Connect with us

Publicystyka filmowa

FILMY z ostatnich lat, które STANĄ SIĘ KLASYKAMI

Odkryj FILMY z ostatnich lat, które STANĄ SIĘ KLASYKAMI! Niespodziewane perełki, które z biegiem lat zyskają status kultowych.

Published

on

FILMY z ostatnich lat, które STANĄ SIĘ KLASYKAMI

Bywają nimi filmy niedocenione zarówno przez widzów, jak i krytyków, a czasem wręcz odwrotnie. Nie ma tu jednej reguły, prócz tej, że z biegiem lat owe produkcje zyskują coraz więcej fanów, którzy sądzą, że bez ich znajomości nie da się uchodzić za znawcę świata filmu i niekiedy również być oczytanym, a także w ogóle kulturalnym. Z bólem stwierdzam, że tak to zestawienie się ułożyło, iż znalazły się w nim produkcje uznane przeze mnie za niemal koszmarne. Zobaczyłem w nich jednak potencjał i wielką zdolność wzbudzania zachwytu u publiki. A jeśli tak, to stąd już tylko krok do stworzenia przekazywanej szeptanym marketingiem kinematograficznej legendy.

Advertisement

Co z tego, że nieraz tworzonej na banalnych podstawach. Cel rozrywkowy przecież realizują. Nie wiem, ile czasu potrwa przepoczwarzanie się niżej wymienionych filmów w tzw. klasyki. Może 5, może 10 albo i więcej lat. Mam jednak nadzieję, że chociaż kilka z nich w połowie XXI wieku będzie oglądanych z zaciekawieniem, bo innych podobnych jest po prostu niewiele.

Interstellar (2014), reż. Christopher Nolan

Gdyby nie Odyseja kosmiczna, pewnie Nolan nigdy by nie nakręcił Interstellara, czyli mówiąc slangiem komputerowych graczy, tzw.

Advertisement

grywalnej wersji dzieła Kubricka. „Grywalna” oznacza posiadająca wszystkie zalety Odysei i jednocześnie pozbawiona wszystkich jej wad, a więc nieznośnych dłużyzn, patetycznej muzyki oraz przeintelektualizowanej symboliki. Oczywiście mam świadomość tego, że Odyseja jest jednym z najważniejszych filmów science fiction w historii kina. To jednak nie oznacza, że kilkadziesiąt lat później nie mógł pojawić się film mocno rewidujący pomysły Kubricka i interpretujący je sprawniej w kontekście ich odbioru przez współczesnego widza. „Sprawniej” znaczy dokładnie tyle, ile potrzeba, żeby ów widz poczuł się doceniony przez reżysera, a nie zmuszony do rozszyfrowywania stosów metafor i symboli bez jakiejkolwiek szansy na dogrzebanie się do ukrytych intencji reżysera.

Kubrick zrobił z Odysei film ikonę – tak zawiłą hermeneutycznie, że aż niedostępną, a przez to (być może) zaliczoną do produkcji kanonicznych. Nolan nakręcił doskonały obraz fantastyczno-naukowy dla ludzi myślących, a jednocześnie potrzebujących w kinie rozrywki. Takie ujęcie tematu zasługuje na miano klasyka.

Advertisement

La La Land (2016), reż. Damien Chazelle

Z bólem stwierdzam, że ten słabo zaśpiewany, koślawo zatańczony i banalny treściowo film ma szansę stać się kultowy i po kilku latach klasyczny, jeśli chodzi o współczesne rozumienie gatunku produkcji musicalowych. Podążył drogą obsypanego nagrodami Titanica Jamesa Camerona – obraz ten również tryskał banałami, ale był, rzec można eufemistycznie, ładny i romantyczny. Tak właśnie, Damien Chazelle nakręcił ŁADNY film, podobnie jak malarze spod Bramy Floriańskiej w Krakowie malują swoje śliczne, kiczowate obrazki w ilościach masowych, by turystom z zagranicy wydawało się, że kupują wielką polską sztukę lokalną.

Obiektywnie jednak trzeba stwierdzić, że klasyczność owych dzieł polega na ogromnym popycie na nie. Kicz i naiwność w sztuce stają się po hipstersku atrakcyjne. Za to w sferze musicali nigdy atrakcyjne być nie przestały. La La Land, w kunsztowny wizualnie sposób, przypomniał je widzom, może nieco już zmęczonym oglądaniem coraz to nowych fantastycznych blockbusterów z wygłaszającymi swe buńczuczne odezwy do narodu superbohaterami. Pod tym względem La La Land wygrywa z nimi treściową lekkością, która na pierwszy rzut oka nie wymaga posiadania poglądów politycznych i społecznych.

Advertisement

Chociaż gdyby tak wnikliwie zbadać konstrukcję postaci Sebastiana (Ryan Gosling) i Mii (Emma Stone), mogłoby się okazać, że on jako zwykły seksista i ona jako podporządkowana mu dziewczynka z nikłą wiedzą o świecie powielają jedynie patriarchalny schemat i to jest główna przyczyna komercyjnego sukcesu filmu – ludzie kochają oglądać coś, co nie jest im obce, co mają „od zawsze” wpojone.

Ex Machina (2015), reż. Alex Garland

Niebezpieczne wydawało mi się połączenie science fiction z klaustrofobicznym filmem obyczajowym. W tym przypadku jednak udał się ten dla sporej części widzów karkołomny eksperyment. Alex Garland udowodnił nim, że kino fantastyczne może być mądre i filozoficznie zajmujące.

Advertisement

Co za tym idzie, jego fanami mogą stać się ludzie starsi i życiowo dojrzalsi. Oczywiście, jasne jest, że takie podejście do tematyki wyraźnie zmniejszyło zyski z całej produkcji. Młodsi odbiorcy stwierdzili zapewne, że film jest po prostu nudny, ale w tym przypadku nie chodzi o to, żeby zachwycili się nim teraz. Siłą Ex Machiny jest właśnie umieszczenie tego szczebla dojrzałości na tyle wysoko, żeby młodsi fani science fiction z czasem odkryli ten film jako kolejny etap wspomagający ich rozwój intelektualny. Dlatego jestem pewien, że miano klasyka idealnie pasuje do tej produkcji, ponieważ jej miłośników wciąż będzie przybywać. Nie tylko przecież wizualizacje kosmosu i obcych cywilizacji otwierają wyobraźnię człowieka. Rozważania na tematy bioetyczne również.

Furia (2014), reż. David Ayer

Według niektórych krytyków Ayer stworzył zbyt dosłowny i przedramatyzowany film o wojnie. Trochę mają racji, jeśli np. przeanalizować niesymetryczne przedstawianie charakterologiczne postaci niemieckich i alianckich. Te pierwsze właściwie personalnie nie istnieją, Amerykanie zaś są nad wyraz bohaterscy, nawet wtedy, gdy mają pełne gacie.

Advertisement

Niemniej w ostatnich pięciu latach, a taki zakres przyjąłem w tym zestawieniu, nie widzę bardziej poruszającego i lepiej zrobionego technicznie filmu o II wojnie światowej zasługującego na miano klasyka. Obecnym w Furii patosem wcale się nie przejąłem, bo gdy patrzę na inne filmy wojenne, które za klasyki dzisiaj uchodzą, a kręcone były np. w latach 80. i 70., widzę, że właściwie każdy z nich jest po trosze patetyczny i przesadzony. Takie są reguły gatunku, bo wojnę w naszym zachodnim świecie widzowie zwykli postrzegać heroicznie. Patrząc z tej perspektywy, można stwierdzić, że Furia wcale nie przesadza z górnolotnymi dialogami czy dramatycznie upadającymi na ziemię pozytywnymi bohaterami.

Generalnie trup pada gęsto, lecz jest raczej bezimienny, tak jak spora część ofiar wojny dla nas dzisiaj. Na szczęście Ayer zachowuje dystans tam, gdzie mógłby z łatwością zrobić łzawy dramat. Dlatego Furia jako całość ma cechy paradokumentalne, a emocjonalnie wydaje się niekiedy wręcz zimna w porównaniu chociażby z Plutonem Stone’a. To jest jej atut. A znakomite scenograficznie oddanie frontowego klimatu oraz gra aktorska Brada Pitta jedynie umacniają ten film na pozycji klasyka, który trzeba obejrzeć, żeby obrzydzić sobie ideę każdej wojny.

Advertisement

Kler (2018), reż. Wojciech Smarzowski

Dlaczego Kler miałby zostać klasykiem? Bo obejrzało go tyle milionów widzów? Bo jest doskonałym przykładem gatunku? Bo wyróżnia się wizualnie? Absolutnie nie. Klasyczność Kleru polega na zainicjowanie w Polsce nowego rodzaju kina, które w naszym kraju wreszcie nie jest wycelowane w polityków, państwo, naszą historię, przywary obywateli itp. Kino moralnego niepokoju według Smarzowskiego wymierza cios na odlew Kościołowi rzymskokatolickiemu, a więc instytucji, nad którą w Polsce od kilkudziesięciu lat spoczywa parasol ochronny zasilany tradycją, bogobojnością, brakiem wiedzy, umacniany pieniędzmi pochodzącymi od świeckiej władzy i obecnego w nas, Polakach, poczucia winy wyniesionego jeszcze z dawnych, przedzaborowych czasów, kiedy Polska wcale nie była krajem katolickim, a multikulturowym.

Smarzowski bez lęku rozprawia się z mitologizacją i fetyszyzacją polskiej wiary, dodatkowo konfrontując jej wewnętrzne zasady z postępowaniem księży oraz prezentując instytucjonalną dwulicowość Kościoła funkcjonującą wyłącznie w celu ochrony jego spójności hierarchicznej.

Advertisement

Człowiek, który zabił Don Kichota (2018), reż. Terry Gilliam

Zwykle bardzo obawiam się w kinematografii łączenia w jednej fabule treści fantastycznych lub science fiction z naszym realnym światem. Często z takiego mariażu wychodzi coś, co wygląda kiczowato i pretensjonalnie.

Mam tu na myśli przede wszystkim filmy o superbohaterach, którym nie wymyślono alternatywnego świata przedstawionego, jaki występuje np. w Batmanie Tima Burtona. W kinie surrealistycznym to połączenie jest szczególnie wrażliwe na banał, bo ten gatunek filmów rości sobie o wiele więcej pretensji do głoszenia wysublimowanych mądrości dla wybranych smakoszy intelektualizmu niż np. kino superbohaterskie, które głosi raczej mądrości uniwersalne, więc zrozumiałe dla ogółu. Mimo pewnego rodzaju „przenoszenia”, mówiąc językiem ginekologów, całej produkcji Terry Gilliam uciekł kiczowi i sztuczności, kiedy zetknął świat realny ze światem sennym, mitologicznym i fantastycznym. W jego filmografii może i znalazłyby się filmy lepsze, lecz w ostatnich kilku latach historii kina nie znajduję doskonalszego surrealistycznego kandydata do miana filmu, który powinno się znać ze względu na kanoniczną zawartość wszystkich najważniejszych cech gatunkowych.

Advertisement

John Wick (2014), reż. Chad Stahelski

Okazuje się, że można zrobić całkiem poważne kino zemsty, w którym głównym motywem vendetty jest śmierć psa. Każdy mógłby mieć takie zwierzę, lecz nie każdy byłby w stanie w jego imię zabić tylu ludzi. Jeśli film nosi znamiona jakiegokolwiek pastiszu, to wyśmiewa się wyłącznie z górnolotnych motywacji mszczących się bohaterów, np.

w kinie gangsterskim. John Wick jednak nie ma ambicji iść tą drogą. Z jednej strony nie aspiruje do bycia poważnym kinem zemsty, z drugiej trzyma się na tyle daleko od surrealizmu, żeby nie wpaść w tarantinowskie przejaskrawienie. Poza tym wciąga znakomicie. Widz czuje się pochłonięty światem przedstawionym, który idealnie pasuje stylistyką do głównego bohatera. Za tę spójność należy się twórcom Wicka ogromna pochwała. Kolejni przestępcy padają jak złamane przez wichurę drzewa, a wciąż nie ma się dość. To wręcz hipnotyzujące tak oglądać tę masową likwidację przestępców w imię specyficznie pojętych zasad sprawiedliwości, które obowiązują nawet w świecie płatnych morderców.

Advertisement

A przy tym Keanu Reeves ciągle nie wydaje się Bogiem zemsty – wciąż jest człowiekiem: można go zranić, postrzelić, zmęczyć itd. Dzięki temu, bądź co bądź naciąganemu, realizmowi John Wick wszedł na stałe do mojego kanonu najlepszych filmów akcji.

Polar (2019), reż. Jonas Åkerlund

Podobnie hipnotyzujący, chociaż bardzo odmienny stylistycznie jest osobliwy gatunkowo produkt filmowy ze stajni Netflixa. Polar, czyli pulpowe wejście Madsa Mikkelsena w świat kolorowej przemocy, to rzadki przykład dobrze technicznie zrobionego i aktorsko zagranego kina eksploatacji. Nakręcony na podstawie komiksu film Åkerlunda zawiera w sobie wszystkie składniki pulpy – postaci są tak wyraziste, że ich indywidualność wydaje się aż sztuczna, sceny zawierają wiele nazbyt wymyślnej brutalności (no może prócz sceny tortur Duncana Vizli), krew sika nienaturalnie na lewo i prawo, a główny bohater jest niemal boski nie tylko w zabijaniu, ale też w łóżku.

Advertisement

W pewnym sensie śmieje się Johnowi Wickowi w twarz, bo ów Wick wygląda przy nim jak nierozprawiczony kogucik. Takie ma Polar aspiracje – stać się kultowym filmem za sprawą swojej kiczowatej pulpowości i brutalności oraz swoich seksistowskich wycieczek. Ta trójca niekiedy zupełnie niestrawnych z osobna filmowych cech, współistniejąc w Polarze, zapewniła mi prawie dwie godziny nieskrępowanej zabawy bez przyciężkawych refleksji na tematy metafizyczne. Tego oczekiwałem od filmu i dokładnie to otrzymałem od klasyka kina eksploatacji. Z niecierpliwością więc czekam na kolejne klipowe produkty filmowe spod ręki szwedzkiego reżysera.

Miasto 44 (2014), reż. Jan Komasa

To nie jest film dla kombatantów i historyków z IPN, bo ci pierwsi oczekują nieco łzawej gloryfikacji ich romantycznych czynów, a drudzy quasi-politycznej interpretacji historii, nie bacząc przy tym na środki wyrazu obowiązujące w nowoczesnym kinie. Niech więc oglądają sobie Katyń Wajdy albo Smoleńsk Krauzego. Jan Komasa natomiast stworzył kino dla młodych ludzi, którzy wciąż mają szansę sami rozsądzić, czy powstanie warszawskie z historycznego i ze strategicznego punktu widzenia miało sens, czy nie. Młody reżyser zastosował środki wyrazu potrafiące trafić do ludzi, których niekoniecznie temat polskiej martyrologii interesuje, co jest zupełnie normalne. Kolejne pokolenia tracą głębsze zainteresowanie zamierzchłą historią, bo ich zadaniem jest stworzenie przyszłości.

Advertisement

Gapienie się w przeszłość zniewala umysł i nie pozwala działać w teraźniejszości. Czy ktoś z nas dzisiaj rozpamiętuje kilkadziesiąt tysięcy cywilnych ofiar najazdu tatarskiego na Polskę w XIII wieku, nie licząc poległych wojskowych? A taka zbrodnia katyńska wciąż jest żywa, ale za 500 lat zostanie zapomniana tak samo jak wojna z Tatarami. To normalne i prawidłowe. Miasto 44 powinno znaleźć się na liście nowatorskich klasyków, bo Komasa odnalazł w nim sposób na popularyzację naszej historii, nie odbierając widzom możliwości interpretacji oraz nie nudząc ich martyrologicznym patosem.

Blade Runner 2049 (2017), reż. Denis Villeneuve

Nie czekałem na ten film, bo też niezbyt wierzyłem, że jakiemukolwiek twórcy uda się zrobić sequel Łowcy androidów, który nie zepsuje jego z takim trudem zbudowanej legendy.

Advertisement

A już zupełnie bym nie pomyślał, że kontynuacja filmu Ridleya Scotta pomoże ją podtrzymać, otworzy historię na nowe ścieżki interpretacyjne i przy tym będzie wizualnie pięknym kinem. Oczywiście mam zastrzeżenia (np. do muzyki). Widzę jednak potencjał dzieła Villeneuve’a do stania się z czasem klasykiem science fiction z kilku powodów. Reżyser nie obawiał się skorzystać z wypracowywanych od dziesiątków lat motywów kina fantastycznego, tyle że przyodział je w mądrzejsze dialogi, a nie efekciarskie pojedynki i wykrzykiwanie superbohaterskich frazesów. Jako grupę docelową wybrał dojrzalszych widzów.

