Connect with us

Publicystyka filmowa

MOTEL. Ćwiczenie z suspensu na szóstkę

MOTEL to mrożący krew w żyłach dreszczowiec, który zaskakuje napięciem i nieprzewidywalnymi zwrotami akcji. Idealny dla fanów grozy!

Published

on

MOTEL. Ćwiczenie z suspensu na szóstkę

Nie tak dawno temu mogliśmy w kinach obejrzeć Pełzającą śmierć, wyreżyserowany przez Alexandre’a Aja horror, w którym główni bohaterowie walczyli samotnie w swoich domu z huraganem i zgrają głodnych aligatorów. Fabularnie nic nadzwyczajnego, choć taki prosty pomysł wyjściowy nadawał się idealnie, aby uczynić z filmu zręczne ćwiczenie z budowania napięcia i grozy. Aja poradził sobie z tym zadaniem poprawnie, w paru momentach atakując zmysły widza w sposób nieoczekiwany i bardzo pożądany, ale całość pozostawiła po sobie wrażenie zbyt mechanicznej, aby faktycznie mogła wystraszyć niżej podpisanego (jego najlepszym filmem wciąż pozostaje Blady strach). Mimo to podczas seansu naszły mnie skojarzenia z innym dreszczowcem, równie małym, zamkniętym oraz opartym na niewielkiej liczbie postaci, za to przewyższającym poziomem wykonania i poczuciem grozy to, co zaprezentował Aja. Tym filmem jest Motel Nimróda Antala z 2007 roku.

Advertisement

Fabuła nie mogłaby być prostsza – podczas nocnej jazdy przez nieznane tereny pewne małżeństwo najpierw gubi drogę, a następnie psuje im się samochód. Zmuszeni nocować w motelu nieco schowanym przed potencjalnymi klientami, początkowo są straszeni przez głośne walenie w drzwi ich pokoju (przez osobników natarczywych, chociaż niewidzialnych). Jednak prawdziwe przerażenie przychodzi, kiedy oglądając znalezione w motelu kasety video, odkrywają, że nagrane na nich sceny morderstw są prawdziwe i wszystkie rozegrały się w pokoju, który obecnie zajmują. Wkrótce atakują ich zamaskowani ludzie z nożami.

Scenariusz Motelu nie jest w żaden sposób odkrywczy, specjalnie zaskakujący ani skłaniający do jakiejś głębszej refleksji. Ot, prosta opowieść skonstruowana wokół sytuacji zagrożenia i co rusz podejmowanych przez małżeństwo prób ucieczki przed czyhającymi na nich mordercami. Całość zamyka się w niepozornych 85 minutach, choć jeśli odjąć napisy początkowe i końcowe, nie wiem, czy film nie byłby krótszy o dobre 10 minut. Mimo to już sama czołówka, wyraźnie wzorowana na klasycznych pracach Saula Bassa, zwłaszcza Psychozie, posiada agresywną energię, potęgowaną przez nerwowy motyw muzyczny Paula Haslingera. Ostatecznie napisy początkowe, prezentowane w różnych konfiguracjach, układają się w ciasny labirynt, sugerujący pułapkę jeszcze zanim nawet poznamy głównych bohaterów.

Advertisement

Kiedy chwilę później widzimy ich w samochodzie, dostajemy komplet informacji o nich, często poprzez niebanalne umiejscowienie postaci w kadrze. Państwo Fox wydają się zmęczeni podróżą, ale być może nawet bardziej sobą. On, o obliczu zwyczajniucha Luke’a Wilsona, nie potrafi skończyć wymiany zdań bez wbijania żonie szpili, podczas gdy ona poraża go marsowymi spojrzeniami i rezygnacją, niepodobną do wcielającej się w nią Kate Beckinsale. Ich twarze są często filmowane osobno bądź oddzielone od siebie jakimś elementem scenografii lub nawet sposobem oświetlenia – zdjęcia Andrzeja Sekuły wydobywają na wierzch fakt, że małżeństwo Foxów jest iluzoryczne, czego potwierdzeniem będzie późniejszy dialog o niechybnym sfinalizowaniu rozwodu oraz informacja o tym, co doprowadziło do rozpadu ich związku. I ci oto bohaterowie wkrótce trafiają do motelu, który sam wydaje się reliktem dawnych, lepszych czasów, jedynie udającym miejsce, gdzie strudzeni podróżni mogą odpocząć.

Twórcy znają swoją widownię na wskroś, dlatego nawet nie starają się ukryć szemranego charakteru tytułowego przybytku, a wręcz to podkreślają. Kierownik motelu (bardzo dobry Frank Whaley) ma szczurowaty wygląd, a w jego pozornie życzliwej postawie czai się niechęć do jedynych gości, choć można to tłumaczyć późną porą i zmęczeniem. Czym jest zmęczony? Być może oglądaniem filmów w swoim biurze, w których bohaterowie krzyczą, jakby byli mordowani. Pokój, do którego trafiają Foxowie, nie był chyba sprzątany od lat, czego dowodem jest ogromny karaluch i gazeta sprzed dekady.

Advertisement

No i to video, dziwnie pasujące do miejsca, ale jakże przestarzałe w XXI wieku. Nawet widzowie, którzy nie wiedzieliby, dokąd zmierza fabuła, łatwo by się domyślili, że Foxowie powinni byli nocować w zepsutym samochodzie zamiast meldować się w tym motelu. Od momentu, kiedy odkrywają, że stali się zwierzyną łowną, film przyspiesza i nie puszcza do samego końca, a scenariusz Marka L. Smitha (współautora późniejszych Zjawy oraz Operacji Overlord) mnoży kolejne atrakcje, nie wychodząc jednak poza ramy kina klasy b.

Ale to nie znaczy, że i reżyseria jest tu drugorzędna. Tym, czym Motel zaskakuje najbardziej, jest niebywały sznyt Antala, który w sposób mistrzowski buduje napięcie, polegając bardziej na eleganckiej sztuce suspensu niż dominującej w ówczesnej dekadzie modzie na torture porn. Sam scenariusz daje podstawy, aby uczynić z tej historii rzecz bliższą Pile czy Hostelowi – idea, aby przyszłe ofiary były przed atakiem straszone filmami snuff, w których oglądają prawdziwą śmierć, służy myśleniu w kategoriach nihilistycznej i krwawej rozrywki – ale węgierski reżyser jest zdecydowanie bardziej uczniem Alfreda Hitchcocka niż kolegą Eli Rotha. Każda scena jest tu starannie przemyślana pod względem wykonania oraz działania na wyobraźnię i nerwy widza, który nie powinien mieć problemu z wczuciem się w beznadziejną sytuację głównych bohaterów.

Advertisement

Wywołanie w nich przerażenia przez przymusowe oglądanie autentycznych horrorów przekłada się na strach u widza, który właściwie robi to samo, co oni. Tekst Smitha nie ma ambicji, aby zatrzymać się i zastanowić nad celowością takiego właśnie działania morderców, nie rozlicza ich również z twórczości, jaką uprawiają jako (jakby nie patrzeć) filmowcy. Można tu było pokusić się o refleksję na temat potrzeby uprawiania gatunku, jakim jest horror, ale być może dlatego Motel jest tak dobry, bo nie rości sobie pretensji do bycia czymś głębszym, niż jest w rzeczywistości.

Urodzony i wychowany w Stanach Zjednoczonych, ale kształcony w filmowej materii na Węgrzech Antal dał się poznać jako reżyser bardzo popularnych Kontrolerów, w których żonglerkę gatunkową uzupełnił o komentarz społeczny, owlekając to wszystko w ramy alegorii. W przypadku Motelu, swojego pierwszego amerykańskiego filmu, postawił na doskonałe zrozumienie wymogów gatunku, tworząc dzieło nie tak oryginalne jak poprzednie, ale szalenie efektywne i zaskakująco stylowe. Nie był to przebój, ale nie bez powodu Antal został później wybrany na reżysera Predators (tego z Adrienem Brodym), z którym to zadaniem poradził sobie również naprawdę dobrze. Potem było różnie. Najpierw powstał ten dziwny film-koncert Metalliki, a nie tak dawno Węgierska robota, oparta na faktach historia rabusia bankowego, która podobała się na wielu festiwalach.

Advertisement

Antal, podobnie jak wspomniany we wstępie Aja, ma fach w ręku, który pozwala mu nawet z tak niepozornego materiału jak Motel uczynić film grozy jakością przewyższający większość głośniejszych i mocniej reklamowanych horrorów. Nie potrzebuje do tego hektolitrów krwi ani efektów specjalnych, nie opiera się wyłącznie na jump scare’ach, czy wymyślnej narracji. Odnajduje się natomiast jako pierwszorzędny stylista, trochę w duchu Johna Carpentera, gdzie minimalizm jest siłą. Brudny, stary motel, w którym mordują ludzi po godzinach, może nie wyglądać na interesujący z zewnątrz, ale po przekroczeniu jego progu okazuje się tętniącym filmowym życiem miejscem.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *