Publicystyka filmowa
MOMENTY DLA DOROSŁYCH w filmach i serialach dla dzieci
MOMENTY DLA DOROSŁYCH w filmach i serialach dla dzieci zaskakują niepokojącymi scenami. Dowiedz się, jak dziecko i dorosły różnie je odbierają!
Wydawać by się mogło, że filmy dla dzieci w pierwszej kolejności powinny bawić, a nie straszyć. Z reguły tak jest, chociaż zdarzają się momenty, kiedy nawet dorośli odczuwają gęsią skórkę albo przynajmniej czują się dziwnie. Nie chodzi tu wyłącznie o strach, ale poczucie zagubienia, czasem zażenowania, gdy sceny przywołują np. seksualne skojarzenia lub najzwyklejsze obrzydzenie. Dzieci niekoniecznie tak reagują. To, co dla nich jest straszne i odstręczające, niekoniecznie musi być takie dla nas, tak jak ta skórka z gotowanego kurczaka. Większość dzieci się nią zajada, a potem jakoś zaczyna je ona obrzydzać.
Mam na szczęście inaczej. Lubię skórkę gotowaną, pieczoną, smażoną, w każdej postaci, ale z kurczaka. Z indyka już nie. Podobnież nie wysysam już szpiku z kości ani nie obgryzam do czysta gotowanych szyjek. A jak jest z niepokojącymi momentami w filmach dla dzieci? Niektóre pamiętam do dzisiaj jako straszne i dziwne, generalnie nieprzyjemne, a inne z kolei zauważyłem znacznie później, już jako dorosły człowiek. Bajki cały czas oglądam i ciągle spotykam fragmenty, które zostawiają we mnie nieprzyjemny ślad do końca niezrozumiałego zdenerwowania.
Pochód różowych słoni, Dumbo (1941), reż. m.in. Ben Sharpsteen
Są takie wrażenia zapamiętane z dzieciństwa, które przez całą resztę życia trudno jest jednoznacznie zdefiniować, a jednocześnie pamięta się je, jak pierwszy pocałunek. Dla mnie są to różowe słonie, stąpające jeden po drugim w jakimś szalonym pędzie do nie wiadomo czego. Kontrowersje wywołuje już przyczyna ich pojawienia się – Dumbo miał halucynacje po spożyciu nadmiernej ilości alkoholu. Jak na Disneya dość odważna sugestia w filmie dla dzieci. Mało tego, słonie się wzajemnie depczą, wychodzą z nich trąby, potem zamieniają się w duchy z ziejącymi pustką czarnymi oczodołami.
Przypominając sobie za dorosłości tę sekwencję, poczułem się równie nieswojo, co w wieku sześciu czy siedmiu lat. I wtedy, i dzisiaj po obejrzeniu tego szalonego tańca czuję bliżej niezdefiniowany niesmak.
Czarne Smerfy
Praktycznie nie umiały mówić, bo charknięcia w stylu „jaaap” nie można nazwać komunikacją. Były efektem działania jadu czarnej muchy. Trudno powiedzieć, co było sensem ich istnienia, prócz bezrozumnego roznoszenia choroby dalej. Tym bardziej wydają się kontrowersyjnymi postaciami, zwłaszcza dzisiaj, kiedy dzieci od najmłodszych lat uczą się tolerancji.
Nasze pociechy żyjące zwłaszcza w multirasowych społecznościach, a niedysponujące jeszcze zdolnością abstrakcyjnego myślenia mogłyby z powodzeniem uznać, że w otaczającej ich rzeczywistości osoby o czarnym kolorze skóry w sprzyjających okolicznościach będą zachowywać się jak wampiry i przemieniać białą społeczność w swoich niekomunikatywnych pobratymców. Tym się kierowali twórcy, gdy zdecydowali się jednak zmienić kolor czarnych smerfów na fioletowy. Całkiem słusznie zresztą.
Owłosiona klata Gastona, Piękna i bestia (1991), reż. Kirk Wise, Gary Trousdale
Dorośli sądzą, że dzieci są zupełnie niewrażliwe na podteksty seksualne, a to nieprawda, zwłaszcza gdy te podteksty nie pasują do końca do standardu, który obserwują dookoła siebie.
A więc gdy pozer Gaston zaczyna wyśpiewywać swoje przechwałki, żeby tylko Piękna go dostrzegła, pozornie nic się nie dzieje. Ale nagle rozdziera koszulę na torsie i pokazuje owłosioną klatę. Śpiewa przy tym, że wszystko ma tak samo owłosione, przy tym znacząco mruga do widza. Jakiś niepokojący dreszcz przechodzi wtedy po plecach, a wyobraźnia zaczyna płatać złośliwe figle. Oczywiste jest, że Gaston chce być na tle Bestii o wiele bardziej atrakcyjny, stąd wzmianka o owłosieniu. Zakładając, że Bestia jest wszędzie owłosiony bardzo obficie, sytuacja widza w ogóle się nie polepsza.
Dzieci odczuwają takie wtręty równie emocjonalnie, co dorośli, tyle że nie zawsze wiedzą, jak je ubrać w konkretne obrazy, na co my z pewnością nie narzekamy. Kto i co ma lepiej owłosione? Gaston czy Bestia? Odpowiedź jest chyba oczywista. Pytanie tylko, czy Piękna woli twardą szczecinę czy delikatną, wygoloną skórę.
Zabawki Sida, Toy Story (1995), reż. John Lasseter
Najlepsze straszenie w horrorach polega na zestawieniu znanej nam powszechnie wiedzy czy też pojęć o ludziach, przedmiotach i faktach, których konotacja jest jak najbardziej dobra, z elementami zdeprawowanymi, zmutowanymi, pozbawionymi niewinności itp.
Zabawki Sida są pod tym względem mistrzostwem ohydy rodzącej się na poziomie najpierwotniejszym, gdyż dotyczą małych dzieci i stawonogów. Nie pełnią może w filmie jakiejś bardzo kluczowej, destrukcyjnej roli, jednak wystarczy, że ktoś miał odwagę powołać do istnienia takie istoty – nieszczęśliwe, samotne i budzące odrazę. Nie miałem już szansy obejrzeć Toy Story jako małe dziecko, ale na mnie dorosłym obraz wyłaniającej się z ciemności zniekształconej główki niemowlaka wyposażonego w metalowe, pajęcze nogi robi wrażenie. Nie jest to może strach, ale dreszcz, obrzydzenie, niechęć, czyli emocje niewygodnie jątrzące i absolutnie niepasujące do dziecięcego świata.
Sens życia według Misia Yogiego
Ilość niepokojących momentów w bajkach z tym misiem jest niezliczona, ponieważ kontrowersyjna jest idea, na której oparte zostało życie Yogiego. Miś żyje z kradzieży jedzenia przywożonego przez ludzi piknikujących w parku narodowym o wdzięcznej nazwie Jellystone. Jest przy tym niezwykle wyrachowanym złodziejem, gdyż stara się wyuczyć fachu młodszego kolegę, grzecznego, wydawać by się mogło, że ułożonego niedźwiadka Boo-Boo. Rzeczywistość jednak pokazuje, że Boo-Boo jest równie wyrachowany, co Yogi. Wszystko to oczywiście zrobione jest z typowym dla bajek przymrużeniem oka, niemniej młodsze dzieci mogą uznać, że kraść można do woli, gdyż robią to uczłowieczone zwierzęta.
Dzieci nie zawsze widzą tę różnicę, polegającą na analogii Yogiego i głodnego zwierzęcia, wyrzuconego z naturalnego środowiska życia przez człowieka. Zostało ono zmuszone do zdobywania jedzenia w okolicach ludzkich siedzib, z tym że bajkowy Yogi zachowuje się jak człowiek i nie jest do końca prawdą, że nie mógłby wyżywić się w klasyczny dla niedźwiedzi sposób. On woli kraść, bo to, co znajdzie w piknikowych koszach, jest smaczniejsze od tego, co jest dostępne w lesie. Wolałbym, żeby oglądające bajkę dzieci nie szły w życiu aż na taką łatwiznę.
Erotyka według pierwszego Shreka
Jest tego naprawdę sporo. Ma to oczywiście związek z pewną określoną rolą Shreka, który w założeniu miał być produkcją wybitnie antydisneyowską. Może dlatego zawiera tak wiele odniesień do erotyki, chociaż gdyby tak przyjrzeć się produkcjom Disneya, na co zresztą są dowody w tym zestawieniu… Wracając do niepokojących momentów ze Shreka, w pamięci zapadł mi zwłaszcza jeden – erekcja Lorda Farquaada.
Pojawiła się ona pod wpływem wyświetlania zdjęcia Fiony przez magiczne lustro, które Farquaad postawił sobie w sypialni – bajkowa alternatywa Pornhuba. Jak się zachować, gdy nasza pociecha coś takiego obejrzy i zorientuje się, że niskopienny Lord ukrywa pod kołdrą coś więcej niż cukierki? Dzieci cztero-, pięcioletnie doskonale wiedzą już, o co chodzi. Zachować się należy normalnie, nie zdradzając ani zbytniego zainteresowania tematem, ani nadmiernego nim zmieszania i spychania za inne, tzw. treści odwracające uwagę. Erekcja jest normalną, mechaniczną reakcją ciała. Kto ma psy i małe dzieci, ten wie to doskonale.
To dopiero konotacja, jaką nadajemy zjawisku erekcji, może być np. deprawująca, obraźliwa lub zniesmaczająca. Z innych ciekawych, trudnych momentów występ kukiełkowego teatrzyku w Dulocu jest równie niepokojący, gdy kukiełki wypinają pupy.
Podteksty w serii Epoka lodowcowa
Ilość sugestii nie jest tak rozbudowana jak w Shreku, niemniej bohaterowie część swoich komediowych wyczynów opierają właśnie na odniesieniach do np. długości penisów. Trudno więc dorosłemu zachować powagę, a mniejsze dzieci pewnie mogą poczuć się dość dziwnie.
Chodzi mi przede wszystkim o scenę, gdy Maniek ostrzega kolegę tapira, żeby nie wydzierał się na większych, mając taką małą trąbę. Niepokojąca w tej scenie jest stygmatyzacja i rodzice powinni wyjaśnić co bardziej świadomym dzieciom, że wartość jakiejkolwiek istoty nie zależy od długości trąby, a tym bardziej wielkości penisa. Podobnież inteligencja człowieka nie zależy od wielkości mózgu, co kiedyś chcieli za wszelką cenę udowodnić mężczyźni nienawidzący wyemancypowanych kobiet.
Antena Barneya w serialu Flinstonowie (1960–1966)
Wiem z doświadczenia, że męskie rozmowy przy meczach i piwie często skręcają w dość osobliwe rejony. Nie inaczej jest z prehistorycznymi postaciami. Rozmowa Freda i Barneya nie wiedzieć czemu nagle zboczyła ze sportowo-technicznego kursu, by zająć się penisem Barneya. A wystarczyła awaria kamiennego telewizora i chęć naprawienia anteny. Katalizatorem sytuacji był oczywiście Fred, zawsze skłonny do brodatych żartów. Zasugerował on, że antena Barneya może już nie być taka sztywna jak kiedyś, stąd problem z odbiorem meczu. Zastanawiam się, po co takie wtręty w bajkach, które oglądają jednak zwykle dzieci niezbyt zainteresowane, przynajmniej na wczesnym etapie rozwoju płciowego, tym, czy penisy bohaterów stoją, czy nie. Może te bajki są kierowane do dorosłych, a dzieci jedynie przypadkiem zostały ich odbiorcami?
Zabawa wymionami, Krowa i kurczak (1995–1999), scenariusz m.in David Feiss
Tu również odniosę się do całości pomysłu, podobnie jak w przypadku historii o misiu Yogim. Jest o wiele bardziej kontrowersyjnie. Nie ma sensu przytaczać konkretnej sytuacji, np. notorycznego duszenia kurczaka, bo wszystkie one wynikają ze specyficznego pomysłu na tę bajkę.
Wystarczy, że napiszę, że bohaterami są Krowa i Kurczak, którzy są rodzeństwem. Krowa ma tendencję do autoerotycznego bawienia się wymionami, mało tego, potrafi je doić. Poza tym podnieca się, kiedy jedzie autem, liżąc pasy bezpieczeństwa. Jakby tego było mało, zarówno Krowa, jak i Kurczak mają zadziwiająco ludzkich rodziców. Gdzieś w tle wałęsa się diabeł z wielkim, czerwonym zadem i dręczy głównie Kurczaka. Nie ma gość łatwego życia. Ciągle spotyka go jakieś nieszczęście, równie dwuznaczne, co stojące wymiona Krowy – np. zostaje wciągnięty przez muszlę klozetową.
Problem z długim penisem, John Dillermand (2021), reż. Jacob Rey
A teraz czas na prawdziwego rodzynka tego zestawienia. Penis wciąż potrafi być kontrowersyjny, a jednocześnie pojawia się dosłownie wszędzie, nawet w tym artykule, i nikt raczej nie oprotestował tych bajek tak, jak Johna Dillermanda. W czym więc problem? W długości i jej pokazywaniu, chociaż twórcy zdecydowali się na ciekawy wybieg – pokazują penisa w ubranej postaci. Na dodatek jest on bardzo zwinny i potrafi zastąpić rękę. Przydaje się do rozpalenia grilla, wyprowadzenia psów na spacer, czyli do całkiem nieseksualnych czynności. Podobno serial odniósł wielki sukces wśród dzieci. W sumie się nie dziwię. Dzieci inaczej patrzą na siusiaki niż dorośli przelęknieni albo ich małością, albo wielkością, albo niewłaściwym użyciem, albo lękiem przed lękiem wobec obcych penisów, albo dominacją członka nad waginą.
Można się zgubić w tych ideologicznych konotacjach, a przecież penis jest narządem traktowanym przez dzieci zupełnie normalnie, dopóki dorośli nie stworzą im w głowach swoich wyuzdanych narracji.
Nie wspominałem, ale pamiętam o pełnych przemocy bajkach w stylu Toma i Jerry’ego i Królika Bugsa, o poniżeniach, które przeżywał Tołdi z Gumisiów, no i oczywiście o kontrowersyjnej dla wielu purytańskich rodziców relacji Żwirka i Muchomorka. Zachęcam wszystkich do wpisywania własnych przykładów.
Przy tej okazji chciałbym zapytać was, czy może ktoś pamięta tytuł bajki, w której stalowy gigant nosi w klatce piersiowej klatkę dla ptaków, a kiedy umiera, udaje mu się jeszcze ją otworzyć i wypuścić na wolność zamkniętego w niej ptaka?
