JONATHAN DEMME. Mało znany wielki reżyser

Pomimo sromotnej porażki, zasłużonej skądinąd, tym razem nie dał się złamać, błyskawicznie zrealizował następny remake uwielbianego filmu, thrillera paranoicznego Przeżyliśmy wojnę Johna Frankenheimera z 1962 roku, kultowego w USA, w Polsce niestety zapomnianego. Pora też była odpowiednia, prezydent Bush lekkomyślnie wysłał Amerykę na fronty Iraku i Afganistanu. Kandydat z 2004 roku okazał się być powrotem reżysera do wielkiej formy. Zrazu niedocenionym chyba tylko wyłącznie z tego tytułu, że był remakiem. Ale zachwycał. Reżyserską dyscypliną, nowoczesną realizacją, aktualnym kontekstem, wykwintnym aktorstwem Denzela Washingtona i Meryl Streep, ale przede wszystkim genialną kreacją Lieva Schreibera w roli tytułowej. I znów Kimberly Elise. Poruszał powagą, inteligencją przekazu i przerażał wiarygodnością – otwarcie sprzeciwiał się ówczesnej doktrynie państwowej poszukiwania wrogów ojczyzny wyłącznie poza jej granicami. Umiarkowany ale sukces pozwolił uwierzyć, że Demme nabierze wiatru w żagle.
Płonne nadzieje.
Co prawda po drodze miał plany zekranizowania powieści Susan Orlean, pt. Złodziej orchidei. Za jej adaptację na potrzeby filmu zabrał się nawet Charlie Kaufman, ale zdał sobie sprawę, że nie potrafi tego zrobić i… o tym napisał scenariusz. Zatytułował go: Adaptacja. Ze wstydu oddał tekst Spike’owi Jonze’owi, (wyreżyserował jego poprzedni script, Być jak John Malkovich). Jonze z miejsca zapalił się do reżyserii, ale dowiedziawszy się, że to Demme miał kręcić ten film, chciał zrezygnować. Demme wspaniałomyślnie ustąpił, zadowalając się rolą producenta. I chyba dobrze się stało. Powstał piękny film o męce tworzenia. Z bodaj ostatnią wybitną rolą Nicolasa Cage’a.
Na następny film fabularny Jonathan Demme znów kazał czekać długie cztery lata.
To właściwy moment na spojrzenie wstecz w jego filmografii. Na to, co było przed Milczeniem…. Przecież z jakiegoś powodu otrzymał posadę reżysera filmu wg głośnej naówczas powieści Thomasa Harrisa. Powodów było kilka i zaiste były to przebłyski geniuszu.
Podobne wpisy
Jego pierwszy sukces artystyczny, Melvin i Howard (1980 r.), w niczym nie przypominał tego, co będzie potem realizował. Ten kameralny, oparty na faktach, film obyczajowy opowiada o przeciętnym Amerykaninie (tuzinkowy Paul Le Mat), który zupełnym przypadkiem poznaje multimilionera Howarda Hughesa (wybitny z kolei Jason Robards Jr.), zabiera go autostopem i najwyraźniej czas spędzony na wspólnej podróży tak dobrze usposabia bogacza, że ten zapisuje parweniuszowi swój majątek w spadku. Historia tak niesamowita, że stworzona do kina. Niestety, film jest rozbrajająco nudny, bo o tym… nie jest. Koncentruje się na prozie życia głównego bohatera, perypetiach jego żony i, co oczywiste, nie jest to w żaden sposób zajmujące. Mali ludzie, małe problemy. Żyćko. Nie sposób wytłumaczyć, jak to się stało, że spadły na ten film te wszystkie laury (2 Oscary, Złoty Glob, aplauz najróżniejszych kół i stowarzyszeń krytyków filmowych, udział w konkursie głównym na festiwalu w Wenecji), ale prawdą jest, że ów entuzjazm był powszechny, szczery i to ten film okazał się kołem zamachowym w karierze reżysera. To dzięki niemu ze zdwojonymi siłami przystąpił do kolejnego projektu, Szybkiej zmiany (1984 r.). Filmu, którego będzie się wypierał przy każdej możliwej okazji. Niepotrzebnie. To istne cacko!
Szybka zmiana była pierwszym wielko-studyjnym, zrealizowanym w profesjonalnych, choć jak się później okazało niekomfortowych warunkach, filmem jego autorstwa. I cóż z tego, że grającej główną rolę Goldie Hawn nie podobał się efekt końcowy, przejęła projekt, zdecydowała o końcowym montażu, czyniąc film rzekomo bardziej radosnym, błahym. Film o kobietach, które ruszają do pracy w fabrykach samolotów, gdy ich mężowie faktycznie nimi latają, walcząc na frontach II wojny światowej, nie stracił nic ze swojej inteligencji ani feministycznego zacięcia. Wręcz przeciwnie, to kobiety grające w tym filmie: Hawn, Christine Lahti (nominowana do Oscara) czy Holly Hunter bez trudu wybijają się na niepodległość a mają nie lada rywali: Eda Harrisa, Kurta Russella, Freda Warda. Przy czym obraz wolny jest od tendencyjności, o co niełatwo w przypadku obrazów podejmujących temat równości płci.