Poza tym oparł swoją opowieść na innej, już wypróbowanej i głęboko wrośniętej w nerdowską świadomość historii nakręconej przez Scotta. Pod tym względem Blade Runner 2049 może mieć nawet łatwiej. Nie musi przecierać nowego szlaku, tylko może sprytnie skorzystać z ogromnego sentymentu fanów książki Philipa K. Dicka do replikanckich bohaterów.

Advertisement

Milczenie (2016), reż. Martin Scorsese

Doskonały, filozoficznie analityczny obraz, którym Martin Scorsese domyka w swojej twórczości rozważania na temat rozumienia przez człowieka idei Boga. Nie tylko chrześcijańskiego, ale każdego, bo w obliczu cierpienia człowieka milczy zarówno ten katolicki, jak i każdy z bogów i niezliczonych duchów Japonii. To chyba coś znaczy, tyle że uparci ludzie zbyt obawiają się konfrontacji z otaczającym ich światem bez wiary w Boga i związanych z nim fetyszów, bo za ich pomocą są w stanie wytłumaczyć każdy swój czyn, nawet najbardziej amoralny. Istnieją rzeczy ważniejsze niż Kościół i jego „święte gadżety”– np.

człowieczeństwo, zdaje się twierdzić Scorsese, chociaż mówi to, a raczej krzyczy na próżno. Jak pokazuje cały film, próby wyplenienia religijnej ułudy z psychiki człowieka często kończą się jego śmiercią, co reżyser niemal wiwisekcyjnie prezentuje jako tragiczny proces wyzwalania się ludzkiego umysłu, jednak – jak pokazuje współczesność – jest on zbyt wolny, żeby można było docenić niepoliczalną wartość otaczającego świata. Niedocenione przez szersze grono widzów Milczenie mądrze, surowo i naturalistycznie wpisuje się w kino tzw. religijnego niepokoju, a po części jest dobrym przykładem dramatu historycznego. Niewątpliwy klasyk i godny następca Misji (1986) Rolanda Joffégo.

Advertisement

Seria Ludzka stonoga (2009–2015), reż. Tom Six

Lekko nagiąłem zasadę pięciu lat od premiery, ponieważ uważam, że pośród horrorów (wliczając w nie kino mondo) nie ma trylogii, która dosadniej i prawdziwiej ukazałaby charakter człowieka niż ta nakręcona przez Toma Sixa.

Bynajmniej nie chodzi mi tu jedynie o skłonność do jakiejś formy najgłębszej z najgłębszych deprawacji albo radykalnego zła, lecz bardziej mam na myśli immanentną nam potrzebę rozwoju i eksperymentowania, funkcjonującą niezależnie od wszelkiej wymyślanej przez nas równolegle moralności, niejednokrotnie graniczącą z czystym szaleństwem. Tom Six radykalnie i odważnie wykreował kino gore/weird porno w postaci serii Ludzka stonoga, a szczególnie za trzecią część należy holenderskiego reżysera nagrodzić mianem bezpretensjonalnego twórcy kina rodzaju gore – bezpretensjonalnego i w przyszłości KLASYCZNEGO, bo przetarł szlak dla kinowej demitologizacji sfery analnej człowieka.

Advertisement

Nie oceniam przy tym wartości artystycznej tego rodzaju kina. Twórczość reżyserska nie może mieć wyznaczonych granic, jeśli tylko twórca chce coś konkretnego poprzez makabryczne obrazy pokazać. Tom Six niewątpliwie ma na celu w przesadny, kiczowaty i koszmarnie zagrany sposób wskazać Ameryce rozwiązanie problemu niekończących się pielgrzymek złoczyńców do więzień, a jednocześnie bez pardonu wyśmiać nasz poprawny politycznie lęk przed zastanowieniem się, czy aby przypadkiem nie ma on racji. Konfrontacja z Ludzką stonogą powinna stanowić jeden z klasycznych autotestów na bycie prawdziwym kinomanem.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *