Publicystyka filmowa
Finansowe KLAPY science fiction, które ZASŁUGUJĄ na kolejną szansę
Te filmy nie zarobiły tylu pieniędzy, ile zarobić miały. Ale i tak warto je obejrzeć.
Tekst pierwotnie opublikowany 16.01.2022
To już pewne. Matrix Zmartwychwstania, produkcja, w której wielu fanów SF pokładało nadzieje, okazała się dość spektakularną klapą finansową. Tak właśnie spada się z wysokiego konia. Najwyraźniej Lanę Wachowski przygniotła własna ambicja. Ciekawi mnie jednak, czy po latach będziemy o tym filmie mówić w tym samym kontekście, co o reszcie filmów z tego zestawienia. Bo to, że Zmartwychwstania nie są tak złe, jak się wydaje, czułem już po pierwszym seansie.
Tymczasem zapoznajcie się z moim typowaniem innych filmów SF, którym, choć zaliczyły w kinach klapę, warto jednak dać drugą szansę.
1000 lat po Ziemi
Budżet: 130 mln $ / Wpływy ogółem: 244 mln $
To był moment, w którym M. Night Shyamalan nie miał dobrego pijaru. Po serii klap amerykański reżyser indyjskiego pochodzenia zdecydował się na wejście w świat science fiction, widząc w tym szansę na odkupienie win. Dogadał się z Willem Smithem, zaprosił też jego syna, co miało jeszcze bardziej podkreślić rodzinny charakter tej produkcji. 1000 lat po Ziemi opowiada bowiem o podróży ojca i syna na planetę dawniej zamieszkałą przez ludzi. Więź między dwójką bohaterów zostaje poddana próbie w konfrontacji z dziczą. Nie wszystko się w tym filmie udało, co do tego jestem się w stanie zgodzić.
Efekty specjalne mogły być lepsze, historia z kolei odrobinę mniej ckliwa. Ale będąc z wami zupełnie szczerym, film mi się podobał i z pewnością przyjdzie taki moment, w którym przypomnę go sobie z synem.
Tajemnica Syriusza
Budżet: 14 mln $ / Wpływy ogółem: 6 mln $
Gdy mowa o filmach opartych na prozie Philipa K. Dicka, łatwo przychodzi na myśl Łowca androidów czy Raport mniejszości. O wiele trudniej jest nam przypomnieć sobie Tajemnicę Syriusza. Film po części zasłużył sobie na zapomnienie, gdyż to wyjątkowo siermiężne widowisko z B-klasowym sznytem i kiczowatymi efektami specjalnymi. Ale cóż z tego, jeśli znany z RoboCopa Peter Weller jest niezmiennie charyzmatyczny, a sam film ma trudny do opisania, przyciągający uwagę klimat kosmicznego odosobnienia.
Klapa to jakich mało, owszem, ale jest to jednocześnie jedna z tych produkcji SF, które po latach będą cieszyć się kultowym statusem.
Kroniki Riddicka
Budżet: 105 mln $ / Wpływy ogółem: 115 mln $
Jestem fanem filmowej serii przygód Richarda B. Riddicka. W gatunku space opery stanowi ona bardzo interesującą alternatywę dla harcerzykowatego Star Treka. Riddick, brawurowo odegrany przez Vina Diesla, to bowiem taki kosmiczny zakapior, awanturnik, który od używania siły argumentów preferuje stosowanie argumentu siły i nadnaturalnych zdolności. Druga cześć serii jego przygód to fragment historii bohatera, który charakteryzuje się najbardziej otwartym światem. Kontekst się wyraźnie poszerza, w odróżnieniu od kameralnego Pitch Black i Riddicka. A im więcej trzeba było pokazać, tym więcej pieniędzy poszło na realizację, co zwiększyło ryzyko klapy finansowej.
Nie opłaciło się twórcom nakręcenie Kronik Riddicka, przez co na trzecią część cyklu musieliśmy czekać dobrych parę lat. Jest to jednak film, któremu warto dać szansę, bo prezentuje zupełnie inną jakość. Więcej tu polityki, więcej dialogów, więcej postaci, więcej akcji, widoczków, scenografii i kostiumów. Dobre to widowisko.
Atlas chmur
Budżet: 128,5 mln $ / Wpływy ogółem: 130 mln $
Rodzeństwu Wachowskich ścieżka kariery układała się podobnie jak M. Nightowi Shyamalanowi. Po wydaniu na świat arcydzieła filmografia zaczęła notować równię pochyłą. Choć równie dobrze w tym zestawieniu mógłbym podać za przykład niesłusznie zapomnianego Speed Racera, to jednak zdecydowałem, że Atlas chmur jest przykładem bardziej dobitnym. Dowodzi on bowiem tego, że złą passę bardzo trudno jest odwrócić. Bez względu na starania twórców, którzy za sprawą kilku niekoniecznie dobrych wyborów grzęzną w strefie nieprzychylnych recenzji, wysiłek może nie zostać doceniony.
A przecież w przypadku Atlasu chmur mamy do czynienia z filmem ze wszech miar jakościowym, nietuzinkowym, oryginalnym, od pierwszych minut interesującym widza swym wielowarstwowym konceptem. Oczywiście, w pewnym momencie da się odczuć, iż rodzeństwo Wachowskich dało się ponieść filozofii, przez co film stwarza wrażenie przeintelektualizowanego, ale szczerze mówiąc, w gatunku science fiction życzyłbym sobie więcej takich duchowych podróży.
TITAN: Nowa Ziemia
Budżet: 75 mln $ / Wpływy ogółem: 37 mln $
Bajka dla dużych dzieci – takim mianem można określić dzieło, przy którym tworzeniu palce maczał nie kto inny, a sam Joss Whedon. Ta żywiołowa animowana space opera zaprasza nas do odbycia kosmicznej podróży u boku niejakiego Cale’a, nieustraszonego i zbuntowanego młodzieńca. Widziałem ten film kilka razy i do dziś nie wiem, co takiego mogło wpłynąć na jego kiepski odbiór. Może w fabule dało się odczuć pewne luki, a może tonacja nie do końca przypadła do gustu rodzicom, którzy wybrali się na seans z dziećmi. Titan jest produkcją nierówną, ale akurat mnie każdorazowo dostarczał dużej porcji pozytywnych, odświeżających wrażeń.
Śmiem twierdzić, że takich ryzykownych, mroczniejszych, energicznych animacji się już po prostu nie robi, bo przestało się to opłacać. Szkoda.
Zagubieni w kosmosie
Budżet: 80 mln $ / Wpływy ogółem: 136 mln $
W momencie gdy serialowi Zagubieni w kosmosie doczekali się już trzeciego sezonu, w czym można upatrywać sukcesu produkcji, film z 1998 roku o tym samym tytule raczej odszedł już w zapomnienie. Niesłusznie. Dla mnie to kawał solidnego widowiska SF, ze stylistycznym sznytem lat 90. Jest też przy tym dobrze zagrany, ma odpowiednie tempo i świetną muzykę. Jeśli ciekawi was, w czym oprócz Przyjaciół wystąpił Matt LeBlanc, lub wydaje się wam, że znacie już wszystkie czarne charaktery w wykonaniu Gary’ego Oldmana, zajrzycie do Zagubionych w kosmosie. Fajna to przygoda w kosmosie, bo niezobowiązująca, łącząca się nadto umiejętnie z kinem familijnym.
Gra Endera
Budżet: 110 mln $ / Wpływy ogółem: 125 mln $
Były wielkie plany. Były wielkie nadzieje. Przecież literacka podstawa Gry Endera to prominentny cykl książek SF autorstwa nie byle kogo, bo samego Orsona Scotta Carda. Ten film miał być zatem tylko przygrywką do nowej wysokobudżetowej serii science fiction. Nic z tych planów nie wyszło, czego osobiście do dziś nie mogę zrozumieć. Grze Endera nie brakuje rozmachu, nie brakuje emocjonujących momentów. Nie w nich jednak tkwi esencja tego projektu. Przy udziale dobrze dobranych aktorów film porusza bardzo ciekawe wątki z zaplecza fantastyki militarnej, w tym przede wszystkim dorastania w poczuciu misji, odpowiedzialności i dążenia do przywództwa.
Nie jest także pozbawiony fabularnych zaskoczeń, co sprawia, że seans pamięta się nawet po latach. Szkoda całego tego wysiłku, którzy rozmył się w kosmicznej przestrzeni.
Istota
Budżet: 30 mln $ / Wpływy ogółem: 27 mln $
Vincenzo Natali to jeden z moich ulubionych twórców science fiction. Jego Cube z 1997 roku to dla przykład nieco zapomnianego już arcydzieła SF. Takiej mrocznej, oryginalnej, intrygującej i autorskiej fantastyki robi się dziś bardzo mało. Natali, zanim na dobre zbratał się ze światem seriali telewizyjnych (można podziwiać jego pracę m.in. w Westworld, a ostatnio w Bastionie), nakręcił po Cube jeszcze kilka pełnych metraży. Jednym z nich jest Istota. To takie SF w stylu Davida Cronenberga, bo dużo tu cielesności, dużo tu biologii. Jest jednak tak, jak to u Natalego – oryginalnie i intrygująco.
Bardzo możliwe, że momentami przesadnie oryginalnie, bo to prawdopodobnie przez swoje fabularne odjazdy Istota nie zdołała zdobyć serc widzów. Warto dać temu filmowi szansę, snując jednocześnie smutną refleksję nad kondycją współczesnego SF, w którym się już nie próbuje tworzyć czegoś nowego, tylko jedzie po linii najmniejszego oporu.
Valerian i Miasto Tysiąca Planet
Budżet: 177 mln $ / Wpływy ogółem: 225 mln $
To jedna z tych filmowych klap SF, która nie tylko zasługuje na drugą szansę, ale jeszcze aż prosi się o sequel. Nie potrafię zrozumieć, co takiego sprawiło, że się ten film widowni ostatecznie nie spodobał. Energiczny, kolorowy, wciągający. Dobrano dobrych aktorów, udanie zaprojektowano świat, w którym odbywa się akcja. Co prawda oparta na komiksach fabuła zdradza symptomy niestabilności, czuć, że trochę pokracznie pozszywano ją z różnych zeszytów, ale nie zmienia to faktu, że bardzo łatwo jest się w niej odnaleźć i bardzo łatwo jest polubić ten świat. To zaskakujące, jak trudno jest na rynek SF wprowadzić produkt, który ma zainicjować nową markę, otworzyć nową serię.
Pamiętamy też Johna Cartera. U Bessona ponownie – były wielkie plany, które zakończyły się fiaskiem. A głupoty w nowych Gwiezdnych wojnach łykamy bez popity, dając twórcom zarobić miliony.
