w charakterystycznej kurtce) tego samego dnia, gdy Travis stał się bohaterem, gonili podejrzanego, ogolonego na irokeza typa.

Advertisement

Dlaczego nie wszczęli śledztwa w sprawie kolesia, który na ich oczach sięgał pod kurtkę po broń, ale ostatecznie im uciekł? Na drugi dzień mieli go na pierwszych stronach gazet, podanego jak na tacy. Nawet jeśli nie było o tym w prasie (tzn. o fryzurze), to w mieście musiało aż huczeć od opowieści o ogolonym na irokeza wyzwolicielu nieletniej prostytutki, który dokonał na sutenerach krwawej wendetty.

Świat w ogniu (2019), reż. Ric Roman Waugh

Twój GENIALNY plan dopięty w najdrobniejszych szczegółach polega na zabiciu całej ochrony prezydenta USA, samego prezydenta USA i wrobieniu w to wszystko głównego ochroniarza prezydenta USA. Zdobywasz więc DNA ochroniarza, aby zostawić jego ślady na wyrzutni dronów, zakładasz mu także konto bankowe z 10 milionami dolarów, i kierujesz podejrzenia na jego współpracę z Rosjanami.

Advertisement

I podczas realizacji misternie przygotowanego planu, zaczyna się festiwal absurdu oraz – co nas najbardziej interesuje – niedopowiedzeń. Drony mają wbudowane rozpoznawanie twarzy, ale wyposażone są w broń, która potrafi tylko wysadzać na dużą skalę (zero subtelności), zatem aby zabić prezydenta USA, a NIE ZABIJAĆ wrabianego ochroniarza, który jest przy prezydencie non stop, muszą oni być ODDZIELNIE, inaczej w wielkim BUM zginęliby obaj, i cały misterny plan… nie zadziała. Ci, i owszem, rozdzielają się, jednak NIE na skutek TWOJEGO planu, tylko dlatego, że przypadkiem ochroniarza rozbolała głowa, o czym wiedzieć nie mogłeś.

Idziemy dalej. Aby twój plan się powiódł, prezydent musi ZGINĄĆ, a ochroniarz musi PRZEŻYĆ. Tymczasem filmowcy ucinają całą akcję w momencie, gdy ochroniarz wraz z prezydentem nurkują (na środku jeziora!), a nad nimi drony kończą bombardowanie resztek prezydenckiej łódki, nie zważając już na takie szczegóły, że pod ostrzałem jest również ochroniarz, który miał pozostać przy życiu.

Advertisement

Następuje cięcie montażowe, po którym nieprzytomny ochroniarz, oraz będący w śpiączce prezydent USA, trafiają do szpitala. Pomyślmy, co też tam nad tym jeziorem mogło zajść, a czego nie chcieli (bo sensownie nie umieli?) pokazać ani wyjaśnić nam filmowcy? Osoby odpowiadające za zamach na prezydenta widzą miejsce akcji za pomocą kamer w dronach. Prezydent i ochroniarz znikają im z pola widzenia (przypominam, zanurkowali na środku jeziora), dlaczego zatem źli ludzie nie kontynuowali ataku, nie szukali prezydenta (lub zwłok prezydenta) i ochroniarza (żywego lub nie) do skutku? Jakim cudem ochroniarz mający problemy z kręgosłupem, głową i w ogóle ze słabym samopoczuciem oraz 82-letni prezydent (opieram się na wieku Morgana Freemana) zdołali, nurkując, dopłynąć do brzegu i dopiero tam jeden stracił przytomność, a drugi zapadł w śpiączkę? Dlaczego źli ludzie z dronami nie czekali na nich nad wodą do skutku? Ile oni nurkowali, godzinę? Źli ludzie olali czekanie i rozjechali się do domów, pozostawiając dalszą realizację misternego planu (obsadzenie stanowiska prezydenta USA swoim człowiekiem, wywołanie wojny z Rosją) ślepemu trafowi i improwizacji? W sumie tak to właśnie w dalszej części filmu wygląda, bo cały misterny plan zamienia się w domek z kart, który runie albo nie, zależnie od tego, czy prezydent obudzi się ze śpiączki, czy nie.

Dystrykt 9 (2009), reż. Neill Blomkamp

Właśnie obserwujemy, jak po 20 latach żmudnego zbierania do pojemnika na kosmiczne paliwo wlatuje ostatnia drogocenna kropelka. Dopiero teraz ilość jest wystarczająca, by dolecieć do statku matki wiszącego nad Johannesburgiem. I przychodzi taki Wikus Van De Merwe, bezczelnie otwiera pojemnik, a spora część bezcennej zawartości tryska mu w twarz.

Advertisement

I do końca filmu nikt nawet nie zająkuje się, że pojemnik pełny w 100 procentach już wcale nie jest pełny w 100 procentach, statek nim napędzany też o tym nie wie i bez sprzeciwu podrywa się do lotu. Druga zagadkowa i niewyjaśniona kwestia: w jaki sposób ochlapanie kosmicznym paliwem sprawiło, że Wikus zaczął mutować w Krewetkę? Tu jednak z pomocą przychodzi fandom Dystryktu 9, według którego Płyn (The Fluid) jest uniwersalnym paliwem krewetkopodobnych przybyszów z kosmosu, napędzającym ich cywilizację, a zupełnie przy okazji zawiera ich DNA. Przekładając to na nasz gatunek, gdyby na Ziemię przyleciał kosmita i na stacji benzynowej przypadkowo oblał się bezołowiową 95, zmutowałby w człowieka, a gdyby oblał się Olejem Napędowym, to tak samo, tylko by bardziej kopcił. Aż strach pomyśleć o naszym DNA w LPG.

King Kong (każdy poza Kongiem: Wyspą Czaszki)

W najsłynniejszych kinowych odsłonach King Konga (1933, 1976, 2005) z uporem maniaka pomijano wyjaśnienie, w jaki sposób zdziesiątkowana załoga zdołała załadować na pokład statku ważącą (według wyliczeń z Internetu) od 100 do 150 ton i mierzącą jakieś 30 metrów wzrostu małpę. Za każdym razem, gdy Kong zostaje schwytany, jest po prostu cięcie montażowe i widzimy go już w Nowym Jorku na wystawie. Na jedyne ślady wyjaśnienia tej kwestii można natrafić w scenariuszu filmu z 1933 roku, gdzie marynarze mieli rozmawiać o zbudowaniu tratwy, na której Konga będzie holował statek. A jedynym filmem pokazującym realizację tego pomysłu był King Kong vs. Godzilla z 1962 roku.

Advertisement

Leon zawodowiec (1994), reż. Luc Besson

Jedną z najbardziej pomysłowych scen kina akcji jest Leon wiszący do góry nogami i strzelający do S.W.A.T. Niestety, gdy już opada kurz pierwszego spektakularnego wrażenia, i oglądamy film Luca Bessona kolejny i kolejny raz, nie sposób nie zauważyć, że słynny piruet Jeana Reno był… niewykonalny. Gdy bowiem chwilę wcześniej widzimy antyterrorystów wchodzących do mieszkania Leona, ten wisi opierając się na jakimś pręcie czy rurze, pod samym sufitem, znaaacznie za wysoko, by ułamek sekundy później móc tak zgiąć się wpół, aby pokazać się pozostającym w korytarzu antyterrorystom w świetle drzwi.

Gdyby zrobił to tak, jak wisiał, pod samym sufitem, mógłby co najwyżej postrzelać do ściany własnego mieszkania. Aby zatem wykonać tę słynną scenę wiarygodnie, Leon musiałby wisieć tuż nad głowami wchodzących do mieszkania antyterrorystów, ale wtedy chyba mogliby go zauważyć.

Advertisement

Terminator (1984), reż. James Cameron

Odwieczna zagadka filmowa, czyli jakim cudem ojcem Johna Connora zostaje (jakkolwiek jest to fascynujący pomysł) żołnierz wysłany w przeszłość w celu ochrony matki tegoż Johna? Pogdybajmy. Zanim wydarzyła się przyszłość, teraźniejszość szła swoim tokiem, czyli Sarah Connor musiała poznać kogoś ze swoich czasów, kto został ojcem jej dziecka – dopiero później wydarzy się przyszłość, w której John wyśle dobrze wyszkolonego żołnierza w przeszłość, żeby pilnował jego matki.

Okej, pojawienie się Kyle’a zaburzyło zatem rzeczywistość Sarah Connor i zamiast spotkać akurat przyszłego ojca Johna, została ona wessana w wir wydarzeń i walkę o życie, poznając jednocześnie żołnierza z przyszłości (i to on, a nie mężczyzna z lat 80. stanie się ojcem Johna). Ale to nie jest takie proste, że zarówno facet z rzeczywistości i czasów Sarah (chociaż żadnego absztyfikanta przy jej boku nie widzieliśmy), jak i komandos z przyszłości spłodzą takie samo dziecko, tej samej płci, i co najważniejsze, z takimi samymi cechami charakteru, by mogło zostać w przyszłości przywódcą ruchu oporu.

Advertisement

A tak w ogóle to mam pewną teorię. Otóż, jak widzieliśmy na początku Terminatora, Sarah Connor nie miała nikogo, nie spotykała się z żadnym mężczyzną, była singielką. Sprawiała wrażenie, że nie potrafi nawiązać nowej znajomości, a i nie szuka jej jakoś szczególnie, a jedyną jej aktywnością w klubie Tech-Noir było strącenie solniczki ze stolika. No więc John Connor z przyszłości, wiedząc, że jego matka nie garnęła się, żeby kogoś poznać, dostrzegł w tym… zagrożenie własnego (za)istnienia! Wysyła więc w przeszłość gościa, który ma za zadanie go spłodzić.  A obrona przed Terminatorem to tak przy okazji – TADAM!

Zresztą na identyczny pomysł wpadł przecież w przyszłości… SkyNet, który, aby powstać (!), wysłał w przeszłość Terminatora, z którego zmiażdżonej głowy w 1986 roku naukowcy wyjmą chip i tak powstanie… SkyNet, a zlikwidowanie Sarah Connor to tak przy okazji, ważne, żeby dostarczyć do 1984 roku CHIP i wylać fundament pod powstanie nowych technologii – TADAM! Już zresztą w pierwszej części była scena, tuż po finale w fabryce, gdy Sarah Connor była wywożona na noszach, gdzie kamera robiła najazd na zewnętrzną fasadę z napisem CYBERDYNE SYSTEM – firmy odpowiedzialnej za stworzenie SkyNetu.

Advertisement

Mamy zatem w Terminatorze do czynienia z dwoma paradoksami, ale Cameron ostatecznie nie umieścił fasady CYBERDYNE SYSTEM w filmie z 1984 roku, żeby zbytnio nie skonfundować widzów i nie przesłonić głównego motywu, czyli ciąży Sarah Connor i ojcostwa Kyle’a Reese’a. No cóż, dość tego grzebania w czasoprzestrzeni, sama Sarah Connor w pewnej chwili mówi, że można zwariować, jak się w to wszystko za bardzo wnika.

Mroczny rycerz (2009), reż. Christopher Nolan

Planując sztuczkę, do której potrzebny jest asystent, albo przyprowadzasz go ze sobą, albo prosisz kogoś z publiczności, albo umieszczasz swojego współpracownika wśród publiczności… Joker nie skorzystał z tych opcji (nie sądzę, żeby wśród bandziorów miał umówionego współpracownika-ochotnika na wbicie ołówka w oczodół), zatem skąd miał pewność, że ktoś do niego podejdzie, by stać się bezwiednie asystentem przy wykonaniu magicznej sztuczki? A jakby wbił ten ołówek w blat stołu i wszyscy z zaciekawieniem czekali, aż wykona zapowiedzianą sztuczkę? W pierwszym odruchu kupiliśmy tę scenę, bo jest naprawdę pomysłowa, zaskakująca i fajnie nakreśla charakter nieobliczalnej postaci Jokera, ale gdy zastanowić się nad nią, to. .. patrz pierwsze zdanie: skąd Joker wiedział, że ktoś do niego podejdzie?

Advertisement

Uciekinier (1987), reż. Paul Michael Glasser

W jaki sposób powstał materiał audio-wideo obciążający Arnolda, czyli nagranie z wnętrza śmigłowca? Nagranie to najpierw widzimy w prologu filmu (jako jego normalną, fabularną część). Następnie, w dalszej części filmu, dokładnie ten sam materiał, czyli jakby nie patrzeć, fragment filmu Uciekinier, zostaje pokazany publiczności telewizyjnego show The Running Man, co sugeruje, że… na pokładzie śmigłowca nie znajdowała się statyczna kamerka rejestrująca przebieg lotu, tylko… cała ekipa filmowa, kręcąca zdarzenia z różnych kątów widzenia, różnych ujęć, ze zbliżeniami, zmianą planów i z co najmniej kilku kamer – z którego to materiału można było później zmontować obciążający Arnolda film.

Takie numery z oglądaniem filmu w trakcie filmu przechodzą co najwyżej w komediach, gdy na przykład Lord Hełm ogląda kasetę VHS z Kosmicznymi jajami, żeby zobaczyć, co wydarzy się za kilka minut, ale w rasowym kinie akcji takie naginanie rzeczywistości nieco zgrzyta.

Advertisement

Zaginiony Świat: Jurassic Park (1997), reż. Steven Spielberg

Sequel jednego z najlepszych filmów Stevena Spielberga powtarza niemal dosłownie motyw z King Kongów, czyli przemilcza sposób załadunku tyranozaura na pokład statku. Twórca Szczęk pokazuje nam za to sposób… rozładunku tegoż, już na terenie San Diego! I każe widzom zmierzyć się z brakiem odpowiedzi na pytanie: co też do cholery zaszło na statku podczas rejsu?! Najpierw fakty: statek płynie pełną prędkością ku nabrzeżu, załoga nie odpowiada (bo nie żyje, więc jest usprawiedliwiona). Statek uderza w nabrzeże – i tu mała wtopa, bo zgromadzeni na lądzie ludzie, z Jeffem Goldblumem na czele, wpatrują się z przerażeniem przed siebie, choć statek wyłoni się z ciemności dopiero kilkanaście sekund później, więc NA CO patrzyli i skąd u nich opad szczęki? Wracajmy do meritum; statek uderza w nabrzeże i ludziska wchodzą na pokład zobaczyć, co tam się zadziało, że hamulce nie zadziałały i statek prawie wjechał do centrum miasta.

Pokład jest pusty, podobnie jak klatka tyranozaura. Na podłodze sterowni leżą (jak to mówi jeden z ludków: „oni są wszędzie”) kawałki załogantów, a odgryziona/obcięta dłoń jednego z nich wisi na kole sterowym. I tu pierwsza zagadka: wnętrze sterowni jest NIETKNIĘTE, nie ma żadnych śladów walki – drzwi, okna, nic nie jest potłuczone, zmiażdżone czy powyginane… więc skąd wisząca na kole sterowym dłoń, sprawiająca wrażenie, jakby coś zeżarło resztę człowieka sterującego statkiem?

Advertisement

Tyranozaur nie dałby rady niepostrzeżenie wejść do tej budki, krótką łapką też by raczej nikogo przez okno nie dosięgnął, czy zatem nadgryzł właściciela dłoni poza sterownią, a ten następnie wszedł do środka, by zawiesić swoją dłoń na kole sterowym? Bez sensu. Tyranozaur odnajduje się w ładowni pod pokładem statku, zamkniętej przez innego załoganta, leżącego poza kadrem (widzimy tylko jego martwą dłoń zaciśniętą na guziku zamknięcia klapy luku ładowni). I to rodzi kolejne pytanie: jak tyranozaur znalazł się pod pokładem? Okej, być może załoga otworzyła luk, mając nadzieję, że tyranozaur wpadnie do środka przez wielką dziurę, bo raczej kijami go do niej nie zagonili.

Przypuśćmy, że tyranozaur się zagapił i wpadł do ładowni (choć chyba głęboko to dla niego nie było, skoro potem wyszedł z tejże ładowni jak po schodach), dlaczego zatem człowiek, który go zamknął, leży martwy? Jeżeli to sprawka tyranozaura, to ten raczej jeńców nie bierze, tylko pożera w całości, więc byłaby to kolejna jego ofiara ledwo nadgryziona, skoro dała radę zamknąć stwora w ładowni (pierwsza ofiara odwiesiła własną dłoń na koło sterowe) i dopiero wyzionąć ducha? Coś się tu ewidentnie kupy nie trzyma. Może wy macie jakieś inne pomysły na przebieg wydarzeń na pokładzie statku wiozącego tyranozaura do Chicago?

Advertisement

Jeżeli na któreś z moich powyższych (być może chybionych lub bezzasadnych) pytań ktoś z was drodzy czytelnicy ma jakąś sensowną odpowiedź, uzasadnienie, wyjaśnienie, ciekawą teorię – piszcie śmiało w komentarzach. Może czegoś w tych filmach nie zauważyłem, czegoś nie zrozumiałem, coś przeoczyłem, czegoś czepiam się na siłę? A może wy też macie problem z jakimiś pytaniami bez odpowiedzi w znanych filmach i zechcecie się nimi podzielić?

Advertisement

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *