search
REKLAMA
Seriale TV

KOMPANIA BRACI. „Day of Days”, czyli skok do piekła wojny

Day of Days jest właściwym wstępem dla późniejszych wydarzeń przedstawionych w Kompanii braci.

Przemysław Mudlaff

6 czerwca 2022

REKLAMA

W poprzednim odcinku #12: Kompania braci. „Day of Days”, czyli skok do piekła wojny

Dokładnie 78 lat temu rozpoczęła się wojskowa operacja, którą uznaje się za początek końca hitlerowskich Niemiec i II wojny światowej. Pierwszą fazą operacji o kryptonimie „Overlord” był desant sił alianckich w Normandii, który przeszedł do historii pod nazwą D-Day. Odwlekana ze względu na złe warunki pogodowe akcja rozpoczęła się w nocy z 5 na 6 czerwca 1944 roku. Pierwszymi alianckimi żołnierzami biorącymi udział w inwazji, którzy znaleźli się w północno-zachodniej części Francji, byli spadochroniarze z 82. i 101. dywizji powietrzno-desantowej. Czynną służbę na „drugim froncie” w Europie rozpoczęli tym samym członkowie legendarnej kompanii „E” 2. batalionu 506. pułku piechoty spadochronowej, znanej jako kompania Easy lub też – dzięki słynnemu serialowi HBO – jako Kompania braci.

Serial, który przeniósł doświadczenia kinowe do telewizji

Od chwili tej aż do końca świata w pamięci ludzkiej będziemy żyć: my, wybrańców garść, kompania braci. Kto dziś wespół ze mną krew przeleje, ten mi bratem.

Powyższy cytat pochodzący ze sztuki Szekspira opisującej losy Henryka V, a także wydarzenia wokół bitwy pod Azincourt stanowił inspirację dla tytułu książki historycznej Stephena Ambrose’a, na podstawie której w 2001 roku powstał wyprodukowany przez Stevena Spielberga i Toma Hanksa 10-odcinkowy serial stanowiący do dziś wzór dla telewizyjnych i kinowych produkcji wojennych. Swoją wyjątkowość i ponadczasowość Kompania braci zawdzięcza przede wszystkim inteligencji jej twórców. Serial wydaje się bowiem do bólu realistyczny, nawet jeśli w osobie jednego bohatera należało przedstawić historię kilku różnych uczestników wydarzeń z ostatnich lat wojny. W Kompanii braci nie znajdziemy również żadnego momentu, który trąciłby brakiem wiarygodności, a charakterystyczne krótkie klipy z relacjonującymi własne doświadczenia weteranami z kompanii E dodatkowo podbijają efekt realizmu. Monologi wojennych bohaterów to także silnie emocjonalny dodatek. W połączeniu z przedstawieniem konfliktu z punktu widzenia „buciora” dostarczają bowiem widzom różnych kątów spojrzeń na grozę wojny. W rezultacie otrzymujemy bohaterów, do których jest nam zdecydowanie bliżej i z którymi możemy się nawet utożsamiać. Na szczególną uwagę zasługują tu również powstałe już przecież ponad 20 lat temu efekty specjalnel zapożyczone z Szeregowca Ryana sceny bitew kręcone „z ręki” oraz „wyprane” z kolorów zdjęcia. Wysoki budżet produkcji HBO pozwolił na korzystanie z CGI na skalę wówczas w telewizji nieznaną, dzięki czemu Kompania braci praktycznie się nie starzeje, a niebywała dbałość o scenograficzne i kostiumowe detale do dziś budzi ogromny podziw odbiorców. Kosztująca ok. 125 milionów dolarów seria udowodniła, że telewizja nie musi być wyłącznie dostawcą ogłupiającej rozrywki. Zaryzykuję stwierdzenie, że Kompania braci wraz z Rodziną Soprano stworzyły podwaliny pod kolejne bardziej ambitne i zrealizowane z filmowym rozmachem produkcje telewizyjne.

Bracie, gdzie jesteś?

Poniżej spoilery.

Wróćmy jednak do dzisiejszej rocznicy i skupmy się na drugim odcinku Kompanii braci. Day of Days był przerażającą pobudką po dość spokojnym i nieco zaskakującym wstępie, jakim okazał się epizod Currahee. Po początkowych wypowiedziach weteranów z kompanii E widać, że wspomnienie skoku ze spadochronem w mrok czerwcowej nocy, którą rozświetlały tysiące niemieckich pocisków, wzbudza w nich gwałtowne uczucia. Na potwierdzenie ich słów i emocji otrzymujemy pełną chaosu i hałasu scenę zrzutów alianckich spadochroniarzy. Silny ostrzał samolotów C-47 przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą spowodował, że wiele z nich nie dotarło do wyznaczonych stref zrzutów, czego rezultatem były lądowania żołnierzy alianckich daleko od celu i kolegów, a także konieczność przetrwania oraz odnalezienia wyznaczonych lądowisk na piechotę, często bez broni i innych kluczowych elementów ekwipunku. Dezorientacja i zagubienie towarzyszące spadochroniarzom w przedstawionej wyżej sytuacji ukazano w odcinku Day of Days na przykładzie Dicka Wintersa (Damian Lewis) oraz Johna D. Halla (Andrew Scott). Chociaż początkowe sekwencje ujęć Najdłuższego dnia raczej nie mogą pod względem efektowności, dynamiki czy brutalności równać się z lądowaniem w Normandii zaprezentowanym w Szeregowcu Ryanie, to mam wrażenie, że przedstawienie wydarzeń z nocy z 5 na 6 czerwca z podobną intensywnością nie miałoby najlepszego wpływu na ciąg dalszy drugiego epizodu produkcji HBO. Myślę, że pierwsze 15 minut drugiego odcinka Kompanii braci były na tyle wciągające, zdumiewające wizualnie i straszne, że w pełni zaspokoiły oczekujących od wojennej produkcji mocnych wrażeń. Warto zauważyć, że scena lądowania, która wprowadza motyw zagubienia w Day of Days, to właściwie jeden z tematów, jaką ta część podejmuje. Zbyt mocne wrażenie mogłoby więc odwrócić uwagę widzów od innych poruszanych tutaj problemów, a także od przedstawianych w odcinku postaci, które przewijać będą się przez kolejne epizody serii.

Najważniejszą postacią Day of Days jest Dick Winters. To jego reżyser Richard Loncraine trzyma się od momentu przyspieszonego zrzutu do chwili lądowania. Chociaż już po odcinku Currahee osoby niezaznajomione z historią kompanii E mogły podejrzewać, że to właśnie Winters będzie jednym z najważniejszych bohaterów serii, to w drugim epizodzie nie można mieć już co do tego żadnych wątpliwości. Sceny odnajdywania przez Dicka oraz Halla kolejnych żołnierzy podczas marszu w kierunku prawdopodobnej bazy swoich jednostek przynoszą zarówno niepokój, jak i ulgę. Porucznik Winters, dzięki swej charyzmie połączonej z dużym spokojem i naturalnością jest dla spotkanych po drodze chłopaków pełnoprawnym liderem, co właściwie stanie się oficjalne w drugiej części epizodu, kiedy potwierdzi się, że Thomas Meehan (Jason O’Mara) wraz z załogą nie przeżyli ostrzelania ich samolotu transportowego. Poza spadochroniarzami z innych jednostek Winters odnajduje więc swoich kolegów z kompanii E. Najpierw porucznika Carwooda Liptona (Donnie Wahlberg), a następnie sierżantów Malarkeya (Scott Grimes), Wynna (Nicholas Aaron), Toye’a (Kirk Acevedo) i Guarnere’a (Frank John Hughes).

Różnice

Poza świetnie zrealizowanymi scenami batalistycznymi Day of Days zasługuję na uwagę z jeszcze jednego względu. Ukazuje bowiem napięcia powstające pomiędzy żołnierzami występującymi wspólnie przeciwko temu samemu wrogowi. Nierzadko ich przyczyną są odmienne poglądy na różne kwestie lub też doświadczenia życiowe. W drugim epizodzie Kompanii braci najlepiej uwidacznia się to na przykładzie wspomnianego już sierżanta Guarnere’a, który stracił brata pod Monte Cassino, co w jego umyśle upoważnia go do zemsty na zupełnie przypadkowych niemieckich żołnierzach. Ostrzał podróżujących w ciągnącym przez konie powozie Niemców jest oznaką frustracji, gniewu, rozpaczy, ale też niesubordynacji wobec rozkazów Wintersa, którego Guarnere nazywa później prześmiewczo kwakrem. Ich relacje ulegną znacznej poprawie dopiero po bitwie w Brècourt Manor, do której jeszcze powrócę.

Skoro już mowa o silnych emocjach i tych bardziej ludzkich aspektach wojny, warto przytoczyć w tym miejscu również scenę przed osiągnięciem przez grupę żołnierzy pod przewodnictwem Richarda Wintersa punktu zbiórki, w której Malarkey, naśmiewając się z niemieckich jeńców, dowiaduje się, że jeden z nich pochodzi z tego samego regionu USA (Oregon) co on. Co interesujące, scenarzyści serialu postanowili w tym miejscu pójść na pewne odstępstwa względem prawdziwych wydarzeń, ponieważ podobno amerykański i niemiecki żołnierz pochodzili nawet z tego samego miasta. Według twórców serii ten zbieg okoliczności byłby zbyt niewiarygodny. Wspomniany moment to nic innego, jak zauważenie, że po obu stronach konfliktu stoją bardzo podobni sobie ludzie, których łączy więcej, aniżeli mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Dzięki tej sekwencji ujęć widz przez moment zwraca uwagę na niemieckich żołnierzy, a nawet chwilowo się o nich troszczy. Taki zabieg wzmacnia przerażenie u widzów późniejszym zachowaniem Speirsa, który najpewniej (nie zostaje to pokazane na ekranie) po poczęstowaniu jeńców papierosami rozstrzeliwuje ich. Postrzeganie Speirsa jako zwyrodnialca i zbrodniarza zmieni się u odbiorców przy okazji bitwy w Brècourt Manor, kiedy wraz ze swoją kompanią wesprze Wintersa w zdobyciu czwartej haubicy.

Brècourt Manor

Krótko po przybyciu do punktu zbiórki żołnierze kompanii E zostają wysłani do Brècourt Manor w celu zniszczenia baterii niemieckich osiemdziesiątek ósemek ostrzeliwujących plażę Utah. Zaprezentowana głównie przy pomocy zbliżeń i ujęć z ręki bitwa robi piorunujące wrażenie. Świszczące kule, spadające granaty, błoto i dynamika akcji powodują wrażenie, że znajdujemy się w samym środku tej śmiertelnej potyczki. Sukces, jaki kompania Easy osiągnęła podczas bitwy z około pięciokrotnie większą liczbą sił wroga, umacnia pozycję Wintersa. To wielki taktyk, którego zachowania, umiejętność wykorzystania terenu, bystrość w ocenie sytuacji i zaangażowanie budzą respekt i szacunek. Nawet u wspomnianego wcześniej Guarnere’a. W czasie potyczki w Brècourt Manor nie zabrakło również miejsca dla momentami wręcz groteskowych elementów i minihistoryjek. Miały one jednak miejsce naprawdę, co dowodzi wyłącznie temu, że nierzadko prawda jest ciekawsza od fikcji. Mam tu na myśli przede wszystkim dwukrotny wybuch granatu tuż przy Toye’u, który za każdym razem wychodzi z tego bez szwanku, dość infantylny pomysł Malarkeya, który pragnie posiadać niemieckiego Lugera, oraz dużo tragiczniejszy moment, w którym poszukujący sztabu batalionu żołnierz wczołguje się na pole bitwy i umiera trafiony kulą prosto w głowę. Wymienione wyżej sceny świadczą wyłącznie o tym, jak bardzo przy umiejętności czytania wydarzeń, inteligencji i szybkości reakcji na polu bitwy liczyło się również zwykłe szczęście.

Chociaż Day of Days jest imponującym i świetnym odcinkiem, to z pewnością nie należy do najlepszych w całej serii (dla mnie najlepszy jest chyba Bastogne). Jest jednak właściwym wstępem dla późniejszych wojennych wydarzeń przedstawionych w Kompanii braci. Richard Loncraine dołożył również wszelkich starań, aby ukazać najważniejsze postaci produkcji, a także przedstawić Dicka Wintersa jako genialnego taktyka i szanowanego dowódcę. Pierwszy raz również można odczuć, że kompania E składa się z mężczyzn, którzy gotowi są oddać za siebie życie. Day of Days doskonale uwidacznia ponadto trudy pierwszego dnia operacji „Overlord”, a także przedstawia jedną z ważniejszych dla powodzenia całej akcji potyczkę w Brècourt Manor. Zdobycie haubic wroga zapobiegło masakrze wielu amerykańskich żołnierzy znajdujących się na plaży Utah. Jak głosi plansza kończąca drugi odcinek Kompanii braci, zniszczenie niemiecki baterii pozostaje do dziś podręcznikowym przykładem natarcia na umocnionego przeciwnika i omawiane jest na zajęciach w Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point.

Przemysław Mudlaff

Przemysław Mudlaff

Od P do R do Z do E do M do O. Przemo, przyjaciele! Pasjonat kina wszelkiego gatunku i typu. Miłośnik jego rozgryzania i dekodowania. Ceni sobie w kinie prawdę oraz szczerość intencji jego twórców. Uwielbia zostać przez film emocjonalnie skopany, sponiewierany, ale też uszczęśliwiony i rozbawiony. Łowca filmowych ciekawostek, nawiązań i powiązań. Fan twórczości PTA, von Triera, Kieślowskiego, Lantimosa i Villeneuve'a. Najbardziej lubi rozmawiać o kinie przy piwku, a piwko musi być zimne i gęste, jak wiecie co.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA